„Rodzice hołubili brata, bo robił duże biznesy, mnie mieli za kuchtę ze wsi. Gdy zobaczyli, jak żyję, szczęki im opadły”

„Nastąpiła istna seria zdziwień. Najpierw, że mamy taki ładny, duży samochód, którym przyjechaliśmy po moich bliskich. Potem, że biznes cateringowy należy w połowie do mnie, bo furgonetka firmowa przyjechała po rzeczy. Ale w prawdziwym szoku byli, gdy ujrzeli nasz dom”.

Nigdy nie byłam dumą swoich rodziców, oj nie. Nie to, co mój starszy brat, Paweł. On już na studiach założył pierwszą firmę, a potem tylko rozkręcał interes po interesie. Ja zamiast liceum skończyłam technikum gastronomiczne, a potem zrobiłam pomaturalne studium z technologii żywienia i kurs florystyczny.

– Po co ci to? – pytała mama. – Co po tym będziesz robić?

– Daj jej spokój, mamuśka! – naigrawał się ze mnie Paweł. – Tamara będzie dyplomowaną kuchtą!

Po szkole dostałam pracę w barze we wsi, gdzie zatrzymywali się głównie kierowcy tirów i miejscowi rolnicy. Rodzice załamywali ręce, a ja wkrótce wyrobiłam sobie markę tej, która przyrządza „najlepszą golonkę w całej galaktyce” i „boskie flaczki”.

Właściciel, miejscowy biznesmen, był zachwycony zwiększeniem obrotów i lokalną sławą, a ja robiłam to, co najbardziej lubię i potrafię. Dostałam podwyżkę i co miesiąc premię.

Tymczasem Paweł zbijał majątek i rozwijał swoje biznesy. Rodzice nie mogli się nachwalić cudownego syna. Wciąż stawiali mi go za przykład, mając nadzieję, że wreszcie „wezmę się za siebie” i „zacznę coś robić ze swoim życiem”. Efekt tego był taki, że miałam serdecznie dość ich i mojego idealnego braciszka. Po pracy niechętnie wracałam do domu, bo wiedziałam, że czekają na mnie wymówki i znaczące uśmiechy. Nikt nie chciał zrozumieć, że lubię swoją pracę i czuję się spełniona. Ale to nie był sukces według moich bliskich.

Trochę rozumiałam rodziców, sami niewiele w życiu osiągnęli. Tata przez lata pracował jako majster na budowie, a teraz był już na rencie. Mama była kadrową w zespole szkół i nie zarabiała kokosów. Jedynie w dzieciach mogli lokować swoje ambicje. Paweł spełnił je z nawiązką, ale ja sprawiłam mamie i tacie zawód. Tata milczał, ale mama mówiła o tym otwarcie:

 Myślałam, że do czegoś dojdziesz, że będę się mogła tobą pochwalić…

Nie dziw, że miałam dość wysłuchiwania, jaka to ze mnie nieudacznica.

Jako jedyna nie zachwycałam się Wiktorią

Postanowiłam się z domu wyprowadzić. Kiedy wspomniałam o tym szefowi, zaproponował, żebym skorzystała z pomieszczeń nad barem. Udało się wygospodarować dwa pokoiki, kuchenkę i małą łazienkę. Miałam płacić tylko za media. Właściciel był tak zadowolony z rozgłosu, jakim cieszył się bar dzięki mnie, że uznał to za mieszkanie służbowe, i nie żądał ode mnie czynszu. Rodzicom powiedziałam o przeprowadzce, dopiero gdy wszystko było już gotowe. Jak zwykle załamywali ręce, biadolili nad tym, „jak nisko się stoczyłam”, i narzekali, że nie jestem w stanie osiągnąć niczego więcej.

Na szczęście wkrótce stało się coś, co odwróciło uwagę rodziców ode mnie. Paweł się zaręczył! I to z kim! Z córką najbardziej wpływowego polityka i biznesmena w okolicy! Mama popłakała się ze szczęścia, a tata poklepywał Pawcia po plecach i powtarzał w kółko:

– Udałeś mi się, synu!

Wiktoria była pięknością. Mój brat promieniał z dumy, kiedy przedstawiał nam swoją lubą podczas rodzinnego obiadu, ale ja jakoś nie zapałałam do niej sympatią. Okazała się snobką, dla której liczyły się tylko pieniądze. Poza tym była ładna jak laleczka i… pusta jak laleczka. Paweł, zachwycony swoją zdobyczą, nie zauważał, jaka Wika jest tępa i prymitywna. Cóż! Była bogata i wpływowa.

– I co powiesz o bratowej? Nie spodziewałaś się, że znajdę taką partię!

– No cóż… – westchnęłam, przewracając oczami. – Pasujecie do siebie.

– Prawda?! – ucieszył się Pawcio.

