„W wieku 60 lat wreszcie poczułam się dorosła. Wzięłam rozwód, założyłam konto w banku i zrobiłam prawo jazdy”

„Przed rozwodem zadbałam o zabezpieczenie finansowe. – Pani mecenas, ja nie chcę Stefana puszczać z torbami. Po prostu muszę zacząć wreszcie żyć własnym życiem. Potrzebuję mieszkania i alimentów, bo emerytura mi nie przysługuje. Chyba po tylu latach mam do tego prawo?”.

Kiedy za Stefanem zamknęły się po raz ostatni drzwi, nalałam sobie wina i zabrałam się do sporządzania listy rzeczy, które mam do zrobienia. Punkt 1: kurs prawa jazdy.

Stefana poślubiłam, jak miałam 20 lat

Był starszy o 8 lat, ustawiony.

– No, przy takim mężczyźnie kobieta nie musi się o nic martwić – zachwycała się moja mama.

Owszem. Nie musiałam. Miałam tylko dbać o to, żeby dom wyglądał dobrze, jedzenie było na stole, a dzieci miały odrobione lekcje i nie hałasowały. I dobrze wyglądać, gdy wpadali na kolację koledzy z pracy z żonami. Wiedliśmy wygodne życie. Dom z ogrodem, elegancki samochód, wakacje za granicą.

Dopóki dzieci wymagały uwagi – nawet nie zauważałam, że żyję w złotej klatce. I nie istnieję jako samodzielna jednostka. Tylko jako żona Stefana i matka jego dzieci. Ale w końcu dzieci się usamodzielniły. Marek zaczął prowadzić własną firmę, Ela wyjechała do Londynu. A ja całymi dniami siedziałam w domu, czytałam pisemka i oglądałam telewizję. I któregoś dnia zrobiłam w głowie inwentaryzację swoich osiągnięć…

W życiu nie przepracowałam ani jednego dnia

Nie mam własnych pieniędzy, nawet własnego konta w banku! Nie dostanę żadnej emerytury. Nie mam żadnego hobby. Nie uprawiam żadnego sportu – nie umiem nawet pływać. Zawsze na plaży byłam tą mamą, która stoi na brzegu i obserwuje kąpiące się dzieci i męża. Nie mam prawa jazdy. Stefan zawsze mi mówił, że to nie dla mnie.

– Przecież ja prowadzę. A jak trzeba, weź taksówkę. Przecież nie chcemy, żebyś sobie albo komuś coś zrobiła…

Tym „nie chcemy” kończył każdą podobną dyskusję; i rozkładał gazetę. Im dłużej myślałam, tym bardziej to „nie chcemy” mojego męża nie dawało mi spokoju. Któregoś ranka obudziłam się, usiadłam na łóżku i wykrzyczałam do lustra na szafie:

– Właśnie, że ja chcę!

Od koleżanki, która rozwiodła się rok temu, wzięłam telefon do adwokatki.

– Muszę wiedzieć, na co mogę liczyć, gdybym chciała odejść od męża.

Nic mi nie wiadomo, żeby mnie zdradzał – przyznałam

Okazało się, że bez tej zdrady to będzie ciężko „oskubać małżonka”.

– Pani mecenas, ja nie chcę Stefana puszczać z torbami. Po prostu muszę zacząć wreszcie żyć własnym życiem. Potrzebuję mieszkania i alimentów, bo emerytura mi nie przysługuje. Chyba po tylu latach mam do tego prawo?

Po wyjściu z kancelarii uznałam, że lepiej będzie, jak sama porozmawiam z mężem. Może mnie zrozumie. Zdziwiłam się, bo przyjął moje wyznanie ze spokojem. Zbyt dużym spokojem… Nawet przez chwilę miałam wrażenie, że z zadowoleniem!

– Stefan. Spójrz na mnie. Znamy się 40 lat. Powiedz prawdę.

Mąż westchnął głęboko, i nie patrząc mi w oczy, odpowiedział:

– Masz rację. Jest coś o czym powinnaś wiedzieć. A raczej ktoś. Znamy się już dwa lata. To koleżanka z pracy.

Zaczęłam się śmiać. Stefan spojrzał na mnie jak na wariatkę. A ja nie mogłam się opanować! Pewnie jeszcze kilka miesięcy temu, zanim podjęłam decyzję, że muszę odejść – byłabym wściekła, zraniona, krzyczałabym i płakała. A teraz?

Teraz wyznanie Stefana wszystko mi ułatwiało

I materialnie – nie miałam wątpliwości, że spełni moje oczekiwania, i emocjonalnie – jeżeli miałam jakieś wątpliwości, właśnie zniknęły. Szybko się dogadaliśmy. Na razie Stefan się wyprowadzi, a dom spróbujemy sprzedać. Jak się uda – za swoją część kupię sobie przyjemne mieszkanie. Mąż przepisał na mnie część lokat i zobowiązał się wypłacać mi alimenty. Tylko żeby je dostawać – musiałam iść do banku i otworzyć konto.

Urzędniczka w okienku patrzyła na mnie dziwnie, kiedy tłumaczyłam jej, że to moje pierwsze. Dostałam też własną kartę do bankomatu i kredytową. Poczułam się… dorosła! Miałam 60 lat i po raz pierwszy w życiu – poczułam się naprawdę dorosła! Dwa tygodnie później Stefan na dobre się wyprowadził. Usiadłam z winem w ręce na kanapie (po raz pierwszy nie usłyszałam komentarza, że jak zaleję narzutę, to…) i zaczęłam planować resztę swojego życia.

