„Porzuciłam rodziców tak, jak oni kiedyś mnie. Byli zbyt zajęci karierą. Wszystko zawdzięczam ukochanej babci”

„Zapracowani rodzice nie mieli czasu, by mnie kochać. W moim życiu była jedynie babcia. Za jej sprawą nie musiałam spędzać popołudni w pustym domu. Oddała mi swoje serce, miłość i matczyne ciepło, którego nie dawali mi rodzice”.

– Zostanę z babcią, bo tutaj jest mój dom! – oświadczyłam tamtego dnia osłupiałym rodzicom. – Nie chcę nowego mieszkania ani własnego pokoju. Jedźcie beze mnie, ja zostaję tutaj, z babcią Celinką!

– Gadasz bzdury, Helenko…

Pamiętam, jak mama próbowała mnie przekonać do zmiany decyzji.

– To my jesteśmy twoimi rodzicami i z nami powinnaś mieszkać.

– Ale ja nie chcę! – upierałam się.

Miałam prawie dziewięć lat i dobrze wiedziałam, czego pragnę, mimo tego rodzice zaciągnęli mnie zapłakaną do samochodu i upchnęli na tylnym siedzeniu obok waliz z naszymi rzeczami.

– Babciu! Powiedz im, że tak nie można! – błagałam, ale mama pozostała nieugięta.

Dla niej więź łącząca mnie z babcią Celinką była jedynie dziecięcą fanaberią, która wkrótce minie za sprawą nowych znajomych, nowego mieszkania. Nie rozumiała, że wszystkie te rzeczy nie miały żadnego znaczenia w obliczu uczucia, jakim darzyłam babcię.

Babcia Celinka nigdy nie odpuszczała

Jeśli czuła, że coś jest dla niej dobre, parła do przodu niczym czołg, a w zasadzie czołgistka, bo chociaż dawniej nie używano słowa „feministka”, babcia z pewnością nią była.

Potrafiła postawić się apodyktycznemu ojcu i wbrew jego woli wyjść za mąż. Z tego powodu musiała wyprowadzić się z rodzinnej kamienicy w Poznaniu i klepać biedę w Warszawie u boku skromnie zarabiającego naukowca, ale nigdy nie narzekała na swój los.

Po śmierci męża nie uległa radom znajomych i części rodziny, która utrzymywała z nią kontakt, i nie została żoną prywaciarza. Od dostatniego życia u boku mężczyzny, którego darzyła jedynie sympatią, wybrała wolność i przeprowadziła się z trójką małych dzieci do Olsztyna, gdzie dostała dobrze płatną pracę.

Wbrew tym samym znajomym, tak zwanej opinii społecznej oraz podobno zdrowemu rozsądkowi, po ukończeniu 66. roku życia wyszła ponownie za mąż za mężczyznę młodszego od niej o osiem lat. Wszyscy, nawet jej dzieci, wieszczyli rychły koniec tego uczucia i na wszelkie sposoby próbowali zniechęcić babcię do Antoniego, ale pozostała nieprzejednana. Wkrótce zresztą okazało się, że miała rację.

Antoni był wspaniałym wujkiem i przyszywanym dziadkiem, kochał żonę i opiekował się nią do ostatnich jej chwil. Czuwał nad nią, gdy z powodu choroby przestała chodzić o własnych siłach, i potem, kiedy leżała na wpół sparaliżowana, mogąc jeść jedynie płynne potrawy. Przewijał ją, karmił, mył, woził na spacery, ubierał i niezmiennie całował bez względu na to, w jakim była stanie.

Zawsze stawiałam ich sobie za wzór udanego małżeństwa, a babcia Celinka była dla mnie ideałem kobiety. Była mądra, niezłomna i elegancka bez względu na zasobność portfela czy wiek, odważnie podążała za głosem serca.

Była moją ostoją szczęścia

Jako jedyna z jej wnucząt długo byłam jedynaczką, zapracowani rodzice nie poświęcali mi zbyt wiele czasu, a ponieważ mieszkaliśmy z babcią, to ona głównie mnie wychowywała. Za jej sprawą nie musiałam spędzać popołudni w pustym domu ani chodzić z kluczem na szyi, czy przesiadywać w szkolnej świetlicy.

Dom babci stał otworem przed wszystkimi potrzebującymi, więc na obiady u niej stawiałam się nie tylko ja czy moje kuzynostwo, ale także nasi znajomi z podwórka. Dzieciaki nie mogły się doczekać tych wizyt, które zawsze zmieniały się w niezapomnianą zabawę, a ja puchłam z dumy, że jestem jej wnuczką.

– Pamiętaj, że możesz osiągnąć wszystko, czego chcesz, Helenko – mawiała.

– Nawet polecieć w kosmos? – pytałam z przekory, bo lubiłam się z nią droczyć.

– Oczywiście – odpowiadała zupełnie serio.

Ona mnie rozumiała, potrafiła ukoić moje lęki

Myślę, że mama nie doceniała siły naszej więzi, dlatego okłamała mnie, tłumacząc powody przeprowadzki do innego miasta.

– Kochanie, przecież będziecie często się spotykały, poza tym są telefony – mówiła, ignorując moje łzy.

