„W Wigilię mój kochanek miał zostawić żonę i spędzić święta ze mną. Wyłączył telefon i napisał, że nie dał rady”

„Zrobiłam barszcz z uszkami, pierogi z kapustą, karpia w galarecie. Upiekłam makowiec. Z targu przytaskałam choinkę. Ubrałam ją, pięknie przystroiłam stół i czekałam. Minęła siódma, ósma, dziewiąta. Przed dziesiątą próbowałam dodzwonić się do Eryka, lecz miał wyłączona komórkę. Godzinę później odebrałam esemesa”.

Kręciłam się bez celu po centrum handlowym już przez ładnych kilka godzin. Od chodzenia rozbolały mnie nogi, a od słuchania kolęd – głowa. Właśnie zamierzałam wejść do perfumerii, gdzie być może udałoby mi się wybrać dla siostry jakąś elegancką wodę toaletową, kiedy poczułam w kieszeni wibrowanie komórki. Odruchowo sięgnęłam po telefon i nie patrząc na wyświetlacz, odebrałam.
– Cześć, to ja, Eryk – usłyszałam dawno niesłyszany głos.
Moje serce zaczęło bić szybciej.
– Poznaję – wykrztusiłam.
– Dawno cię nie słyszałem, Haniu. Stęskniłem się za tobą. Zakręciło mi się w głowie; przestraszyłam się, że upadnę. Kątem oka wypatrzyłam jakąś wolną ławeczkę i powoli ruszyłam w jej stronę. Eryk, nie zważając na moje milczenie, ciągnął:
 Dużo o tobie ostatnio myślałem. Rozumiem cię, możesz mieć do mnie żal za to, co się stało, ale musisz przyznać – ja cię nie oszukiwałem. Przecież od początku wiedziałaś, że jestem żonaty

Trudno było się z nim nie zgodzić. Eryk nie ukrywał, że ma żonę i syna. Nie przeszkadzało mu to jednak przez blisko trzy miesiące starać się o moje względy. Poznaliśmy się w kancelarii sądu, gdzie wtedy pracowałam. Przyszedł po jakiś wypis, a potem z kwiatami, podziękować za szybkie załatwienie sprawy. Sama nie wiem, dlaczego dałam się zaprosić na kawę. Owszem, było miło, ale ponieważ już wiedziałam, że jest żonaty, uparcie odmawiałam następnych randek. On jednak nie ustępował: dzwonił, nalegał, prawił komplementy.

Gdybym nie straciła pracy, pewnie nic by z tego nie wynikło. Jednak wtedy okazał się taki troskliwy… Pocieszał, mówił, że mogę na niego liczyć. Kiedy więc kilka dni później zepsuł mi się samochód – nieszczęścia chodzą parami – zadzwoniłam do niego. Przyjechał, pomógł mi odholować wóz pod mój dom. Z wdzięczności wypadało zaprosić go na kawę. I tak zostaliśmy kochankami… Wiedziałam, że ma żonę, lecz przecież mówił, że już od dawna nic, poza synem, ich nie łączy. Że ze sobą nie sypiają. Że kocha tylko mnie. Wierzyłam mu, dlaczego miałabym nie wierzyć? Przecież przyjeżdżał, kiedy tylko go poprosiłam. Wielokrotnie zostawał na noc. Latem nawet zabrał mnie na kilka dni nad morze. Czy tak zachowuje się mężczyzna szczęśliwy w małżeństwie?

Pytałam, dlaczego się nie rozwiedzie.
– To nie takie proste – odpowiadał. – Dom jest żony, po jej rodzicach. Nie mam się dokąd wyprowadzić.
– Możesz zamieszkać u mnie – proponowałam jak każda zadurzona po uszy.

Kawalerka, którą odziedziczyłam po babci, była wprawdzie malutka, raptem dwadzieścia pięć metrów, jednak jakoś byśmy się pomieścili.
– A firma? – rozkładał ręce. – Zarejestrowana jest na moją żonę, mamy też wspólny kredyt. Wiesz, ile miałbym kłopotów, gdybym chciał odejść?

Rozumiałam go, lecz z czasem coraz trudniej znosiłam tę sytuację. Niby miałam mężczyznę, którego kochałam i który kochał mnie, ale musiałam się nim dzielić z inną kobietą. Przyznaję, dbał o mnie. Pomógł mi znaleźć nową pracę, dużo lepszą niż poprzednia. Dawał pieniądze. Kupował prezenty. Czasem zabierał do dobrych lokali. Nigdy jednak nie chodziliśmy w miejsca, gdzie mógłby się pojawić ktoś z jego znajomych. Raz musieliśmy nawet wyjść w trakcie kolacji, bo do restauracji, w której siedzieliśmy, wszedł jego kolega z żoną.