Prawo jazdy. Pierwsze na mojej liście

Jak je zdobędę – to kupię mały samochodzik i będę zwiedzać Polskę. Tylko czy jakaś szkoła jazdy przyjmie na kurs taką starą babę? Zaczęłam poszukiwania. Znalazłam szkołę dla pań „Lady”. Okazało się, że wcale nie jestem wyjątkowa.

– Mamy całkiem sporo klientek, które po latach wożenia przez mężów postanawiają się uniezależnić! Proszę nic się nie martwić! – usłyszałam.

Pani Ilona miała tak rozbrajający uśmiech, że przestałam się bać. Przyznaję, nauka jazdy szła mi topornie. Instruktorka miała do mnie mnóstwo cierpliwości, ja do siebie dużo mniej. Ale po sześciu miesiącach usłyszałam w końcu:

– Jest pani gotowa.

Najbardziej bałam się teorii. Ostatni egzamin, który zdawałam w życiu – to była matura. Okazało się, że po latach czytania w kółko tych samych bajek, rozwiązywania z dziećmi zadań z matematyki i fizyki – mój umysł funkcjonuje całkiem sprawnie. Teorię zdałam za pierwszym podejściem, praktykę za drugim – i wreszcie stałam się dumną posiadaczką plastiku z napisem „Prawo jazdy”.

– Co chcesz kupić?! – mój syn wybałuszył na mnie oczy, gdy poprosiłam go, żeby pomógł mi kupić auto.

Długo przyglądał się mojemu prawu jazdy i oglądał je pod światło. Chyba myślał, że go wkręcam. W końcu popatrzył na mnie i powiedział:

– Daruję sobie próby perswazji. Widzę, że już podjęłaś decyzję i nic nie wskóram. Od jakiegoś czasu jesteś niezwykle konsekwetna, muszę przyznać – to była aluzja do rozwodu i usamodzielnienia. – To już lepiej ci pomogę. Żeby ci jakiś oszust wraka nie wcisnął – zdecydował w końcu.

Trzy tygodnie później na podjeździe stanęła zielona dwuletnia toyota yaris. Przeżegnałam się i wybrałam na pierwszą w życiu samodzielną przejażdżkę. Cel na razie był mało ambitny – supermarket dwie przecznice dalej. Dotarłam na miejsce z wypiekami, mokrymi plecami i spoconymi od zaciskania na kierownicy dłońmi. Ale mi się udało.

Nikogo nie rozjechałam, nie zniszczyłam auta…

Nadszedł czas na punkt 2 na mojej liście: nauka pływania. Na basenie dziewczyna w okienku spojrzała na mnie i zapytała:

– Na wodny aerobik dla seniorów, tak? – i już zaczęła coś stukać w komputerze, kiedy usłyszała moją odpowiedź:
– Nie. Ja na naukę pływania.

Okazało się, że w tej chwili naukę pływania prowadzą tylko dla dzieci. Dziewczyna zaproponowała lekcje indywidualne. W sumie to się ucieszyłam – im mniej świadków, tym mniejszy wstyd. Mój instruktor miał na imię Rafał, studiował na AWF-ie i wyglądał jak olimpijczyk. Czułam się przy nim jak idiotka w swoim plażowym kostiumie w kwiaty i staromodnym czepku. Na szczęście Rafał to zawodowiec.

– Pani Kazimiero, przede wszystkim gratuluję decyzji. Na pływanie nigdy nie jest za późno! – zaczął.

I bez ceregieli wręczył mi deskę i zaczęła się moja pierwsza lekcja. Miesiąc później, gdy przepłynęłam krytą żabką trzy baseny, Rafał orzekł:

– No, jest pani gotowa, żeby dołączyć do grupy. I żeby doskonalić swoje umiejętności! Gratulacje!

Wreszcie robię coś pożytecznego

Od tej pory dwa razy w tygodniu chodzę na zajęcia dla dorosłych. Wcale nie jestem najstarsza. Ćwiczymy żabkę i kraula. Niedawno były zawody – na sześć startujących pań byłam czwarta! Szkoda, że zmarnowałam tyle lat na tych brzegach mórz i jezior…

Punkt 3: praca. Nie chodziło mi o pieniądze, tych mi nie brakowało. Ale doszłam do wniosku, że aby w pełni poczuć się dorosłą i zasłużyć na własny szacunek – powinnam robić coś pożytecznego. Nie dla siebie, męża, dzieci – ale dla innych. Zaczęłam od wydawania posiłków w stołówce dla bezdomnych. Tam poznałam Kamilę, wolontariuszkę. Opowiedziała mi o świetlicy dla dzieci z trudnych rodzin, którą z paroma innymi osobami prowadziła na osiedlu. Poszłam i wsiąkłam… Przydały się lata praktyki z własnymi dziećmi.

Odrabiałam z dzieciakami lekcje, czytałam, bawiłam się. A jak się dowiedziałam, że większość z nich nie umie pływać – zorganizowałam lekcje. Instruktora Rafała poprosiłam, żeby popracował z moimi podopiecznymi społecznie. Zgodził się bez wahania. Dwóch kolegów męża namówiłam, żeby sponsorowali wynajem basenu (obiecałam im artykuł w gazecie, jeszcze nad tym pracuję). I od miesiąca wożę raz w tygodniu całą tę bandę na basen. Świetlica na razie absorbuje mnie tak bardzo, że nie mam czasu na realizację dwóch kolejnych punktów z mojej listy: nauka tanga argentyńskiego i kurs historii sztuki. Ale przecież wszystko jeszcze przede mną!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->