„Jestem skromną dziewczyną ze wsi, a spotykam się z samym prezesem. Mama twierdzi, że to nie miłość, a igraszka”

„Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że zdałam egzaminy, a on zapytał, czy chcę to jakoś uczcić. Od tego wieczoru wszystko się zaczęło. Siedzieliśmy w przytulnej knajpce i opijaliśmy mój sukces. To wtedy mi powiedział, że chciałby ze mną być…”.

Pamiętam swój pierwszy dzień w pracy. Byłam bardzo szczęśliwa, że udało mi się ją zdobyć. Przyjechałam ze wsi do dużego miasta i okropnie się bałam. Wszystko wydawało mi się takie obce, czułam się prowincjonalną gąską. W dodatku dopiero co zaczęłam studia, nie miałam żadnego doświadczenia. Idąc na rozmowę kwalifikacyjną, myślałam, że mnie odrzucą. Tym bardziej że kobieta, która ze mną rozmawiała, była strasznie zasadnicza, taka… zimna i wyniosła. Ale udało się!

Spodziewałam się zobaczyć ją znowu przy podpisywaniu umowy, tymczasem za  za biurkiem siedział młody facet. Na jego widok zachowałam się jak kretynka. Nawet nie chodzi o to, że był przystojny. Po prostu… oczarował mnie. Zadurzyłam się od pierwszego wejrzenia!

Nie mam pojęcia, co on sobie o mnie pomyślał i czy zauważył moje zmieszanie. Kiedy weszłam, wstał, przywitał się ze mną i poprosił, żebym usiadła.

– Witamy w firmie – uśmiechnął się. – Miło mi panią poznać. Proszę, tu są gotowe papiery, tak jak się pani umawiała z panią Basią – etat na okres próbny i na razie taka stawka. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to potem umowa na czas nieokreślony i podwyżka. Wszystko się zgadza?

Rzuciłam okiem w papiery i skinęłam głową, choć właściwie nie wiedziałam, co tam było napisane. Cały czas próbowałam zapanować nad swoimi emocjami. Rozum odzyskałam dopiero wtedy, gdy wyszłam z jego gabinetu. Kiedy wróciłam do biura, dziewczyny zapytały, co i jak.

– Spoko – mruknęłam. – Tylko zdziwiłam się, bo rozmawiałam z facetem…

– No tak, z prezesem, a z kim miałaś rozmawiać? – zdziwiła się z kolei Jola, moja bezpośrednia przełożona.

– Myślałam, że z tą kobietą, która mnie zatrudniała… – wzruszyłam ramionami.

– Z Baśką? Nie, ona jest personalną. To znaczy, my tak na nią mówimy – wyjaśniła mi. – Zarządza zasobami ludzkimi czy jakoś tak. No, zajmuje się właśnie rozmowami kwalifikacyjnymi, szkoleniami i takimi tam. Ale to prezes zatrudnia, on podpisuje umowy.

Zaproponował mi podwózkę

Próbowałam się czegoś o nim dowiedzieć, udając, że to tylko czysta ciekawość. Mam nadzieję, że się przy tym nie czerwieniłam!

 Fajny jest, chociaż taki… skryty – opowiadała Jolka przy śniadaniu. – Chyba samotny, w każdym razie żony nie ma. I w ogóle to równy gość. Nie czepia się, nie zwalnia, nawet premie daje.

Po raz kolejny zobaczyłam go dopiero po miesiącu. Siedziałam wtedy w pracy sama, po godzinach, bo się nie wyrabiałam. On wychodził i zajrzał do biura, gdyż zobaczył zapalone światło.

– A co pani tu jeszcze robi? – zapytał, wkładając płaszcz. – Zamykamy, do domu.

– Ojej! – zmartwiłam się szczerze. – A ja mam jeszcze tyle pracy!

– Robota nie zając, nie ucieknie – stwierdził prezes. – Szybciutko, proszę się zbierać, bo muszę wszystko pozamykać.

Zostawiłam papiery i pozbierałam swoje rzeczy. Czekał na mnie przy drzwiach.

– A samochód pani ma? – spytał, kiedy wychodziliśmy. – Może panią podrzucić?

– Nie mam – zawahałam się. – A dokąd pan jedzie? Jak w stronę miasta, tobym się zabrała. Mieszkam na Ochocie.

– A to po drodze. Podwiozę panią.

Dobrze prowadził. Spokojnie, równo. W ogóle był taki spokojny… Przez cały czas wypytywał mnie, co robię w czasie wolnym, jak mi się mieszka w Warszawie i skąd pochodzę. Gdy usłyszał, że z okolic Dęblina, uśmiechnął się.

– Mój dziadek się tam urodził – powiedział. – Mieszkał w takiej małej wsi, Skoki czy Skoków… Nie pamiętam. Lubiłem słuchać wieczorami jego opowieści.

Dobrze mi było w tym samochodzie. Padał deszcz, a tu tak ciepło i sucho. Jacek – tak kazał na siebie mówić prezes – dużo opowiadał o swojej rodzinie. Jego głos był miękki, kojący. Mało brakowało, a zasnęłabym!

– Gdzie teraz? – zapytał, gdy już podjechaliśmy na moje osiedle.

– Ależ ja sobie dojdę, nie trzeba… – było mi głupio, bo miał mnie podrzucić, a on mnie podwiózł pod sam dom!

– Gdzie dojdziesz?! Deszcz leje, podwiozę cię, to nie problem – odparł.

Zaczęłam grzebać w torbie w poszukiwaniu parasola, ale – niestety – został w przedpokoju. Jacek bez słowa wyłączył silnik, wyszedł i otworzył mi drzwi, rozpościerając nade mną swój parasol.