Czułam się okropnie upokorzona, chciałam natychmiast zakończyć naszą znajomość. Zmieniłam zdanie po tym, jak Eryk obiecał, że porozmawia z żoną:

– Masz rację, dłużej nie możemy tego tak ciągnąć. Muszę się rozwieść.
W takich chwilach czułam się prawdziwą szczęściarą.

Niestety, mijały tygodnie i nic się nie zmieniało. Wciąż coś stało na przeszkodzie, żeby Eryk zmierzył się z problememA to kłopoty z urzędem skarbowym, a to choroba syna, włamanie do jego domu. W dodatku coraz rzadziej się widywaliśmy. W grudniu, kiedy wreszcie przyszedł po dwóch tygodniach postawiłam ultimatum: albo ona, albo ja.
– Sama wiesz, że to nie takie proste – wyrecytował znajomą kwestię.
– W życiu nic nie jest proste – przerwałam mu. – Musisz wybrać! Za tydzień Wigilia, nie chcę spędzać jej bez ciebie.
– Dobrze – stwierdził. – Posiedzę chwilę w domu, ze względu na rodziców i syna, a potem przyjdę do ciebie.
– Tak po prostu? – nie mogłam uwierzyć, że oto spełniają się moje marzenia.
– Tak po prostu – odparł spokojnie.

Po raz pierwszy w życiu miałam spędzić Wigilię z dala od rodziny… Uznałam jednak, że to niezbyt wygórowana cena za moją przyszłość z Erykiem. W Wigilię od samego rana krzątałam się, szykując kolację. Zrobiłam barszcz z uszkami, pierogi z kapustą, karpia w galarecie. Upiekłam makowiec. Z targu przytaskałam choinkę, tak dużą, że z trudem udało mi się znaleźć dla niej miejsce w moim mieszkanku. Ubrałam ją, pięknie przystroiłam stół i czekałam. Minęła siódma, ósma, dziewiąta. Przed dziesiątą próbowałam dodzwonić się do Eryka, lecz miał wyłączona komórkę. Godzinę później odebrałam esemesa: „Kochanie, wybacz mi, nie dałem rady. Kocham cię bardzo i tęsknię”.

Najpierw się popłakałam. Z żalu, że zmarnowałam najpiękniejszy wieczór w roku i złości, że pozwoliłam się tak potraktować. Wpadłam do kuchni i zaczęłam wyrzucać przygotowane jedzenie do kosza. Ryba, pierogi, ciasta… Nie poczułam ulgi, więc rzuciłam półmiskiem w choinkę, która przewróciła się, przygniatając i krusząc delikatne bombki. Świąteczny prezent, który kupiłam Erykowi – piękny skórzany portfel – w furii wyrzuciłam przez okno.

Nagle poczułam, że muszę natychmiast wyjść z mieszkania. Chwyciłam torebkę i płaszcz, i wybiegłam w pośpiechu. Dochodziła północ, kiedy zatrzymałam samochód przed jego domem. Właściwie nie wiem, po co tam pojechałam. Wiedziałam, że nie starczy mi odwagi, aby wejść do środka. Może chciałam go zobaczyć ostatni raz? I osiągnęłam swój cel: wyszedł z domu z żoną i synem. Trzymał ją pod rękę, a chłopiec co chwilę stawał, by ulepić śnieżną kulę i rzucić nią w rodziców. Śmiali się wtedy, strzepując z płaszczy biały puch. Zanim znikli mi z oczu, usłyszałam dzwony wzywające wiernych na pasterkę.

Eryk dzwonił do mnie potem wiele razy, ale nigdy nie odebrałam. Każdy jego telefon ranił moje serce… Tak bardzo chciałam usłyszeć jego głos! Wiedziałam jednak, że jeśli odbiorę, nie będę w stanie odmówić mu spotkania i wszystko zacznie się od nowa.
– Halo, jesteś tam? – zapytał Eryk, którego najwyraźniej zaniepokoiło moje przedłużające się milczenie.
– Jestem – westchnęłam.

– To co, skarbie, może wypijemy razem przedświąteczną kawę?
Serce mi waliło, jakby chciało wykrzyczeć całemu światu: „To nieprawda, że o nim zapomniałaś! Ty wciąż go kochasz!”. Z trudem łapałam oddech. Zamknęłam oczy. Pod moimi powiekami przeskakiwały jak klatki filmowe pojedyncze obrazy: Eryk uśmiechający się do mnie, machający z daleka, podający mi kawę do łóżka…
– Maleńka, tęsknię za tobą.
… Eryk idący z żoną na pasterkę… Nabrałam głęboko powietrza i wbrew wyciu serca odpowiedziałam chłodno:
– Wesołych świąt!

A potem natychmiast się rozłączyłam.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->