– Ale to nie był komplement, braciszku. To nie był komplement…

Spojrzał na mnie tak, że gdyby wzrok mógł zabijać, powinnam była paść trupem na miejscu.

– Ciekawe, kogo ty sobie znajdziesz? – wysyczał. – Kelnera? Śmieciarza?

– A niechby był nawet czyściciel szamb, byleby miał rozum i serce, czyli to, czego twoja Wikunia jest pozbawiona! – odpaliłam.

Brat obraził się, rodzice nie mogli mi darować, że nie zachwycam się Wiktorią, wkrótce jednak przygotowania do wesela pochłonęły rodzinę, a ja miałam święty spokój. Potrzebny mi był, bo właśnie namówiłam szefa, żebyśmy sprzedawali w naszym barze ciasta upieczone przeze mnie. Zgodził się i po niedługim czasie mój notesik pękał od zamówień. Były też inne sprawy… Do baru coraz częściej zaczął wpadać Mariusz, młody rolnik.

Był on całkowitym zaprzeczeniem tego, co mój brat myślał i mówił o „burakach”. Oczytany, inteligentny i ciekawy świata. Niedawno sprowadził się na wieś, kupił zaniedbane gospodarstwo i doprowadził je do kwitnącego stanu ciężką pracą. Wiedziałam, że jest najmłodszy z czwórki rodzeństwa, i dla niego nie starczyło rodzinnej roli. Dorotka, nasza kelnerka, powiedziała mi, że Mariusz często o mnie pyta i chwali moje dania. Z czasem utarło się, że kiedy nie miałam akurat w kuchni roboty, a był Mariusz, przysiadałam się do niego i gawędziliśmy o wszystkim.

Nasz bar to nie była jakaś światowa restauracja. Znaliśmy stałych bywalców i żyliśmy z nimi w dobrej komitywie. Mariusz żartował, że musi być miły dla królowej kuchni, żeby dostawać najlepsze kąski. No i miał chody, a nawet więcej…

Wkrótce zaczęliśmy się spotykać poza barem i ani się obejrzałam, kiedy Mariusz przedstawił mnie swojej rodzinie, przemiłym i serdecznym ludziom. Uwielbiałam ich odwiedzać, bo nikt mnie nie krytykował ani nie patrzył na mnie z dezaprobatą. Przeciwnie, rodzina Mariusza chwaliła mnie za zaradność i samodzielność. Byłam jedną z nich, akceptowaną i lubianą. Mama Mariusza traktowała mnie jak drugą córkę, a jego tata zachwycał się moim sernikiem…

Bez wahania zgodziłam się, gdy Mariusz poprosił mnie o rękę. Jego rodzina bardzo się ucieszyła z naszych małżeńskich planów. A moi rodzice?

– Boże! Nikogo lepszego nie mogłaś sobie znaleźć?! – załamała ręce mama, gdy opowiedziałam o Mariuszu. – Taki wstyd! Jak my go przedstawimy rodzinie Wiki?! Coś ty wymyśliła?! Zwyczajny rolnik?!

Widząc reakcję rodziców, zaczekaliśmy, aż Paweł się ożeni. Dopiero po jego ślubie i wystawnym weselu urządziliśmy naszą skromną ceremonię. Moi rodzice mieli miny jak na pogrzebie, ale radość bliskich Mariusza wynagrodziła mi ich koszmarne zachowanie. Na moim ślubie Pawła i Wiki nie było. Pojechali w podróż poślubną na Karaiby. Cóż! Jakoś nie potrafiłam się tym martwić…

Wyciągnęłam do nich pomocną dłoń

Potem moje życie potoczyło się własną drogą. Pawła nie widywałam prawie wcale, a rodziców rzadko, wtedy, gdy odwiedzałam ich z obowiązku. Do mnie nie przyjeżdżali. „Wiocha” im śmierdziała. Nawet kiedy rodziły się moje dzieci – bliźnięta Jaś i Basia, a potem Antoś i Tereska.

– Boże! Tyle dzieci! Zakopałaś się najpierw we wsiowej garkuchni, a teraz w pieluchach! – krzywiła się mama.

Pawcio jak na razie dzieci nie miał.

– Muszą się młodzi dorobić! Poużywać życia! – tłumaczył tata, patrząc na mnie z dezaprobatą.

I tak jakoś się porobiło, że moje relacje z rodziną całkiem się rozluźniły. Nie obchodziłam ich, przyniosłam im wstyd i sprawiłam zawód. Dlatego też nie powiedziałam im, kiedy wspólnie z Dorotą założyłyśmy własną firmę cateringową. Ja zajmowałam się przygotowywaniem potraw, co mogłam z powodzeniem robić w domu przy małych dzieciach, przy których pomagała mi rodzina męża, a koleżanka jeździła na imprezy i razem ze swoim bratem obsługiwała je.

