„Jestem stary, więc syn – wielki dyrektor – traktuje mnie jak piąte koło u wozu. Obcy stali się moją rodziną”

Chyba był zdziwiony, tak jakbym już nie miał prawa do czegokolwiek poza gapieniem się w telewizor. W końcu poszedł, a ja poczułem ulgę. Nigdy nam się dobrze nie układało. Ja już byłem stary, on miał swoje życie i karierę i traktował mnie jak piąte koło u wozu.

Nie musiałem wychodzić, syn zrobił mi ostatnio zakupy przez internet. Ale zapomniałem go poprosić o moją ulubioną herbatę. No i skoro nic lepszego nie miałem do roboty (bo co może mieć do roboty prawie osiemdziesięcioletni dziad), to postanowiłem się ruszyć. Laska w dłoń, czapka na głowę i ciach. Nie przewidziałem tylko tego, że już było bardzo ciepło, spociłem się jak głupi, a do tego oczywiście oprócz herbaty kupiłem coś jeszcze. No i tego, że będę się z tym musiał wspiąć na drugie piętro.

Coś jeszcze to był ser, chleb, jakaś konserwa, gazeta, wędlina…

Sapiąc jak lokomotywa, postanowiłem odpocząć przy fontannie. Gdzie te czasy, kiedy mogłem przerzucać kilogramy w magazynie? Ha, już wiem. Czterdzieści lat temu. Eh! Nagle usłyszałem głos:

– Pomóc panu?

Rozejrzałem się. Niedaleko stał chłopak. Średniego wzrostu, brunecik. Ile mógł mieć lat? Dwanaście? Piętnaście? Trudno powiedzieć. Ogarnięty, ostrzyżony, schludny.

– Czego chcesz? – mruknąłem.
– Ma pan zakupy, chyba ciężkie. Jakby co, pomogę je panu zanieść – odpowiedział.
– Nie masz nic lepszego do roboty? – sam się zdziwiłem, jak gburowato to zabrzmiało, ale po prostu od rana byłem jakiś wkurzony.
– Nie mam. Mama w pracy, ja już po szkole. To sobie wyszedłem na chwilę.
– Pewnie do tej durnej galerii, co? Jak cała reszta smarkaczy!
– Ja tam nie chodzę, nie lubię. Mam się gapić na wystawy albo szwendać bez sensu? To już wolę sobie w parku posiedzieć.

Aha, indywidualista się znalazł – pomyślałem z ironią. Na pewno, kurka wodna.

– W parku może, ale pewnie z komórką czy tym innym diabelstwem do słuchania muzyki albo do filmów! – prychnąłem.
– A tak, mam komórkę – przytaknął. – Ale tylko po to, żeby mama mogła do mnie zadzwonić. No i żebym mógł robić zdjęcia. Chce pan zobaczyć?

Naprawdę chcesz mi pomóc? No dobra, to chodź

Ta, jasne, tylko o tym marzyłem. Ale gnojek był taki grzeczny, że trudno mu było odmówić.

– No pokaż, pokaż… – mruknąłem, podejrzewając, że pewnie zobaczę jakieś auta albo gołe panienki.

Zbliżył się z aparatem i zaczął coś w nim dłubać. Po chwili na wyświetlaczu zobaczyłem zdjęcie i mówiąc szczerze, mocno się zdziwiłem. Sikorka w locie. Potem kos z robakiem w dziobie. Dzięcioł włażący do dziupli. Pliszka pijąca wodę z fontanny. Wiewiórka z orzechem w pyszczku… Przyjrzałem się chłopakowi uważnie. No, zdecydowanie to nie był ten gatunek, jaki spotykało się na co dzień. Nie z tych pyskatych gnojków, których interesowały jakieś równie pyskate panienki i centra handlowe. Aż trudno uwierzyć, że są jeszcze tacy…

– I jak, podobają się panu? – spojrzał na mnie z nadzieją w oczach.
– Tak, tak – mruknąłem. – Ale co ty z tą przyrodą tak? Lubisz?
– Uwielbiam! – tym razem jego oczy były pełne blasku. – Tata mnie zawsze zabierał do lasu. Pokazywał robaki, żuki, ptaki. No ale teraz to już nie… – momentalnie posmutniał.
– Już cię nie zabiera?
– Już nie żyje. Jestem tylko ja i mama. Mieszkamy w klatce obok, więc pana poznałem – zapatrzył się w telefon, a mnie zrobiło się go autentycznie żal. – Ale właśnie, mama! Już po szesnastej, zaraz będzie w domu, muszę lecieć, podgrzać zupę! Tylko jeszcze te pana zakupy! Przecież pan nie da rady sam, a ja chętnie pomogę, naprawdę.