– Dziękuję. Naprawdę – powiedziałam, wyciągając rękę na pożegnanie.

– Nie ma za co – uśmiechnął się i przytrzymał ją przez chwilę. – Do jutra.

Jestem kretynką, ale byłam szczęśliwa! Nie, żebym sobie coś wyobrażała. Po prostu mi pomógł. Lecz mimo wszystko…

Odtąd Jacek często mnie podwoził, zwłaszcza gdy zostawałam dłużej w pracy. I muszę przyznać, że zdarzało mi się czasem przeciągać robotę… Cieszyłam się za każdym razem, gdy mogłam siedzieć z nim sam na sam w samochodzie, gdy rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Tam był szefem, tu… Czy ja wiem? Kumplem? Doradcą? Mentorem?

Zaczęło się od rachunkowości

Często wypytywał mnie o studia. Kiedyś przyznałam się, że mam problem z rachunkowością. Następnego dnia przyniósł mi do biura podręczniki i notatki.

– To moje jeszcze ze studiów – wyjaśnił. – Może ci się do czegoś przydadzą?

Gdy tylko wyszedł, dziewczyny natychmiast się na mnie rzuciły.

– Co jest? Przyznaj się – zapytała Jolka.

– Wy coś… tego? – dorzuciła Marzena.

– Nie, co wy gadacie?! Podwiózł mnie do domu, rozmawialiśmy i powiedziałam, że nie rozumiem rachunkowości – tłumaczyłam się, czując, jak palą mnie policzki.

Jakoś je to przekonało. Gdyby wiedziały, co było potem, tak łatwo by nie odpuściły. Bo od rachunkowości się zaczęło. Kilka dni później Jacek znowu mnie odwoził. Zapytał, jak sobie radzę.

– Nie wszystko rozumiem – pokręciłam głową. – Teorię niby znam, ale gdzieś robię błąd… No nic, egzamin w sobotę po południu, to jeszcze jest chwila.

– A może… – zaczął odrobinę niepewnie. – A może mógłbym ci pomóc?

– Jak? – zdziwiłam się. – Już mi pomogłeś, twoje notatki są świetne.

– Dobry byłem z rachunkowości. Może ci wytłumaczę? Na przykład jutro, po pracy. Dziś muszę wracać, bo mam umówioną wizytę z kotem u weterynarza. Ale jeżeli mówisz, że wszystko rozumiesz, to tylko kwestia znalezienia błędu.

Nie mogłam się doczekać tego piątku. Nieważna ta rachunkowość, ale ON miał do mnie przyjść! Oczywiście w czwartek wieczorem, zamiast się uczyć, pucowałam mieszkanko i piekłam ciasto. A w piątek w pracy siedziałam jak na szpilkach. „Niech już wszyscy sobie pójdą” – myślałam. Lecz tym razem Jacek już o 15.00 zadzwonił na mój numer służbowy.

– Jak nie masz nic bardzo pilnego, to się zbieraj – powiedział. – Egzamin jest ważniejszy niż faktury, szkoda czasu.

Wstałam więc i powiedziałam Jolce, że muszę już wyjść, żeby się uczyć.

– Uprzedzaj mnie wcześniej następnym razem – mruknęła niezbyt zadowolona. – Musisz to nadrobić w poniedziałek.

– Jasne – byłam tak szczęśliwa, że Jacek spędzi ze mną wieczór, że nie przeszkadzał mi nawet jej protekcjonalny ton.

Długo zapamiętam tamte pierwsze chwile spędzone z nim sam na sam… Po pierwsze, okazał się znakomitym nauczycielem. Po drugie, widziałam, że naprawdę się martwi, czy zdam. A po trzecie… No właśnie, po trzecie, to kiedy już skończyliśmy się uczyć, został jeszcze dłuższą chwilę. Chwalił ciasto, słuchaliśmy muzyki i widziałam, że wcale nie ma ochoty wychodzić. Było późno, kiedy wstał z fotela z wyraźnym ociąganiem.

– Musisz się wyspać – powiedział. – Będę trzymać kciuki. Daj znać, jak ci poszło.

I… pocałował mnie na pożegnanie! To jakiś cud, że w ogóle mogłam się skupić na egzaminie, bo nagle cała ta rachunkowości przestała być ważna!

Zadzwoniłam do niego, że zdałam, a on zapytał, czy chcę to jakoś uczcić. Od tego wieczoru wszystko się zaczęło. Do niczego wówczas nie doszło – po prostu siedzieliśmy w przytulnej knajpce i opijaliśmy mój sukces. Lecz to wtedy mi powiedział, że chciałby ze mną być

W pracy szybko się zorientowali.

– Nie chcę się wtrącać, ale ty się lepiej zastanów – zagadnęła mnie Jolka podczas lunchu. – To jest szef. Starszy od ciebie. Na pewno bardziej obeznany w pewnych sprawach. Zresztą z szefem w ogóle nie jest fajnie flirtować. A ty jesteś młoda i niedoświadczona.

Moja mama powiedziała mi wprost:

– Córciu, ty jesteś dziewczyna ze wsi, a on prezes z miasta. Pobawi się tobą, a potem zostawi i tyle. A nie daj Boże, dziecko z tego będzie!

Nie jestem naiwna, nie wierzę w bajkę o Kopciuszku. Ale wierzę w miłość. I widzę, jak Jacek mnie na patrzy, jak mnie traktuje. Wcale nie ciągnie mnie do łóżka, nie bawi się moim kosztem. Ja go kocham, on mnie chyba także. Z drugiej strony, życie potrafi być okrutne… Kto zatem ma rację? Jolka i mama czy moje serce?

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->