„Agnieszka sprawdza nasze rachunki, zagląda do garnków i wszystko komentuje. W domu czuję się jak na przesłuchaniu”

„Bacznym wzrokiem omiatałaś każdy kąt w naszym mieszkaniu. Zauważałaś każdy drobiazg, który kupiliśmy. Zaglądałaś do garnków, próbowałaś, co ugotowałam. Czytałaś wszystko, co leżało na stole. Każdy rachunek, kartkę, notatkę. Nic nie uszło jej uwadze, a mój gniew narastał”.

Wiem, będziesz wściekła, gdy przeczytasz ten list. Pomyślisz, że jestem tchórzem. Bo nie mam odwagi wyznać ci otwarcie: chcę pojechać na Hel tylko z Michałem! Tak, masz rację. Stchórzyłam. Z pięć razy zbierałam się w sobie, by ci to powiedzieć prosto w oczy. Już otwierałam usta i… szybciutko je zamykałam.

Rzeczywiście się bałam. Twojej reakcji, zagniewanej miny, dąsów. Dobrze wiem,  że nawet nie wysłuchałabyś mnie do końca. Natychmiast byś mi przerwała. „No wiesz, jak możesz, przecież nie będę wam przeszkadzać. No ale jeśli tak uważasz, to mogę chodzić z Julką na plażę kilometr dalej” – wycedziłabyś przez zęby. A potem wyskoczyłabyś do mnie z pretensjami. Usłyszałabym, jak bardzo się zawiodłaś na mnie, którą miałaś za twoją prawdziwą przyjaciółką…

To właśnie dlatego zdecydowałam się napisać ten list. Chcę wreszcie na spokojnie, bez przerywania i twoich komentarzy, wyznać ci, co przeszkadza mi w naszej przyjaźni. Wiem, że dużo ryzykuję, bo nie spodoba ci się to, co przeczytasz. Ale mam nadzieję, że chociaż spróbujesz mnie zrozumieć.

Jesteś zaborcza, Agnieszko

A mówiąc dobitniej – upierdliwa. I ta twoja upierdliwość potwornie mnie męczy. Owszem, mieszkamy na tym samym osiedlu, znamy się od dzieciństwa, ale to nie oznacza, że musimy przebywać non stop razem.

Wpadasz do mnie, kiedy tylko masz na to ochotę, ciągniesz mnie do siebie pod byle pretekstem, wydzwaniasz o różnych porach dnia i nocy. Nie ma właściwie dnia, żebyśmy się nie widziały i nie słyszały. I tak jest od wielu, wielu lat…

Tak, tak, masz rację. Jestem twoją przyjaciółką i to normalne, że chcesz utrzymywać ze mną stały kontakt. Naprawdę nie mam nic przeciwko temu! Bardzo cię lubię i żal by mi było, gdybyś nagle zniknęła z mojego życia. Ale musisz też zrozumieć mnie – czasem mam dość twojego towarzystwa i potrzebuję pobyć sama.

Gdy zakochałaś się w Jacku, odetchnęłam. Miałam nadzieję, że wreszcie będziesz miała kogoś, kto cię wysłucha, wypełni czas. I rzeczywiście tak było, tyle że bardzo krótko. Po miesiącu wszystko wróciło do normy. Znów pukałaś do mnie o każdej porze, nawet nocą, by opowiedzieć o miłosnych rozterkach.

Przynosiłaś butelkę wina, prosiłaś o kieliszki i mówiłaś, mówiłaś, mówiłaś… Gdy wszystko szło po twojej myśli, aż promieniałaś radością. Opowiadałaś, jaki to Jacek jest wspaniały, opiekuńczy, jaka jesteś szczęśliwa. Gdy coś się między wami nie układało, wpadałaś w rozpacz.

Michał pytał, czy nie masz swojego domu

Wieszałaś na nim psy, twierdziłaś, że nie chcesz go więcej widzieć, chciałaś, wyrzucić go z serca na zawsze. I tak w kółko. Na nic były tłumaczenia, że jestem zmęczona, jutro czeka mnie ciężki dzień w pracy i chcę się wyspać. Owszem, zrywałaś się z kanapy. „Ojejku, przepraszam, to ja już lecę, nie będę ci przeszkadzać” – mówiłaś. Ale za chwilę znowu siedziałaś przy stole. Jeszcze dopijałaś wino, jeszcze kończyłaś zdanie… I robiła się piąta rano.

Czy wiesz, jak serdecznie miałam cię dość? Gdybym tyko mogła, schowałabym się przed tobą w mysiej dziurze!

Wyszłaś za mąż i wkrótce urodziłaś Julkę. A we mnie znowu wstąpiła nadzieja, że skupisz się na niej i nie będziesz już miała tak wiele czasu na pogaduchy. Niestety znów się zawiodłam. Świetnie to sobie wszystko zorganizowałaś.

Pakowałaś małą do wózka, zabierałaś pieluchy, jedzenie i przychodziłaś do mnie. Nie interesowało cię, czy miałam inne plany albo jakąś pilną robotę. „Jeszcze wcześnie, zdążysz, zresztą za chwilę znikam. Muszę wykąpać Julkę, ułożyć ją do snu” – mówiłaś. I… siedziałaś dalej.