Jeszcze raz przyjrzałem się temu dzieciakowi. Biła od niego tak niezwykła energia i chyba prawdziwa uczciwość. Znów nie mogłem odmówić. Chwycił torbę i poszedł przede mną. Wspiął się na drugie piętro jak rącza sarenka, poczekał, aż ja, sapiąc jak parowóz, też tam dotrę i otworzę drzwi. Postawił zakupy na blacie w kuchni i poleciał z powrotem.

– Do widzenia panu i do zobaczenia! – krzyknął jeszcze i tyle go widziałem.
– Ej, czekaj! – zawołałem, bo pomyślałem, że może powinienem się jakoś odwdzięczyć. – Masz tu… – zacząłem grzebać w portfelu.
– Nie ma mowy! – stwierdził stanowczo. – Przecież ja tylko chciałem pomóc.
– Ech, no dobra – odpuściłem. – A jak ty właściwie masz na imię, co?
– Kamil.
– O cholera. To tak jak ja…
– Serio? To do zobaczenia, panie Kamilu!

I pognał na dół, a ja zostałem z rozdziawioną – za przeproszeniem – gębą

Następnego dnia było tak paskudnie, że nawet nie myślałem o wyjściu. Snułem się po kątach, przestawiałem stare zdjęcia. Kiedy zaś pomyślałem, że warto by było podlać marne jak ja rośliny, usłyszałem dzwonek do drzwi. Ki diabeł? – pomyślałem, ale podreptałem do drzwi. A tam szanowny młody Kamil z jakimś pakunkiem w rękach.

– Mama mnie przysłała, bo mamy tej zupy, co panu mówiłem, tyle, że nie damy rady zjeść, a może pan by miał ochotę – postawił na stole w kuchni pojemnik. – Dzisiaj sobota, więc nie ma szkoły, a pogoda kiepska, to i nawet do parku się nie da pójść. A tu… O rany! – przerwał nagle, gdy spojrzał na oprawione zdjęcie w przedpokoju. – To orzeł!
– Owszem, orzeł. Tam jest tego więcej – wskazałem na pokój.

Szczerze mówiąc, nie bardzo byłem w nastroju do jakiegokolwiek towarzystwa, ale ten dzieciak był taki jakiś… No, nie wiem. Fajny, normalny, niezmanierowany, nieotumaniony tymi durnymi technologiami. A może po prostu przypominał mi mojego syna sprzed lat albo wręcz mnie samego? Nie wiem. Ale nie umiałem go wyprosić. A on tymczasem oglądał zdjęcia, które były w pokoju. Niektóre w ramach, niektóre bez, ot tak, leżące na regale. Wszystkie zrobiła moja nieżyjąca już żona i wszystkie przedstawiały ptaki. To była jej wielka pasja.

Potrafiła siedzieć godzinami w chaszczach, żeby poczekać na dobre ujęcie pliszki, kaczki czy łabędzia. Ja nawet nie znałem wszystkich nazw. Ale fakt, że zdjęcia Oli były piękne i najwyraźniej zrobiły wrażenie na moim gościu, bo biegał od ściany do ściany, rozglądał i się i wydawał okrzyki zachwytu. Po chwili dopadł do jednej z szaf.

Dziwny ten dzieciak. Ale miło się z nim spędza czas

– O rany! Ale filmów! – usłyszałem.
– No tak, tak – mruknąłem. – Ale to starocie same. Co ty możesz…
– Ależ proszę pana! Ja je wszystkie znam! „Arszenik i stare koronki”, „Psychoza”, „Ptaki”! Jeju, niesamowita kolekcja! I jest nawet „Okno na podwórze”! Tego nie mamy, fajnie by było kiedyś pożyczyć…
– A te wszystkie Supermany i inne? Nie oglądasz? – zapytałem.
– Widziałem, jasne, bo przecież chłopaki w szkole ciągle o tym gadają, ale to nie dla mnie. Ja wolę inne filmy. Takie, co oglądaliśmy z tatą i z mamą, zanim… – zasępił się.

