„Zaszłam w ciążę w wieku 15 lat. Liczyłam, że mama pomoże mi wychować dziecko. Jej propozycja mnie przeraziła”

„Krzyczałam, płakałam, ale oni byli nieugięci. Słyszałam podenerwowany głos mojej matki, która wyrzucała pielęgniarkom, że pozwoliły mi spojrzeć w twarz dziecka. – Nie rozumiecie, że to ją będzie prześladować przez całe życie? Twarz dziecka, którego nie będzie wychowywać? Przecież zabroniłam!”.

Dawno temu, kiedy studiowałam, z przyjaciółmi często dyskutowaliśmy na dziwne tematy. A im więcej wypiliśmy piwa, tym tematy były bardziej odlotowe. Gdzieś w okolicach czterech butelek pojawiało się pytanie o rolę przypadku w życiu człowieka. To chyba był nasz ulubiony temat, bo często wracał, okraszony różnymi historiami, które przydarzały się naszym rodzicom, ciotkom, znajomym królika. Ja stałam na stanowisku, że owszem, przypadki chodzą po ludziach, ale nie powinniśmy dorabiać jakiejś nadnaturalnej ideologii, że niby Ktoś tym wszystkim kieruje. Od tamtych beztroskich dni minęło dobrze ponad dwadzieścia lat, i teraz już nie jestem taka pewna, że przypadek zawsze jest taki zwyczajnie przypadkowy…

To jak to z tym losem?

Z perspektywy czasu teraz wiem, że punktem zwrotnym było to, co wydarzyło się kilka lat temu podczas długiego majowego weekendu. Wybrałam się z moją przyjaciółką do niewielkiego miasteczka, gdzie odziedziczyła dom po zmarłej ciotce. Miałam pomóc przejrzeć rzeczy, zobaczyć, co i jak. Planowałyśmy też odpoczynek i pogaduszki. Obok domku otoczonego miniaturowym ogródkiem stał inny dom, nieco zapuszczony. Właściciele zmarli, spadkobiercy podobno nie mogli się dogadać co do podziału majątku i dom już dwa lata czekał na nowego gospodarza. Kryśka żartowała, że może ja go kupię i będziemy sobie mieszkać płot w płot.

Trzeciej nocy obudziły mnie hałasy dobiegające z dworu. Gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam w świetle księżyca kilka postaci w sąsiednim ogrodzie. Jedna z nich, kobieta, zajęczała, zgięła się w pół, opadła na kolana i zwymiotowała. Dwaj mężczyźni stali z boku i coś do siebie cicho mówili. Zdecydowanie nie po polsku. Dostrzegłam też dwie niewielkie figury dzieci. Przycupnęły przy ścianie, nieruchome i przerażone. Po chwili mężczyźni wprowadzili jęczącą kobietę do środka opuszczonego domu. To byli imigranci. Być może nielegalni, może próbowali przedostać się ze swojego kraju do Niemiec. Poprzedniego dnia słyszałam na targu, że ktoś ich widział w okolicy. Komentarze nie były życzliwe. Słuchając niewybrednych żartów oraz powtarzanych głupot, zrozumiałam, że lepiej, aby mieszkańcy miasteczka nie dowiedzieli się, że ktoś z tych ludzi jest rzeczywiście chory. Strach napędzany idiotycznymi wypowiedziami polityków to przepis na nieszczęście.

Ubrałam się i wyszłam z domu, zabierając ze sobą torbę lekarską. Jestem co prawda pediatrą, ale dorośli od dzieci aż tak bardzo się nie różnią.

Byli przerażeni, kiedy mnie zobaczyli

Ale kiedy kilka razy powtórzyłam „doctor”, uspokoili się. Kobieta leżała w jednym z pokoi na łóżku. Na stoliku paliły się dwie świece. W ich świetle dostrzegłam, że była w moim wieku, dobrze po czterdziestce, ale cerę miała zniszczoną. Drżała z wysokiej gorączki. Jeden z mężczyzn pokazał gestem, że coś zjadła. Zrozumiałam, że się zatruła. Zasygnalizowałam, by poświecił mi na torbę. Dałam kobiecie odpowiedni lek. Zrobiłam zastrzyk. Po chwili chora odetchnęła głęboko.

