„Syn był zaślepiony melonami swojej żony i ignorował, gdy rozstawiała mnie po kątach. Wolę żyć sama niż w tym piekle”

„Na każdym kroku dawała mi do zrozumienia, że to jest jej dom, że ja mieszkam u niej, a nie odwrotnie. Była bezczelna i bez odrobiny taktu, traktowała mnie z góry, mało brakowało, a zaczęłaby mnie przestawiać z kąta w kąt jak niepotrzebny mebel”.

Wychodziłam z jadalni, gdy pan Adam zamachał do mnie od swojego stolika. Podeszłam do niego na tyle szybko, na ile pozwoliło mi moje sztywne kolano.

– Pani Wandziu, wczoraj już nie zdążyłem wpaść do pani, córka późno wyszła, nie chciałem przeszkadzać – wyciągnął w moją stronę niewielką, miękką paczuszkę. – Ale przyniosła te koronki i jakieś tasiemki, nawet kawałek starej firanki w kwiatki, może się pani przydadzą.

Byłam smutna i samotna

– Jeszcze jak – ucieszyłam się. – Tyle mam jeszcze tych pisanek do zrobienia, żeby obdzielić wszystkich, no i dla opiekunek, i nawet pani dyrektor prosiła o kilka dla swoich wnuków – uśmiechnęłam się.

– Tak też sobie myślałem – odparł. – A córka kiedyś zajmowała się krawiectwem, to zostało jej tych skrawków pełno, chętnie się ich pozbyła z domu, przy okazji porządki świąteczne w szufladach porobiła…

Wracając do swojego pokoju, który dzieliłam z miłą panią Jasią, pomyślałam sobie, że rzadko który z pensjonariuszy tego naszego domu opieki zachowywał tyle pogody ducha co pan Adam. Nie był jeszcze stary, ale los go ciężko doświadczył – po wypadku samochodowym sparaliżowało mu obie nogi. Jego kalectwo przeszkadzało widać synowi, skoro oddał pana Adama tutaj.

Ja też tu, co prawda, mieszkam, lecz to mój świadomy wybór; nie chciałam stać na zawadzie do szczęścia mojego jedynaka, po tym, jak ożenił się po raz drugi z dużo młodszą od siebie kobietą. Wolałam się wyprowadzić z własnego domu, żeby nie patrzeć na fochy i wieczne niezadowolenie nowej synowej.

Nie było mi tutaj źle, szybko się zaadaptowałam, bo zawsze lubiłam ludzi. W młodości pracowałam społecznie, to i teraz z ochotą garnęłam się do społecznego życia, pełniłam tutaj nawet funkcję starościny. Traktowałam moich towarzyszy doli, czy też niedoli, jak swoją wielką rodzinę, a dom jak swój własny.

Kiedy tylko się dało, organizowałam jakieś imprezy, spotkania, wieczorki, konkursy, byle tylko życie nie było tak straszliwie beznadziejne. Żeby ludzie czuli, że jeszcze może być pięknie, radośnie, wesoło. Pomimo ciężaru lat, kalectwa, odrzucenia. Żeby nie czuli się samotni.

Dyrektorka i personel pozwalali mi na to, patrząc na moje wyczyny często z przymrużeniem oka. A może nawet im to odpowiadało? W końcu nieraz swoją inwencją wyręczałam ich z obowiązków. Ja początkowo sądziłam, że robię to dla innych, po to, żeby zabić masę wolnego czasu, żeby nie myśleć…
Ale w końcu zrozumiałam, że to wszystko, co robiłam, było potrzebne też mnie. Żebym wiedziała, że żyję.

Gdzieś w głębi serca tęskniłam

Wracałam wciąż myślami do tamtych lat, gdy mój dom tętnił życiem, gdzie pierwsza synowa Maria, podśpiewując, wiecznie coś pichciła w kuchni, a moje wnuki, Renia i Jaruś biegali po domu, przekrzykując się wzajemnie i sprzeczając o byle co. Wtedy czasem miałam tego dosyć, byłam zmęczona, chciałam odetchnąć w spokoju i samotności. I w swej głupocie użalałam się przed przyjaciółkami, że chciałabym być sama.