– No tak, to dobra, w porządku… – trochę nie wiedziałem, co mam powiedzieć.
– To ja lecę, bo mama zarządziła dzisiaj porządki, ale może jeszcze wpadnę. I mam nadzieję, że zupa będzie smakować!

Polazłem do kuchni, bo faktycznie byłem głodny. Okazało się, że mam ogórkową. Może to nie jest moja ulubiona zupa, ale była tak pyszna, że zjadłem ją ze smakiem. Wieczorem zasiadłem przed telewizorem. Włączyłem na DVD „Okno na podwórze” i gapiąc się na film, który znałem na wylot, myślałem o dzieciaku. Jakim cudem uchował się taki normalny? Co się wydarzyło z jego ojcem, o którym kolejny raz wspomniał? Jaka jest jego matka? Dlaczego woli stare filmy z czasów swoich dziadków niż te dla dzieciaków?

Po dwudziestej drugiej, jak przystało na starego piernika, poszedłem spać. Ranek przywitał mnie śpiewem ptaków i słońcem. Do tego miałem jakąś dziwną energię, jakbym odmłodniał nagle o parę lat. Eh, zaszalejmy – pomyślałem. Będzie spacerek. Ubrałem się stosownie do pogody i zszedłem na dół. Trochę podreptałem, pogapiłem się na ludzi. W końcu zaległem przy fontannie.

– Dzień dobry – usłyszałem tym razem kobiecy głos. – Zupa smakowała?

Gdy się odwróciłem, zobaczyłem wysoką kobietę. Mogła mieć jakieś czterdzieści lat. Ładna, miła blondynka. Było oczywiste, że to matka tego chłopaka.

– Dzień dobry. Tak, była pyszna, dziękuję. Muszę pani oddać pojemnik. Tylko nie wiem, gdzie pani mieszka, bo bym przyniósł.
– Niech się pan nie kłopocze. Jak to panu nie będzie przeszkadzać, to podeślę Kamila. Cały wieczór o panu opowiadał. O tych zdjęciach i filmach…
– A właśnie, wie pani, tak sobie pomyślałem… – sam nie bardzo wiedziałem, jak to ubrać w słowa. – A pani nie przeszkadza, że on tak się ze mną spotyka? Bo wie pani, teraz się tyle gada o tych różnych rzeczach… A tu młody chłopak i stary dziad… Nie chcę, żeby pani pomyślała Bóg wie o czym… – poczułem, że się czerwienię.

– Co też pan mówi! W życiu bym nie pomyślała! – roześmiała się. – Widzi pan, Kamilowi po prostu brakuje towarzystwa. Dziadków praktycznie nie znał. Jedni mieszkali na drugim końcu Polski, drudzy zmarli, zanim się urodził. A jego tata… – zasmuciła się.
– Mówił, że nie żyje.

– Tak, to już trzy lata, długo chorował. A chłopcy w wieku Kamila potrzebują męskiego towarzystwa. Do kolegów go nie ciągnie, może to i lepiej, jak się popatrzy na tych rozmaitych… Dziewczynami też się nie interesuje, widocznie jeszcze nie czas. I to może też lepiej – znowu się zaśmiała. – A mama to już dla niego nie wszystko. Lubi spędzać ze mną czas, ale to już mu chyba nie wystarcza. A pana chyba potraktował jak swojego dziadka, bo opowiada i opowiada i nie może się nachwalić.

– Ale ja jestem gburowaty – teraz ja mimo woli się uśmiechnąłem.
– Dla niego widocznie za mało gburowaty. Dobra, muszę lecieć, jakiś obiad zrobić. Przyślę Kamila po ten pojemnik, jak wróci. Pognał na rowerze nad staw, bo podobno się pojawiły jakieś kaczki czy coś i koniecznie chciał zrobić im zdjęcia. Do zobaczenia.

I już jej nie było. Szlag… – pomyślałem.

Nawet nie miałem pojęcia, że obok mieszkają tacy mili ludzie

Fakt, że po śmierci żony zamknąłem się w domu i nikogo nie chciałem oglądać. Syn też się ode mnie oddalił. Był wielkim panem dyrektorem, jakże zarobionym. A stary ojciec jeszcze daje radę, więc po co go odwiedzać. Eh, chrzanić to… Wieczorem zabrzmiał dzwonek i na progu stanął Kamil. Zaprezentował nowy pojemnik z zupą, zabrał poprzedni.

