„Po 40-stce zaszłam w ciążę. Mąż chciał, żeby usunąć i się pokłóciliśmy. W nocy obudziłam się w plamie krwi”

Próbowałam mu wytłumaczyć, że skoro daliśmy radę dwa razy, to damy i trzeci. – Zwariowałaś? – wrzasnął. – Zachowujesz się, jakby wszystko było na swoim miejscu, a nie jest! Myślałem, że wreszcie odetchnę, zacznę żyć, a tu takie… nieszczęście!

Mąż i ja chodziliśmy do kościoła, ale chyba bardziej z przyzwyczajenia niż z powodu wiary. Czasem podśmiewaliśmy się z ludzi bardzo wierzących. Na przykład Mietek w komórce miał ustawione odgłosy dzwonów kościelnych.

Żartowaliśmy z Kościoła, jak większość umiarkowanych katolików

Zresztą, rodziną też byliśmy taką jak większość. Oboje koło czterdziestki, dwójka dzieci, pensje jakoś starczające od pierwszego do pierwszego, raz w roku wakacje nad morzem.

Innymi słowy, prowadziliśmy normalne, spokojne życie. Cieszyliśmy się z tego, że dzieci nam już trochę podrosły. Oboje, Artur i Anita, byli już nastolatkami. Dzięki temu mieliśmy teraz więcej czasu dla siebie.

– Wreszcie trochę spokoju – powtarzał mąż, kiedy zaczynaliśmy ten temat.

Jak to typowy facet, Mietek nigdy nie przestał być chłopcem i uwielbiał się bawić. A to na ryby wyskoczyć, a to z chłopakami na mecz, a to pobiegać. Kochał sport, ale w ciągu ostatnich lat nie było zbyt wielu okazji do aktywności fizycznej. Oczywiście nie licząc „gry w piłkę” z małym Arturkiem czy rodzinnych wypadów rowerowych.

Ja też specjalnie nie narzekałam na nową sytuację. Fajne było to, że dzieciaki potrafiły zająć się same sobą, nie trzeba ich było nieustannie pilnować. Mogłam w końcu spokojnie poświęcić się pracy, nie musiałam co dwa tygodnie brać chorobowego, a w niedzielę po obiedzie znajdowałam czas, by usiąść z książką czy napić się kawy.

No i jeszcze coś. Seks. Nie byliśmy jedną z tych par, co to po zrobieniu dzieci zapomina, że łóżko nie musi służyć jedynie do spania. Kochaliśmy się często, a że nasze drugie dziecko, Anita, urodziła się po wielu staraniach i dzięki pomocy lekarzy, to nie troszczyliśmy się za bardzo o zabezpieczenie.

Czemu miałam się bać zajścia w ciążę, gdy już grubo ponad dziesięć lat temu miałam z tym problemy?

No i jak to bywa przy takim podejściu do sprawy – stało się

Najpierw myślałam, że moje dziwne samopoczucie to jakieś kłopoty zdrowotne, wczesne przekwitanie albo inne licho. Ale potem przyszło mi do głowy, że w sumie to znam ten stan, przechodziłam to już dwukrotnie…

Przestraszona tą myślą kupiłam w aptece test ciążowy. Wyszedł pozytywny. Dla pewności kupiłam jeszcze dwa. Bez zmian… Poszłam do ginekologa, który tylko potwierdził moje przypuszczenia. Ciąża. Piąty tydzień. Co poczułam?

Najpierw wielką radość, a potem strach.

„Matko Boska! – pomyślałam. – Znowu będziemy musieli przez to przejść. Znów czekają nas brudne pieluchy, kaszki, zmęczenie, nieprzespane noce i permanentny brak czasu na cokolwiek…”.

Siedziałam w poczekalni i zastanawiałam się, jak powiedzieć o tym mężowi. Tkwiłam tam przez dobre pół godziny, lecz nie wymyśliłam niczego lepszego niż zwyczajne wyłożenie kawy na ławę.