Mała grzecznie spała w wózeczku, a ty znowu gadałaś, gadałaś, gadałaś. Czasem nawet do północy. Żyłam twoimi radościami i kłopotami z córką i mężem. Choć tak naprawdę nie miałam na to najmniejszej ochoty.

Poznałam Michała, zamieszkał u mnie. Na początku nawet cię lubił. Cieszył się, że mam taką wierną przyjaciółkę. Pamiętasz? Był dla ciebie serdeczny i miły. Robił nam kawę, dolewał wina. Z czasem jednak coraz gorzej znosił te twoje ciągłe odwiedziny. Gdy tylko rozlegał się dzwonek do drzwi, on patrzył na mnie z rezygnacją i pytał: „Czy ona nie ma swojego domu? ”. Wpuszczał cię do środka, rzucał zdawkowe „cześć” i od razu zamykał się w sypialni.

„A co on taki naburmuszony? Czyżby nie rozumiał nas: my, kobiety, musimy sobie czasem pogadać?” – pytałaś zdziwiona. Do głowy ci nie przyszło, że możesz mu przeszkadzać. Nie dostrzegałaś, że po prostu ma ciebie dość, ale jest zbyt kulturalny, żeby ci to otwarcie powiedzieć. Byłaś przecież moją przyjaciółką, nie chciał się wtrącać…

No i liczył na to, że sama jakoś załatwię tę sprawę. Ale ja ciągle nie miałam odwagi. Nie chciałam robić ci przykrości. Nic nie dało się przed tobą ukryć. Bacznym wzrokiem omiatałaś każdy kąt w naszym mieszkaniu. Zauważałaś każdy nowy drobiazg, który kupiliśmy.

Zaglądałaś do garnków, próbowałaś, co ugotowałam. Czytałaś wszystko, co leżało na stole. Każdy rachunek, kartkę, notatkę. I komentowałaś to. Czułaś się jak u siebie, jakbyś była członkiem rodziny…

Gdy wybieraliśmy się do kina, natychmiast deklarowałaś, że idziesz z nami. Gdy szliśmy na spacer, dołączałaś do nas. Jechaliśmy na rowery, ty wyciągałaś z piwnicy swój. Kilka razy udało nam się wymknąć gdzieś bez ciebie.

O rany, jacy byliśmy wtedy szczęśliwi! Niestety, zawsze się o tym jakoś dowiadywałaś. „Dlaczego mnie ze sobą nie zabraliście? Przecież tak miło spędzamy razem czas” – mówiłaś z pretensją w głosie. Tobie może było i miło, ale nam mniej…

Pamiętam, jak któregoś razu Michał nie wytrzymał. Gdy po raz kolejny wprosiłaś się na naszą wycieczkę rowerową zapytał, dlaczego, nie wybierzesz się z mężem. Spojrzałaś na niego zdumiona. „Jacek ma swoje sprawy, jakieś pilne zajęcia. Nie ma czasu” – odparłaś. No proszę, swojego męża potrafiłaś zrozumieć, uszanować jego potrzeby. Naszych nie…

No i teraz wynikła ta sprawa z urlopem na Helu. Trzymałam nasz wyjazd w tajemnicy. Nie wspomniałam ci nawet słowem o naszych wakacyjnych planach. Domyślałam się, jak zareagujesz, gdy się o nich dowiesz. Pech chciał, że akurat, gdy byłaś u nas, zadzwonił właściciel hotelu, by potwierdzić rezerwację.

Wyszłam z telefonem do kuchni, starałam się mówić cicho, ale nadstawiłaś ucha. I tak wierciłaś mi dziurę w brzuchu, aż wyciągnęłaś ode nazwę hotelu, termin… Wszystko… Pomyślałaś przez chwilę i stało się to, czego się bałam.

Oświadczyłaś radośnie: Ale fart! Jacek musi siedzieć w firmie, a tylko z Julką jechać mi się nie chce. No, ale z wami, to co innego. Będziemy się świetnie bawić! – krzyknęłaś. I pobiegłaś do domu, by zarezerwować pokój w tym samym hotelu.

Nie ma mowy, Agnieszko, tego już za wiele

Nawet nie zapytałaś, czy życzymy sobie twojego towarzystwa. Uznałaś, że skoro ty tego chcesz, to my też będziemy zachwyceni. Po części to moja wina. Już dawno powinnam ci to powiedzieć: jesteś upierdliwa i ta twoja upierdliwość mnie męczy. Ale jakoś nie miałam serca. Ale teraz koniec z tym!

Wiem, że gdy pojedziesz z nami, zrobimy, jak do tej pory, dobrą minę do złej gry. Będziemy się zachowywać, jakby wszystko było w porządku. Ale codziennie rano, słysząc twój głos, będę wściekła, że znowu ci uległam, nie zaprotestowałam.

Mam tego dość! To moje wakacje. Chcę je spędzić tak, jak sobie wymarzyłam: tylko Michał, morze i ja. Jeśli więc nie odwołasz rezerwacji, ja wycofam naszą. I pojedziemy tam, gdzie nas nie odnajdziesz. Chcemy naprawdę odpocząć. Od pracy, miasta. I od ciebie.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->