– Panie Kamilu, chciałby pan zobaczyć… – zaczął nieśmiało.
– Co, te kaczki?
– Ojej, to pan już wie? Aha, pewnie mama panu mówiła – uśmiechnął się. – Ale to nie kaczki, to perkozy, niech pan zobaczy – podsunął mi pod nos telefon.

Gadał, gadał, opowiadał, pokazywał, a mnie było z tym… o dziwo jakoś dobrze. Poczułem nawet przez chwilę, jakby ten dzieciak był moim wnuczkiem. Kolejne dni upływały tak samo. Śniadanie, czasem spacer, czasem film. Ot, pasjonujące życie emeryta. Jedynymi wartościowymi chwilami były odwiedziny Kamila. Wpadał prawie codziennie cały w uśmiechach, czasem z nowymi zdjęciami, czasem z jakimiś kulinarnymi podarunkami od jego mamy. Przyzwyczaiłem się już do tych wizyt i – choć trudno mi to było przyznać samemu przed sobą – czekałem na nie. Któregoś piątku chłopak miał dla mnie prawdziwą niespodziankę.

– Panie Kamilu – zaczął młodzieniec już od progu. – Jutro sobota, mama ma wolne, ja nie mam szkoły i tak sobie pomyśleliśmy, że może by pan nas odwiedził. Zwłaszcza że mama zamierza upiec sernik, a ten jej sernik to jest, proszę pana, poezja! – aż przewrócił oczami.
– Poezja? Ale mam nadzieję, że coś weselszego niż Baczyński… – nie wiem, po co to powiedziałem, bo co ten chłopak niby wiedział o Baczyńskim.
– A nie. Po nim to mam tylko imię, bo mama go bardzo lubi. Ale jak już mam czytać, to wolę coś weselszego, Szymborską na przykład. Chociaż ona też czasem smutna…

Jezusie drogi! Aż mi mowę odjęło. To on jeszcze poezję czyta? Jakiś ginący gatunek spotkałem czy co?!

Tak, tak – wymamrotałem. – To że niby jutro bym was miał odwiedzić?

– Dokładnie. Koło siedemnastej? No to do zobaczenia. Wpadnę po pana.

Syn spojrzał na Kamila, na Basię… I się zagapił

Już naprawdę nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Myślałem, myślałem i wymyśliłem. A co mi szkodzi. Lubię tego dzieciaka, jego matka jest miła. Jak się okaże, że sernik nie będzie taki pyszny, to powiem, że mnie boli głowa i wrócę do domu. Miałem jednak nadzieję, że może będzie miło, bo następnego ranka odpicowałem się niczym stary mercedes, ogoliłem, wypachniłem, ubrałem jak do kościoła i czekałem. Chwilę przed siedemnastą pojawił się Kamil, pomógł mi zejść i wspiąć się na ich drugie piętro.

Gdy tylko wszedłem, poczułem mieszaninę zapachów – czystych podłóg, jakiejś egzotycznej herbaty, delikatnych perfum, no i obiecanego sernika.

– Wspaniale, że pan przyszedł – powitała mnie gospodyni.
– Witam, pani Barbaro – od paru dni wiedziałem już, jak ma na imię.
– Proszę mi mówić Basiu, w końcu jesteśmy już jak rodzina – zaśmiała się. – To co, herbata i ciasto? Niech się pan rozgości.
– Ale wie pani, ja nie miałem możliwości, żeby kupić chociaż czekoladki – zawstydziłem się. – No to tak pomyślałem, że przyniosę to… – wyciągnąłem z kieszeni płytę z filmem.
– O rany, „Okno na podwórze”! – zakrzyknął Kamil. – Ekstra, dawno nie widzieliśmy, co nie, mamo? Obejrzymy?

I tak się stało. Była pyszna herbata, cudowny sernik, film. Już nie musiałem się martwić, że nagle dostanę bólu głowy i będę chciał uciekać. Było naprawdę miło. Po chyba trzech godzinach uznałem jednak, że już mogą mieć mnie dość. Trochę protestowali, ale w końcu zgodzili się mnie odprowadzić. Kiedy wspięliśmy się we trójkę na moje piętro, pod drzwiami zastałem gościa. No, niemożliwe. Mój syn we własnej osobie.