– Będzie dobrze – powiedziałam po angielsku, uśmiechając się. – Okey.

Postawiłam na stoliku przy łóżku pudełko z kilkoma saszetkami lekarstwa i pokazałam na migi, że ma brać trzy razy dziennie po jednej. Chciałam wstać i wyjść, kiedy kobieta chwyciła mnie za rękę. Przyciągnęła bliżej. Popatrzyłam jej w oczy. Były wielkie, ciemne, lśniące jak czarne diamenty. Jej wzrok hipnotyzował, sięgał głęboko. Ogarnął mnie lęk, chciałam się odsunąć, zamknąć powieki, ale nie mogłam…

– Znajdziesz to, czego szukasz, zajmę się tym.

Jej głos był szeptem, ledwie słyszalnym. Znajdziesz to, czego szukasz. Zajmę się tym. Cóż to miało znaczyć? Majaczyła?

Następnego dnia sąsiednia posesja była już pusta. Imigranci odeszli o świcie, szukać swojej Ziemi Obiecanej. Jakiś miesiąc później, kiedy kończyłam dyżur w przychodni, na moją komórkę zadzwoniła Lidka.

Była, jak i ja, pediatrą w przychodni

– Saba, słuchaj, mam problem – głos Lidki zdradzał, że nie czuła się dobrze. – Zatrułam się czymś, nie mam pojęcia czym… nieważne. A mam dzisiaj wizyty domowe. Mogłabyś je przejąć? Troje dzieci. Obskoczysz je w dwie godziny. Będę ci wisieć przysługę.

Spojrzałam na zegarek. Była druga po południu. Akurat tego dnia nie miałam wizyt i postanowiłam pochodzić po sklepach, zajść do księgarni. Chciałam po prostu odpocząć.

– Jasne – powiedziałam.

Wzięłam z recepcji adresy i karty zdrowia. Dwunastolatka z zapaleniem oskrzeli, dziesięciolatek ze spuchniętym kolanem i ośmiolatka z wysoką temperaturą. Najpierw pojechałam do najmłodszego dziecka. Mała Zuzia mieszkała tymczasowo u swojego wujka.

– Siostra często wyjeżdża służbowo i wtedy ona zostaje u mnie – wyjaśnił nieco nerwowo mężczyzna, który otworzył mi drzwi.

Był mniej więcej w moim wieku, przed pięćdziesiątką.

– Mała zazwyczaj nie choruje. Nie wiem, co się stało, wczoraj położyła się spać zdrowa, a rano już miała gorączkę. Trzydzieści dziewięć i pięć…

Był wyraźnie zmartwiony. Patrzył na dziewczynkę z czułością. Sympatyczny facet, pomyślałam. Umyłam ręce, usiadłam przy dziecku, zbadałam je. Nie zauważyłam jakiejś widocznej na pierwszy rzut oka przyczyny gorączki. Płuca czyste, brzuch nie napięty, nic małej nie bolało. Wyjaśniłam panu Jeremiemu, że dzieciom zdarzają się skoki temperatury, które trwają dzień, dwa, a nawet trzy dni. Po czym znikają bez śladu. Takie jakby krótkie spięcie w organizmie. Niezupełnie go to uspokoiło, widać, nie miał doświadczenia z chorobami dzieci. Był tak niespokojny i tak w tym uroczy, że dałam mu numer mojego prywatnego telefonu, gdyby działo się coś wyjątkowo niepokojącego, i obiecałam zajrzeć następnego dnia.