No i siła wyższa spełniła te nieprzemyślane życzenia! Małżeństwo mojego syna rozpadło się. Jemu po prostu odbiło jak każdemu facetowi w pewnym wieku. Oszalał na punkcie jakiejś dziewuchy, z biustem na wierzchu i nosem zadartym do góry.

Maria jeszcze przed rozwodem zabrała dzieci, wyjechała do swoich rodziców. A w domu wreszcie miałam ciszę i spokój, bo syn z nową żoną żyli swoim własnym życiem, w którym niewiele miejsca było dla mnie. Boże, jak ja siebie nienawidziłam za te moje pobożne życzenia! Ile bym dała, żeby wróciły dawne czasy!

I w końcu uniosłam się honorem

Zaczęłam im wyraźnie przeszkadzać, zwłaszcza Iwonie. Na każdym kroku dawała mi do zrozumienia, że to jest jej dom, że ja mieszkam u niej, a nie odwrotnie. Była bezczelna i bez odrobiny taktu, traktowała mnie z góry, mało brakowało, a zaczęłaby mnie przestawiać z kąta w kąt jak niepotrzebny mebel. A syn rzadko bywał w domu, jego praca wymagała ciągłych wyjazdów…

Zdecydowałam znaleźć sobie jakiś kąt, gdzie nie wadziłabym nikomu. Wyszukałam ten dom opieki, w pięknym, zalesionym miejscu, miałam tu pokój dzielony z miłą kobietą. I próbowałam czuć się szczęśliwa.
Przebywałam tu już prawie rok.

– Wpadniemy do ciebie wcześniej, Iwonka jakieś ciasto upiecze i co tam jeszcze zechcesz, przyniesiemy – powiedział przez telefon. – Tylko że nie będziemy mieć za wiele czasu…

– Ależ naprawdę mnie niczego nie potrzeba – przerwałam mu. – Nie zawracaj sobie mną głowy, ja tu mam wszystko, jedźcie sobie spokojnie.

Przez moment po tamtej stronie panowała cisza.

– Jesteś, mamo, pewna? – spytał w końcu syn. – No bo rzeczywiście, jeżeli niczego nie potrzebujesz, to moglibyśmy wcześniej wyjechać.

– Oczywiście, jedźcie – próbowałam się uśmiechnąć do słuchawki, chociaż w gardle dławiło. – Życzę wam dobrego wypoczynku i uważajcie, żebyście sobie czego nie połamali.

Wróciłam wtedy do swojego pokoju smutna, z trudem powstrzymując łzy. Pani Jasia, która coraz więcej czasu spędzała w łóżku przez swój postępujący reumatyzm, spojrzała na mnie spod oka.

– Syn nie przyjedzie, co? – powiedziała i westchnęła. – No cóż, skąd ja to znam, tyle razy już to słyszałam, że przestałam nawet czekać.

– Młodzi mają swoje sprawy, swoje życie – starałam się jakoś usprawiedliwić Maćka. – A cóż ja, niewiele już potrzebuję. Zresztą, co mi z ich odwiedzin. Posiedzą i zaraz pójdą.

– Ja na początku się buntowałam, próbowałam upominać o ich uwagę, o swój kawałek miejsca w rodzinach dzieci – pani Jasia pokiwała głową. – Jednak potem dałam spokój, zrozumiałam, że im szybciej się z nowym stanem pogodzę, tym będzie lepiej dla mnie, mniej będzie bolało.

Coś było w tym, o czym mówiła pani Jasia. Pogodzić się… Pewnie, lecz może nie tak do końca, może bez tej beznadziei w oczach. Spróbować nauczyć się tutaj tak żyć, jakby się było we własnym domu. Bo przecież ten ładny, wygodny budynek był teraz naszym domem. Ostatnim… Patrzyłam wtedy na nią, na jej zmęczoną twarz, w której nie było cienia radości, i nagle uśmiechnęłam się.

Mój sposób na samotność

Postanowiłam, że nie będę wyła do poduszki, skoro to teraz mój dom. Chciałam upiec dla domowników moje tradycyjne cisto. Pani dyrektor, co prawda, trochę niepewnie na mnie patrzyła, gdy opowiedziałam jej o swoim pomyśle.

– Pani zdaje sobie sprawę, że trzeba wybić około stu jajek? – spytała.