– Tato, nie mogę się dodzwonić, gdzie ty się podziewasz?! – zakrzyknął na mój widok.
– Nie możesz, bo nie ma mnie w domu. Wyszedłem w gości – odpowiedziałem równie uprzejmie, bo wkurzyłem się na te pretensje.
– W gości?
– Tak, owszem. Chyba mogę, prawda? Oto moi sąsiedzi. Basia i jej syn Kamil. Właśnie spędziliśmy razem przemiłe popołudnie.

Teraz dopiero ich zauważył. Przyjrzał się uważnie chłopakowi, a na panią Basię popatrzył tak jakoś… Ona na niego też. Ja i mały Kamil zamilkliśmy, widząc ich miny. Po chwili czar prysł, bo mały postanowił się przywitać z moim szanownym synem. Tamci też podali sobie ręce, cały czas nie mogąc od siebie odezwać wzroku. W końcu prezentacji stało się zadość, sąsiedzi się pożegnali, a ja zaprosiłem syna do środka.

Dopytywał, co to za jedni, skąd ich znam, co z nimi robię, jaka jest ta Basia

Chyba był zdziwiony, tak jakbym już nie miał prawa do czegokolwiek poza gapieniem się w telewizor. W końcu poszedł, a ja, szczerze mówiąc, poczułem ulgę. Nigdy nam się dobrze nie układało. Teraz szczególnie. Ja już byłem stary, on miał swoje życie i karierę i traktował mnie jak piąte koło u wozu. Nie tak jak tamci. Obcy, ale czułem, że są prawie jak rodzina. Dwa dni później wpadł Kamil.

– Panie Kamilu, jest taka sprawa. Za tydzień są moje urodziny. 15 maja. No i robimy imprezę. Znaczy żadną imprezę, ale będzie tort i w ogóle. No i chcę pana zaprosić.
– 15 maja? Serio?
– No tak, a co?
– Bo to też moje urodziny…
– O kurczę, naprawdę? Ale ekstra! Dwóch Kamili i to z tego samego dnia! – roześmiał się. – No to będzie impreza na całego! Aha, mama jeszcze powiedziała, że jak pan by chciał, to i pana syn mógłby przyjść. Bo wie pan, ja myślę, że on jej wpadł w oko – i poleciał.

No i była impreza. Znowu zjawiłem się ustrojony jak stróż w Boże Ciało. Towarzyszył mi mój syn, który dziwnie chętnie przyjął zaproszenie. Nie wnikałem, czy chodziło o moje urodziny, małego Kamila czy raczej Basię. Grunt, że się pojawił. Odśpiewaliśmy „Sto lat”, zdmuchnęliśmy świeczki na dwóch tortach. U Kamila piętnaście, u mnie osiem.

– Proszę – wyciągnąłem paczkę. – To należało do mojej żony. Teraz będziesz mógł robić bardziej profesjonalne zdjęcia. Ja się na tym nie znam, ale może Tomek ci pomoże.
– O rany! – Kamil rozerwał papier i wyjął aparat fotograficzny.

Był stary, używany, ale bardzo dobry i sprawny. Cieszyłem się, widząc jego zachwyt, kiedy próbował się zorientować, co do czego służy.

– A teraz coś dla pana – Basia wręczyła mi pudełko.

Odpakowałem i spojrzałem na nią z prawdziwym wzruszeniem

. – Tak, wszystkie możliwe starocie. Kamil mówił, że tych filmów pan nie ma, a warto obejrzeć. Może nawet wszyscy razem, co?

Nie mogłem się powstrzymać. Po prostu podszedłem i ją uściskałem. A potem śpiewaliśmy i piliśmy szampana. Nawet mój syn, wielki dyrektor, ściągnął krawat i zaczął zagłębiać się w tajemnice aparatu fotograficznego. Potem jeszcze obejrzeliśmy „Psychozę”. To znaczy głównie ja i Kamil, bo tamtych dwoje częściej gapiło się na siebie niż na ekran. Cudownie, że ich spotkałem, bo nadali mojemu życiu sens. A gdyby tamta dwójka przeszła od spojrzeń do czegoś więcej, to może naprawdę zostałbym dziadkiem. O, kurka wodna… Dziadkiem przypadkiem, ale jednak!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->