Nie mogłam o niej zapomnieć

Kiedy wróciłam do domu po odbyciu pozostałych wizyt, z jakiegoś powodu nie mogłam przestać myśleć o dziewczynce. Była drobna, rudowłosa, o wielkich niebieskich oczach – teraz lśniących gorączką – i jasnej twarzyczce upstrzonej piegami. Gdy w łazience zmyłam makijaż i spojrzałam na siebie w lustrze, pomyślałam, że w jakiś sposób jest do mnie podobna. Też byłam naturalnie ruda i piegowata (choć od lat farbowałam włosy na ciemny kasztan, a piegi ukrywałam pod warstwą podkładu). Tylko oczy miałam brązowe. Wspomnienie uderzyło mnie w samo serce jak pocisk dum-dum, i na strzępy rozerwało starannie tkaną przez lata mgłę niepamięci. Znów byłam w szpitalu i patrzyłam w niebieskie oczka mojej córeczki.

Wiedziałam, że te oczy jeszcze mnie nie widzą, ale byłam pewna, że ona wie, że jest przy mamie. Wtedy obce ręce zaczęły wyłuskiwać dziecko z moich ramion.

„Nie” – krzyczałam, płakałam, ale oni byli nieugięci. Słyszałam podenerwowany głos mojej matki, która wyrzucała pielęgniarkom, że pozwoliły mi spojrzeć w twarz dziecka.

– Nie rozumiecie, że to ją będzie prześladować przez całe życie? Twarz dziecka, którego nie będzie wychowywać? Przecież zabroniłam!

Mama miała rację. Gdybym nie ujrzała córeczki, gdybym nie wiedziała, jakiej płci jest dziecko, gdyby zniknęło z mojego brzucha i nie pojawiło się przed moimi oczami, gdybym go nie dotykała, nie widziała, nie poczuła jego zapachu… wtedy byłoby prawie tak, jakby ono nigdy nie istniało. Może bym zapomniała.

Miałam piętnaście lat

Całe życie było przede mną.

– Nie pozwolę, żebyś je zmarnowała tylko dlatego, że jakiś idiota zawrócił ci w głowie.! I nie mów, że go kochasz, nie jesteś Julia, a on nie jest, cholera, Romeo. Obiecuję ci, że zapomnisz. I o nim, i o skutkach swojej głupoty. Możesz mnie nienawidzić teraz, ale kiedyś mi podziękujesz.

Przez dwa lata miałam do mamy żal, że oddała moje dziecko innym ludziom na wychowanie. Bo przecież mogłybyśmy je wychować. Razem. Ona by mi pomogła. Ojciec. Przecież to była ich wnuczka! Dlaczego oddali własną wnuczkę? Ojciec, no, rozumiem, nigdy nie można było na nim polegać i właściwie rodzinę miał gdzieś. Ale mama? Zrozumiałam dopiero wtedy, gdy okazało się, że kiedy chodziłam w ciąży, ona już wiedziała, że umiera. Że nie pomoże mi w życiu, więc musi tak to zorganizować, bym miała jakąś szansę. Z dzieckiem byłabym przegrana na starcie. Miała także rację w szpitalu. Przez lata nie mogłam zapomnieć błękitnookiego spojrzenia córeczki, którą w myślach nazwałam Natalką.

Tęskniłam za nią. Mama obiecywała, że kiedy urodzę inne dzieci, tęsknota minie. I tak jak zazwyczaj miała rację, tu się myliła. Już nigdy więcej nie zaszłam w ciążę. Okazało się, że w moim organizmie nie ma już jajeczek. Że z jakiegoś powodu setki tysięcy pęcherzyków, które były we mnie, gdy się rodziłam, przez lata dojrzewania umierały tysiącami. I kiedy dotarłam do wieku i sytuacji życiowej, kiedy mogłam sobie pozwolić na dziecko, byłam już pusta.

To się zdarza

Takie kobiety mogą zajść w ciążę tylko w bardzo młodym wieku. Ja miałam tę szansę. Urodziłam… To zabawne i jednocześnie tragiczne. Gdybym żyła w „ciemnych wiekach”, nikt by nie zabrał mi dziecka, żebym „wykorzystała wszystkie szanse, jakie podsunie mi życie”. Tęsknota za córeczką sprawiła, że zostałam pediatrą. Nie myślałam o adopcji, bo trudno adoptować obce dziecko, kiedy przez lata szuka się własnego. Tak bardzo chciałam odnaleźć Natalię! Ale się nie udało. Dowiedziałam się jedynie, że prawdopodobnie wzięli ją ludzie, którzy wyjechali za granicę. W końcu odpuściłam.

