„Wychowałam pijawki, które chcą wyssać ze mnie ostatni grosz. Dzieci podawały mi pomocną dłoń po to, by wziąć ode mnie kasę”

„Odkąd zaczęłam chorować, zostałam zupełnie sama. A przecież mam dzieci. Tylko że one mnie zostawiły, nie jestem im już potrzebna… Długo nie potrafiłam się z tym pogodzić. Żebrałam o ich zainteresowanie, miłość. Wyczekiwałam odwiedzin. Ale niedawno powiedziałam dość!”.

Mam syna i córkę. Mąż zmarł po ciężkiej chorobie, gdy dzieci były małe. Wspominam tamte czasy i zastanawiam się, jak dawałam sobie radę. Wstawałam o świcie, robiłam Kasi i Markowi śniadanie, odprowadzałam ich do szkoły, potem biegłam do pracy. Po południu „polowałam” na coś do jedzenia bo czasy były wtedy bardzo ciężkie. W sklepach na półkach stały głównie ocet i groszek konserwowy w puszkach. Pamiętacie te piramidki? Reszta była na kartki albo spod lady.

Po kawalątek szyneczki, po kości na zupę… Ze zdobyczą biegłam do domu, gotowałam obiad, pomagałam dzieciom w lekcjach, rozmawiałam z nimi. Gdy już spały, prasowałam, sprzątałam. Czasem ze zmęczenia nie mogłam usnąć. Tak było przez wiele lat. Wyręczałam syna i córkę we wszystkim. Chciałam tylko, żeby się uczyli, coś w życiu osiągnęli. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, że taki tryb życia musi się odbić na moim zdrowiu.

Właściwie nigdy nie miałam czasu dla siebie. Fryzjer, to wszystko. Po kilku latach od śmierci męża koleżanki próbowały mnie wyswatać. „Z mężczyzną łatwiej w życiu ” – mówiły. Byłam jeszcze całkiem młodą kobietą, nieźle się prezentowałam. Nawet w pracy nie narzekałam na brak wielbicieli. Owszem, zdarzyło mi się kilka razy wyskoczyć z tym czy z tamtym na kawę. Ale nic więcej. Najważniejszy był przecież dom, no i dzieci. A one na pewno nie zaakceptowałyby nowego tatusia.

Żyłam od jednej ich wizyty do drugiej

Kiedy Kasia i Marek już dorośli, założyli własne rodziny, nadal im pomagałam. Opiekowałam się wnukami, gotowałam, robiłam zakupy, a nawet wspomagałam ich finansowo. Wtedy o tym nie myślałam, ale dziś widzę, że traktowali tę moją pomoc jak coś oczywistego, jakby im się należała, była moim obowiązkiem.

Byłam już na emeryturze, miałam więc, ich zdaniem, mnóstwo wolnego czasu. Słyszałam więc ciągle: „Mamo, zrób to, mamo, zrób tamto…”. A na palcach jednej ręki mogłam policzyć sytuacje, w których usłyszałam słowo: „dziękuję”. Zresztą nie oczekiwałam nawet wdzięczności, jakichś hołdów. Cieszyłam się, że jestem potrzebna, że dzięki mnie im jest trochę łatwiej.

Pięć lat temu miałam wylew. Nigdy wcześniej poważnie nie chorowałam. Śmiałam się nawet, że Bóg wie, iż nie mam czasu leżeć w łóżku, i dlatego dał mi końskie zdrowie. A tu taka niespodzianka… Któregoś wieczoru wracałam od Marka. Całe popołudnie siedziałam z wnukami, bo syn poszedł z żoną do znajomych na imieniny. Pogoda była wtedy okropna, ciśnienie skakało jak szalone. Potwornie bolała mnie głowa. Dochodziłam już do domu, gdy poczułam, że tracę grunt pod nogami. Świat zawirował.

Obudziłam się w szpitalu. Dobrze, że sąsiadka akurat przechodziła w pobliżu i natychmiast wezwała pogotowie. Inaczej byłoby już po mnie. Wylew szczęśliwie – a może nie? – nie był rozległy. Nie sparaliżowało mnie na amen. Ostatecznie wyszłam z niego z niedowładem lewej strony. Owszem, mogłam się poruszać, ale z trudem. Nagle wszystko się zmieniło. Z energicznej, zabieganej kobiety stałam się niepełnosprawną staruszką. Najbardziej męczyło mnie to psychicznie. Nie znosiłam samotnego przesiadywania w domu, a nie miałam siły, żeby przejść dalej niż do sklepu po drugiej stronie ulicy.

Żyłam od jednej wizyty dzieci do drugiej. Ale one odwiedzały mnie coraz rzadziej, choć przecież mieszkamy w tym samym mieście. Nie miały czasu i nie chciały opiekować się chorą matką. Raz nawet podsłuchałam, jak kłócą się, kto ma do mnie przyjść w następnym tygodniu. Jakby to była jakaś kara, przykry obowiązek.