Wkrótce zyskałyśmy uznanie i stałych klientów, dorobiłyśmy się samochodu dostawczego i ładnych, firmowych strojów, a nawet opakowań na wypieki z logo „U dziewczyn”. Jedną z naszych najwierniejszych klientek okazała się… moja bratowa. Zabawne, ale nie miała pojęcia, że jestem współwłaścicielką firmy. Spotkała Dorotę na jakiejś kolacji u swoich znajomych i odtąd tylko z nią się kontaktowała i załatwiała wszystko. Nie zamierzałam się ujawniać zarozumiałej i nadętej Wiktorii, która traktowała mnie jak śmiecia.

Tak mijały lata. Nasz biznes prosperował coraz lepiej, a Paweł robił nadal wielkie pieniądze. Moje dzieci podrosły, uczyły się świetnie i były moją dumą. Zawsze im to powtarzałam, bo nie chciałam, by czuły się wyrzutkami i zakałami jak niegdyś ja. Wystarczyło, że dziadkowie traktowali je z góry, a Paweł i Wiki ignorowali. Sami zresztą nie mieli dzieci. Podejrzewałam, że to z wygodnictwa.

I tak byłoby pewnie do dzisiaj, gdyby nie splot dramatycznych wydarzeń. Dowiedziałam się wszystkiego pewnego dnia, kiedy będąc w mieście, odwiedziłam rodziców. Nie spodziewali się mnie. Zachowywali się dziwnie. Mama miała czerwone oczy, tata pochrząkiwał nerwowo. W końcu wydobyłam od nich, o co chodzi. To było jak uderzenie bomby! Paweł zbankrutował!

Okazało się, że tak chciał zaimponować żonie i jej rodzinie swoimi sukcesami i pieniędzmi, że parę razy wdał się w ryzykowne przedsięwzięcia. Stracił wiele i żeby ratować swój budżet i opinię, uwikłał się w kolejne. Na rezultat nie trzeba było długo czekać. Stracił wszystko – firmy, dom, samochód. I żonę… Wiki odeszła od niego, twierdząc, że z takim nieudacznikiem nie będzie sobie życia marnowała. A że mieli rozdzielność majątkową, mój brat został z niczym. A raczej z długami.

To jednak nie koniec. Rodzice, chcąc mu pomóc, zastawili swoje mieszkanie. No i stracili je. Teraz musieli się wyprowadzić do końca miesiąca, tak samo jak Paweł, który już od jakiegoś czasu mieszkał z nimi.

Niewiele myśląc, wypaliłam:

– Zamieszkajcie ze mną! Przynajmniej dopóki coś się nie poprawi w waszej sytuacji. Wiem, że nie cierpicie wsi, ale przecież na razie nie macie dokąd pójść…

– U ciebie?! – zdumiała się mama, puszczając mimo uszu moją uwagę o wsi. – A twój mąż? Nie lubi nas…

– To raczej wy go nie lubicie! – poprawiłam. – Pogadam z Mariuszem, na pewno się zgodzi.

Tak też było. Mariusz to dobry człowiek, wrażliwy na potrzeby ludzi. A rodzina to dla niego świętość. Przygotował pokoje dla rodziców i Pawła. A potem nastąpiła seria zdziwień. Najpierw, że mamy taki ładny, duży samochód, którym przyjechaliśmy po moich bliskich. Potem, że biznes cateringowy należy w połowie do mnie, bo furgonetka firmowa przyjechała po rzeczy. A potem…

– Jaki duży, piękny dom! – zawołała mama, gdy zajechaliśmy na podwórko. – To wasz?!

– Przecież nie sąsiadów! – roześmiałam się. – Firma dobrze prosperuje, gospodarstwo też, poza tym mamy czwórkę dzieci, więc trzeba miejsca.

Rodzice i Paweł zaniemówili już całkiem. Nie mogli chyba uwierzyć w to, co widzą. Ta niedojda Tamara, która zakopała się na wsi i robiła za kuchtę, okazała się zdolną i rzutką bizneswoman! W dodatku była zamożna! Spoglądali na siebie i miny im rzedły…

Rodzice wkrótce się zadomowili, tym bardziej że moje dzieci, ucieszone, iż dziadkowie i wujek już nie patrzą na nie z góry, okazywali im dużo serdeczności. Także rodzina Mariusza i on sam odnosili się do nich życzliwie. Któregoś dnia, przy śniadaniu, mama odezwała się cicho:

– Przepraszam, Tamarko. Myliliśmy się, co do ciebie. Jesteś taka zdolna! Wybaczysz nam?

Pewnie, że wybaczyłam, w końcu to moja rodzina. Poza tym dostali nauczkę i zrozumieli, że mnie nie doceniali. Teraz są ze mnie dumni i chwalą się, jaką to mają dobrą i dzielną córkę.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->