Spróbowałam zapomnieć. Ale jedyne dzieci, z którymi chciałam mieć kontakt, to te w przychodni i szpitalu. Mój mąż nie mógł się z tym pogodzić. Odszedł do innej.

Do wujka z siostrzenicą zajrzałam następnego dnia po dyżurze w przychodni. Mała czuła się już lepiej, spała, a gorączka prawie znikła.

– Zrobiłem właśnie kawę i upiekłem drożdżowe bułeczki z jagodami, ulubione Zuzi – powiedział pan Jeremi. – Założę się, że jest pani głodna po pracy. Proszę mi nie odmawiać.

Jego uśmiech był pełen wdzięczności, nie miałam serca odrzucić zaproszenia. Usiedliśmy przy stole w jadalni. Na brzegu leżał stosik zdjęć. Rzuciłam na nie okiem, kiedy upiłam łyk kawy. Mężczyzna zauważył spojrzenie. Wziął zdjęcia do ręki i popatrzył niepewnie.

– Wczoraj pomyślałem – zaczął z lekkim wahaniem – że jest pani bardzo podobna do mojej siostry. Zupełnie, jakby była jej starszą wersją. Powiem prosto z mostu. Natalia jest dzieckiem adoptowanym i od lat próbuje odszukać swoją matkę. A ja jej w tym pomagam. Zawsze się nią opiekowałem. Nasi rodzice adoptowali ją, kiedy miałem szesnaście lat. Ona dopiero co się urodziła… Kiedy miała pięć lat, rodzice zginęli w wypadku lotniczym. Od tamtej pory byliśmy tylko we dwójkę. Właściwie – uśmiechnął się czule – bardziej była dla mnie córką niż siostrą.

Wyciągnęłam rękę po zdjęcia. Miałam wrażenie, że dłoń przedziera się przez powietrze gęste jak kisiel. Szok sprawił, że byłam w środku jak zmrożona. Nie spodziewałam się.

Kiedy już przestałam szukać…

Na zdjęciach była Natalia – jako dziecko, jako nastolatka, potem kobieta z własną córeczką. Geny były silne, na każdym etapie one obie wyglądały jak ja w ich wieku. Dłonie zadrżały, zdjęcia rozsypały się po stole. Położyłam na nich ręce.

– Dlaczego Natalia? – wychrypiałam, gardło było od emocji suche jak piach.

Spojrzałam na mężczyznę, który wychowywał moją córkę. Musiał wyczuć, że to najważniejsze pytanie na świecie. Sam wyglądał na przejętego. Też rozumiał, co się dzieje.

– Prosiła o to kobieta, która oddała malutką do adopcji. Mówiła, że to bardzo ważne, by tak miała na imię. Moi rodzice spełnili jej prośbę.

I nagle przypomniałam sobie. Wszystkim moim lalkom dawałam zawsze to samo imię – Natalia. A gdy mama pytała dlaczego, odpowiadałam, że tak nazwę moją córeczkę, kiedy będę już mamą. Czas zatoczył koło. Wszystko wróciło do punktu wyjścia. Tydzień później poznałam Natalię. I w pewnym sensie było tak, jakbyśmy nigdy się nie rozstawały, jakby te trzydzieści lat rozłąki nie istniało. Cały czas żyła w tym samym mieście, w tej samej dzielnicy.

Przyprowadzała córkę do przychodni, w której pracowałam. I zawsze się mijałyśmy. Niekiedy z Jeremim i Natalią zastanawiamy się nad wielką rolą zwykłego przypadku w życiu, a moje myśli zawsze biegną do tamtej kobiety o czarnych oczach, która za pomoc odpłaciła się spełnieniem mojego marzenia. Oczywiście nie mam całkowitej pewności, że tak było, no bo w jaki sposób mogłaby zorganizować tak niezwykły przypadek. Ale wciąż słyszę w uszach jej chrapliwy szept…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->