– Nie ma problemu, wstanę o czwartej rano – obiecałam.

– No, jeżeli uda się pani przekonać szefową kuchni, to ja nie mam nic przeciwko temu – zgodziła się, nie przestając mi się jednak przyglądać podejrzliwym wzrokiem.

– Damy radę, spokojnie – roześmiałam się uszczęśliwiona.

Pani Jasia początkowo patrzyła na moje wyczyny z wyraźną dezaprobatą, gdy jednak wyciągnęłam z pieca pierwszą blachę, sama zaproponowała mi swoją pomoc.

– Pani Wandziu, ma pani gościa.

– Przecież Krzysiek już wyjechał…

Urwałam, bo za Anetką zobaczyłam swoją pierwszą synową, Marysię.

– Witaj, mamo – jej okrągła postać wtoczyła się do pokoju, wnosząc od razu jakąś radość, powiew wiosny i słonecznego blasku; sprawiał to chyba jej uśmiech, jej radosne oczy.

Przecież Maria nie jest już moją synową

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć syna. Czemu zamienił taką ciepłą i łagodną kobietę na tę wymuskaną, zarozumiałą dziewuchę? Wstałam teraz szybko, podeszłam do Marii, wzięłam w ramiona. Poczułam znajomy zapach perfum, ten delikatny, przyjemny zapach, którym dawniej przesiąknięty był cały dom.

– Co za niespodzianka – szepnęłam.

– Dopiero wczoraj dowiedziałam się, że Krzysiek wyjechał na święta – powiedziała Marysia. – Dzwonił do dzieci z życzeniami.

– Pojechali na narty – powiedziałam.

– Wiem, dlatego przyjechałam – popatrzyła uważnie na mnie. – Żeby zaprosić cię do nas, może nawet na dłużej, na ile tylko będziesz chciała. Więc… mamo, przyjechałam po ciebie, jesteś pilnie potrzebna.

Maria mówiła coraz szybciej, jakby chcąc pokryć swoje emocje i moje chyba też. A ja stałam, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa.

– Przecież ty… – wydusiłam w końcu, lecz nie mogłam dokończyć.

– Chcesz powiedzieć, że nie jestem już żoną Krzysztofa, tak? – pokiwała głową. – Bez względu na to, kto teraz jest jego żoną, ty dla mnie zawsze będziesz mamą, moją drugą mamą, a dla dzieci babcią.

Byłam tak zaskoczona wizytą synowej, tak wzruszona, że nie zaproponowałam jej nawet herbaty. Usiadłyśmy przy stole, pani Jasia podniosła na mnie oczy.

– No to musi się chyba nasza Wandzia pakować – uśmiechnęła się.

Pokręciłam głową.

– Nie, nie, ja tak nie mogę! Tak nagle zostawić was wszystkich…

– Możesz, możesz, kobieto, zapewniam cię – Jasia mocno ścisnęła moją dłoń. – Dopóki jeszcze masz do kogo pojechać, pakuj się i w drogę!

Zostawiam tu swoich przyjaciół

Kiedy wyszła, rozpłakałam się, nie mogłam powstrzymać głupich łez.
Wtedy pani Jasia objęła mnie ramieniem, przytuliła się do mnie mocno.

– Słyszałam, co powiedziała twoja synowa – szepnęła mi do ucha. – Że zawsze będziesz jej drugą mamą. Powinnaś być szczęśliwa, Wandeczko, żona mojego syna nie odezwała się do mnie od dziesięciu lat.

Ta kobieta miała rację. Powinnam być szczęśliwa, bo spędzę czas ze swoimi wnukami.

– Niech pani jedzie, pani Wandeczko – Adam na pożegnanie ścisnął moją dłoń,  ale proszę też o nas pamiętać i wracać. My tu na panią czekamy, zwłaszcza ja – zaczerwienił się przy tych słowach i umknął spojrzeniem w bok.

Pochyliłam się nad nim, ucałowałam w sam środek jego siwej czupryny.

– Na pewno wrócę, panie Adasiu, do was, do domu… do pana też – roześmiałam się i otworzyłam szafę.

Czas było zacząć się pakować, za dwie godziny miała po mnie przyjechać Marysia, moje słońce…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->