Zrobiło mi się potwornie przykro. Czułam się samotna, opuszczona, niepotrzebna. Nawet na ławeczkę przed blok przestałam wychodzić, choć to była moja jedyna rozrywka. Sąsiadki chwaliły się odwiedzinami dzieci i wnuków, pokazywały zdjęcia ze wspólnych wyjazdów. Ja nie miałam o czym mówić. Tylko o tym, że moje dzieci nie mają dla mnie czasu.

Nareszcie nie byłam samotna

Pewnego dnia po kolejnej przepłakanej nocy zrozumiałam, że nie mam co liczyć na najbliższych, że muszę znaleźć jakąś pomoc. Byłam chora na grypę, od kilku dni nie wychodziłam z domu. Nie miałam nawet co do garnka włożyć, bo nie dałam rady wyjść po zakupy. Dzwoniłam do Kasi i Marka, prosiłam, żeby mi chociaż podwieźli coś do jedzenia. Mówili, dzisiaj nie, bo praca, obowiązki, ważne spotkania. Może jutro. Na obietnicach się skończyło. Tamtego dnia nie wytrzymałam. Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do PCK. Tylko to przyszło mi do głowy.

Opiekunka, młoda dziewczyna o imieniu Ania, zjawiła się po godzinie. Aż byłam zdziwiona, że tak szybko. Potem wyjaśniła, że gdy telefonowałam, miałam tak smutny głos, że szefowa kazała jej wszystko rzucić i jechać do mnie. Nie bacząc na formalności.

Kiedy stanęła w drzwiach, aż złapała się za głowę. Bałagan, zaduch, a w tym wszystkim ja – zaniedbana, schorowana, wygłodzona. Wezwała karetkę, zabrano mnie do szpitala.
Dla innych to może byłby dramat, ale ja się cieszyłam. Pomyślałam, że
w mojej sytuacji szpital to błogosławieństwo. Całodobowa opieka, jedzenie, czego mogłam chcieć więcej?

W szpitalu przeleżałam tydzień. Postawili mnie tam na nogi. Odebrała mnie Ania, bo dzieci nie miały czasu. Syn akurat był w delegacji, a córka miała ważne zebranie w pracy. Albo odwrotnie, nie pamiętam. W każdym razie to Ania się mną zajęła. Przychodziła do mnie co dwa, trzy dni. Pomagała mi ogarnąć mieszkanie, robiła zakupy, a przede wszystkim ze mną rozmawiała. Zaprzyjaźniłyśmy się.

Czasem opowiadałam jej o swoich dzieciach… Nigdy nie komentowała ich zachowania, ale widziałam, że nie rozumie, jak mogły zapomnieć o matce. Gdy patrzyłam na tę młodą wrażliwą dziewczynę, zastanawiałam się, skąd w niej tyle miłości i współczucia dla innych. I żałowałam, że moja córka nie jest choć w połowie taka jak ona.

Dwa miesiące temu Ania przyszła do mnie jakaś nieswoja. Dopiero po kwadransie wyciągnęłam od niej, co się stało. Okazało się, że wkrótce wyjeżdża, bo dostała świetną propozycję pracy w prywatnym domu opieki. W miasteczku na Pomorzu.

– Zawsze chciałam uciec z Warszawy. Od tego smrodu, pośpiechu. Tam jest inne życie. Po pracy człowiek wychodzi, a wokół lasy, jeziora, cisza spokój. Raj na ziemi… Tylko za panią, pani Kaziu, będę tęsknić – przytuliła mnie.

Zrobiło mi się bardzo smutno

Aż łzy mi do oczy napłynęły. Uświadomiłam sobie, że to moje ostatnie szczęśliwe dni, bo kiedy Ania wyjedzie, wszystko wróci do normy. Czyli znowu będę sama.

– Ja też będę tęsknić za tobą, dziecko. Gdybym tylko mogła, pojechałabym z tobą – wydusiłam.

Moja opiekunka zastanawiała się nad czymś przez chwilę.

– No właśnie, to jest pomysł! – krzyknęła z ożywieniem. – Że też wcześniej na to nie wpadłam! Pojedzie pani ze mną! Tam będzie pani miała najlepszą opiekę pod słońcem. Już ja tego dopilnuję – aż podskoczyła z radości.

Aż mnie zamurowało. Ja do domu opieki? Prywatnego? Przecież to kosztuje majątek. A ja miałam tylko niecałe 1600 złotych emerytury i niewielkie oszczędności.

– To miło z twojej strony, niestety, mnie nie stać – odparłam.

– Dzieci mogą zapłacić! Skoro nie chcą się panią zająć, niech przynajmniej w ten sposób odwdzięczą się za to, co pani dla nich robiła. Prawo mówi, że… – zaczęła.

– Nie mieszajmy w to prawa, kochanie! Ani moich dzieci! Im też nie jest łatwo. Mają kredyty do spłacenia, własne wydatki. Marka i Kasię zostaw więc w spokoju – przerwałam jej stanowczo, więc zamilkła spłoszona.

– Przepraszam, nie chciałam pani urazić… No to może mieszkanie pani sprzeda? To świetny punkt! Samo centrum, piękna, stara kamienica. Na pewno jest warte majątek! Wystarczy na wiele lat wygodnego życia w domu opieki – zaproponowała.