Miałam nadzieję, że Mietek przyjmie to dzielnie. Czekałam do wieczora, aż dzieciaki pójdą spać. A że to już nastolatki, to się stało dopiero koło jedenastej. Kiedy weszłam do sypialni, mąż też już przysypiał. Położyłam się obok niego i dotknęłam jego ramienia.

– Obudź się, hej… – szepnęłam.

– Julka, nie teraz… Zmęczony jestem.

No tak, ten tylko seks miał w głowie.

– Mietek, obudź się. Chcę ci coś powiedzieć.

– A to nie może zaczekać? – mruknął.

– No, wolałabym nie czekać… Zresztą, to się z seksem wiąże. Taka niespodzianka.

– Coś ty znowu wymyśliła? – zaczynał się denerwować, więc postanowiłam dłużej nie zwlekać i wypaliłam prostu z mostu:

– Jestem w ciąży.

Tu nastąpiła chwila ciszy. Chyba po prostu mój mąż potrzebował czasu, żeby zrozumieć, o czym właściwie mówię.

– Co? To niemożliwe! – jęknął, gdy już dotarł do niego sens moich słów.

– Niemożliwe? Pomyśl. Pomyślał i nagle wyraz jego twarzy kompletnie się zmienił. Niestety, nie zareagował tak, jak się spodziewałam…

Wpadł w panikę. Wyskoczył z łóżka, zaczął chodzić w tę i z powrotem i powtarzać: „Co my teraz zrobimy?”. On się nakręcał, a ja nakręcałam się razem z nim. Do tej pory byłam w miarę spokojna, ale kiedy zobaczyłam go takiego roztrzęsionego, od razu sama zaczęłam się denerwować.

Próbowałam mu wytłumaczyć, że przecież to nic wielkiego – daliśmy radę dwa razy, to damy i trzeci. Ale do niego nic nie docierało.

– Zwariowałaś? – wrzasnął. – Zachowujesz się, jakby wszystko było na swoim miejscu, a nie jest! Myślałem, że wreszcie odetchnę, zacznę żyć, a tu takie… nieszczęście!

To mnie zabolało. Nieszczęście?

Czyżby opieka nad małymi dziećmi była dla niego aż taką udręką, aż tak przykrym doświadczeniem? Nie mogłam uwierzyć, że to powiedział. Nagle zatrzymał się na środku sypialni.

– Przecież będziemy musieli zmienić auto i mieszkanie, a na to nas nie stać.

– Jak to auto i mieszkanie? Co ty gadasz? Spokojnie się pomieścimy! – przekonywałam go, ale on się upierał przy swoim.

W końcu poszedł do kuchni, żeby napić się wódki. Wrócił śmierdzący alkoholem, położył się, westchnął kilka razy i wtedy powiedział coś, co mnie prawie powaliło:

– Musimy usunąć.

– Jak to u… usunąć!? – wydukałam.

– No wiesz, są miejsca, sposoby…

– Mietek, do cholery! – krzyknęłam. – Zaczynam się ciebie bać!

– A co, źle mówię? – spytał.

– Bardzo źle… To jest nasze dziecko. A my jesteśmy katolikami. – darłam się.

Krzyczeliśmy chyba za głośno, bo w drzwiach sypialni pokazała się zaspana Anita. Oznajmiła nam, że powinniśmy się kłócić ciszej, bo ona nie może spać, po czym poszła do toalety i wróciła do łóżka.

Leżeliśmy tyłem do siebie, w milczeniu. Ja milczałam, bo jeszcze nigdy nie było mi tak przykro po jego słowach, a on… sama nie wiem. Chyba ze strachu przed naszym dzieckiem. NASZYM. Dlaczego to do niego nie docierało?