– Nie, to absolutnie niemożliwe. Mieszkanie jest dla dzieci… Bardzo liczą na to, że dostaną je w spadku po mnie – odparłam.

Ania spojrzała na mnie ze smutkiem.

– Pani Kaziu, proszę się nie obrazić ale… Przez całe życie myślała pani o dzieciach. Tylko one się liczyły. Może czas najwyższy pomyśleć o sobie? Przecież sama sobie pani nie poradzi! – aż krzyknęła. – Tam, w domu opieki, może pani żyć w spokoju i wygodzie jeszcze wiele lat. A tu…

Miałam dość tej rozmowy.

– No dobrze, zastanowię się nad tym. Później. Ale teraz skończmy już tę dyskusję – warknęłam.

Byłam na nią zła, że w ogóle zaczęła ten temat. Prawda bolała… Po wyjściu Ani nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok i myślałam o tym, co mi powiedziała. Miała rację. Nie mogłam zostać sama. Byłam przecież coraz słabsza. W każdej chwili mogłam się przewrócić, coś sobie złamać. I co wtedy? Przypomniały mi się ostatnie lata. Niepewność, samotność, strach. Kasia i Marek kłócący się, kto ma mnie odwiedzić… Poczułam, że nie chcę dłużej tak żyć, bać się, co będzie jutro!

Oboje obrazili się na mnie. Trudno

Następnego dnia zadzwoniłam do biura nieruchomości, poprosiłam, by ktoś stamtąd mnie odwiedził. Wtedy jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji, chciałam tylko wiedzieć, ile warte jest moje mieszkanie. Okazało się, że grubo ponad pół miliona! Aż mi się w głowie zakręciło. Nigdy nie widziałam na oczy takiej sumy!

Agent powiedział, że w razie czego może mi bardzo szybko znaleźć dobrego kupca. Bo na mieszkania w tej okolicy jest wielu chętnych. Obiecałam, że się odezwę… Nie chciałam niczego robić bez wiedzy Kasi i Marka. Uznałam, że powinnam z nimi porozmawiać, powiedzieć, co planuję.

W głębi duszy miałam nadzieję, że będą mnie odwodzić od tej decyzji, obiecają, że się mną zajmą. Zrozumieją, jak bardzo mnie skrzywdzili. Wycofałabym się natychmiast! Przecież nawet najlepszy dom opieki nie zastąpi życia wśród bliskich! Poprosiłam, by mnie odwiedzili. Na początku, jak zwykle się wykręcali, jednak gdy usłyszeli, że sprawa jest bardzo ważna i dotyczy także ich, przyjechali. Od razu zaczęli jednak narzekać, że mają niewiele czasu.

– W porządku, powiem więc bez ogródek. Zamierzam sprzedać mieszkanie i przenieść się do prywatnego domu opieki – powiedziałam.

Zamarli. Przez minutę, może dwie nie odezwali się nawet słowem. Patrzyli z niedowierzaniem to na mnie, to na siebie.

– Sprzedać mieszkanie? – zapytał w końcu Marek.

– No tak, sprzedać! Jestem chora, wymagam opieki. A wy nie macie czasu się mną zająć. Muszę więc zadbać o swoją przyszłość – odparłam.

– Ale to jest także nasze mieszkanie! – krzyknęła córka.

– Nie wasze, tylko moje. Wasz ojciec zostawił je w spadku tylko mnie – przypomniałam.

– No tak, ale liczyliśmy na to, że po mamy śmierci je dostaniemy. Przecież nam też się coś należy! – burknął syn.

– No właśnie! Nie może mama nam tego zrobić! – zawtórowała mu Kasia.

Czas pomyśleć o sobie!

Aż się we mnie wszystko w środku zagotowało. Mój syn i córka ani przez chwilę nie pomyśleli o mnie. W głowie mieli tylko pieniądze, które mogły przejść im koło nosa.

– Mogę i zrobię! Czy wam się to podoba, czy nie! – krzyknęłam.

Od tamtej pory minęły dwa miesiące. Mieszkanie już sprzedałam. Rzeczywiście chętny znalazł się natychmiast. Kupił je znany adwokat, nawet się nie targował. Stwierdził, że to świetne miejsce na kancelarię. Okazało się, że to bardzo miły człowiek. Pomógł mi ulokować bezpiecznie pieniądze, dokładnie sprawdził też umowę z domem opieki…

Za kilka dni wyjeżdżam. Jestem już spakowana. Pojadę razem z Anią, bo moje dzieci się do mnie nie odzywają. Zanim jeszcze podpisałam umowę sprzedaży mieszkania u notariusza, Kasia i Marek nawiedzali mnie codziennie. Próbowali przekonać mnie do zmiany decyzji, od siebie nie dając nic. Nie uległam, więc są obrażeni. Nie mogą pogodzić się z tym, że takie pieniądze przeszły im koło nosa.

Trudno. Jakoś to przeżyję… Jak mówiła Ania? Czas pomyśleć o sobie! 

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->