Poczułam, jak robi mi się beznadziejnie smutno, a potem po policzkach popłynęły mi łzy. Szybko je wytarłam, bo nie chciałam mu pokazać, jak bardzo mnie zabolało. Nie znałam go od tej strony. Żyjesz z człowiekiem tyle lat i wcale go nie znasz! Z tą myślą zasnęłam.

Oby tylko naszemu dziecku nie stało się nic złego

Obudził mnie silny ból brzucha. Najpierw nie wiedziałam, o co chodzi, a potem przypomniało mi się, że przecież jestem w ciąży. Szybko zapaliłam nocną lampkę, odrzuciłam kołdrę i… struchlałam. Na prześcieradle widniała plama krwi. Obudziłam męża. Kiedy zobaczył krew, poderwał się z łóżka i krzyknął, że natychmiast jedziemy do szpitala.

Obudziły się też dzieci, którym trzeba było szybko wytłumaczyć, co się stało. Też były przerażone. Do szpitala pojechaliśmy więc wszyscy razem, bo dzieciaki nie chciały zostać w domu. W szpitalu – jak to w szpitalu. Trochę bałaganu, mnóstwo czekania, jeden, drugi, trzeci lekarz, aż w końcu decyzja, że zostaję do rana.

To była trzecia w nocy, więc kiedy wszystko się już uspokoiło, kazałam mężowi zabrać dzieci i jechać do domu. Długo musiałam się kłócić z całą trójką, bo za żadne skarby nie chcieli mnie zostawiać, ale w końcu dali za wygraną i pojechali. Zostałam sama i mimo dręczącego mnie niepokoju, szybko zasnęłam.

Rano obudziły mnie pielęgniarki, a potem kucharki, które przywiozły śniadanie. Następnie na obchód przyszedł lekarz i okazało się, że są już wyniki badań. Na szczęście dziecku nic złego się nie stało. Natomiast przez pierwsze trzy miesiące ciąży musiałam na siebie uważać.

Gdy tylko wszyscy sobie poszli, chwyciłam komórkę i zadzwoniłam do Mietka. Byłam szczęśliwa i nawet zapomniałam o tym, że poprzedniego wieczoru powiedział mi tyle przykrych rzeczy. Mąż odebrał już po pierwszym sygnale, jakby siedział przy telefonie i czekał, aż się odezwę.

– I jak? – spytał wyraźnie zdenerwowany. – Wszystko w porządku?

– Tak, tak. Muszę tylko odpoczywać…

– Dzidziuś jest cały i zdrowy?

– Owszem.

– Rany, jak dobrze… – odetchnął z ulgą.

– Czekaj, za minutę u ciebie będę.

– Jak to, gdzie jesteś?

Okazało się, że mąż odwiózł dzieci do domu, po czym wrócił i spędził całą noc na szpitalnym korytarzu. Kiedy wszedł do sali, płakał. Miał czerwone i zapuchnięte oczy. Przykląkł przy moim łóżku.

– Przepraszam… – jęknął.

– Nie przesadzaj. Nic się nie stało.

– Stało się. Zawiodłem cię… Powiedziałem coś, czego wcale nie chciałem powiedzieć. Tak się wystraszyłem, że to przeze mnie… – westchnął. – Kiedy do mnie dzwoniłaś, to siedziałem w kaplicy szpitalnej i modliłem się. Ten cholery alarm…

– Te kościelne dzwony, co cię tak bawiły? – zorientowałam się szybko.

– Tak. Brzmiały, jakby biły na pogrzeb. Omal nie rzuciłem komórką o ścianę.

– Może lepiej zmień dzwonek… – zaśmiałam się i on też się zaczął śmiać.

Minęły trzy lata. Dziś cała nasz piątka chodzi do kościoła, ale nie traktujemy już tego tylko jak przyzwyczajenia. Niby nie wydarzyło się nic wielkiego, lecz wszyscy wiemy, że mogło.

A jak człowiek uświadomi sobie, co się może wydarzyć, wtedy dociera do niego, co jest w życiu ważne.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->