Nie chciałam słuchać rodziców. Miałam prawie dziewięć lat i gotowa byłam porzucić ich, byle tylko nie stracić babci. W przeciwieństwie do mamy nie przeszkadzało mi, że gnieździmy się w dwóch pokojach na piętrze z dostępem do ciasnej łazienki i dzielonej z babcią kuchni.

Nie męczyło mnie odrabianie lekcji przy kuchennym stole. Nie denerwowała dzielona z rodzicami szafa i obowiązek trzymania porządku. Z przyjemnością słuchałam z babcią jej ulubionych radiowych audycji i oglądałam telewizyjne programy, pochłaniałam podsuwane mi przez nią książki, podczas gdy ona obok dziergała dla mnie swetry albo poprawiała dokumenty przyniesione z pracy.

Nie potrzebowałam intymności, własnego kąta ani tym bardziej samotności, bo byłam szczęśliwa w układzie, w jakim się wychowałam. Rodzice jednak za nic mieli zdanie moje i babci, która proponowała im, abym została u niej do końca roku szkolnego, tak żebym mogła powoli oswoić ze zmianą.

– Mamo, nie zamierzam rozbijać swojej rodziny tylko dlatego, że Helenka ma inne zdanie na temat przeprowadzki – stwierdziła kategorycznie mama. – Przecież nie wyjeżdżamy za granicę, a jedynie 200 kilometrów dalej.

Wyjechałam, zamieszkałam we własnym, dużym pokoju, w którym zmieściło się nie tylko łóżko, ale także piękne biurko, szafa i półeczki. Muszę przyznać, że mama naprawdę się postarała, urządzając mój pokój, wzięła nawet wolny tydzień w nowej pracy, żeby odprowadzać mnie do szkoły i czekać na mnie z obiadem, aż wrócę. Tyle że nic nie było w stanie przekonać mnie do nowego miejsca.

Zaczęłam chorować, gdy tylko mama wróciła do pracy. Cierpiałam na dziwne bóle brzucha, zawroty głowy na przemian z wysoką gorączką. Zamiast do nowej szkoły wkrótce trafiłam do szpitala, w którym zrobiono mi mnóstwo badań, ale nie wykryto niczego podejrzanego.

W końcu jeden ze specjalistów wysłał mnie do psychologa dziecięcego, a ten szybko rozgryzł, co jest przyczyną załamania, jak nazwał mój stan. Na ostatnią sesję zaprosił rodziców, abym wspólnie z nimi ustaliła częstotliwość spotkań z babcią. Nawet on uważał, że przeprowadzka do niej na stałe zrujnuje nasze więzi.

– To oni są twoimi rodzicami, kochają cię. Zobaczysz z czasem wszystko się ułoży, tylko daj im szansę – powtarzał zapłakanej, nieszczęśliwej dziewczynce.

Nie minęły dwa miesiące, jak podekscytowana mama poinformowała mnie, że spodziewa się dziecka. Wkrótce okazało się, że zamiast jednego urodzi trojaczki. „Trojaczki! Będziesz miała dużo rodzeństwa” – cieszyła się, a ja razem z nią.

Przynajmniej do czasu narodzin mojego braciszka i siostrzyczek, kiedy okazało się, że rodzice nie mają dla mnie kompletnie czasu. Miałam tylko dziesięć lat, lecz musiałam dorosnąć i wczuć się w ich położenie – zrozumieć ciągłe zmęczenie.

Kochałam moje rodzeństwo, ale jakaś część mnie poczuła się zdradzona i oszukana, dlatego uciekłam. Tuż po zakończeniu roku szkolnego wsiadłam ze świadectwem w pociąg i pojechałam prosto do babci.

Drzwi otworzył mi wuj Antoni, po chwili stanęła za nim babcia.

– Helenka? Wejdź! Jesteś sama? – jak przez mgłę usłyszałam jej ciepły, znajomy głos.

Choć wszystkim w rodzinie wydawało się to co najmniej dziwne, po wakacjach zamieszkałam u babci i nowego dziadka. Rodzice ugięli się przytłoczeni nowymi obowiązkami i widząc moją determinację, ale wiedziałam, że mama moje odejście traktuje jak porażkę.

– Pamiętaj, Helenko, że twój pokój zawsze będzie na ciebie czekał – powtarzała podczas naszych spotkań, tuląc mnie do siebie.

Było mi jej żal, ale podobnie jak babcia Celinka w głębi serca czułam, że chociaż moje decyzje mogą szokować innych, to postępuję słusznie. Mieszkałam u babci i wujka do końca liceum, potem złożyłam papiery na zagraniczne studia.

Odwiedzałam moje dwie rodziny tak często, jak tylko mogłam, ale to za granicą zastała mnie wiadomość o śmierci babci, tej cudownej kobiety, mojej przyjaciółki, bez której nie byłoby mnie w tamtym miejscu.

Na studiach poznałam mojego przyszłego męża, Hiszpana, który zakochał się w Polsce.
To zabawne, ale sądziłam, że zostanę za granicą na zawsze – czekały tam na mnie lepsza praca i piękny apartament – ale mąż przekonał mnie do zmiany planów. Jego determinacja sprawiła, że wróciłam.

Tak oto po sześciu latach mieszkam w domu, w którym spędziłam najszczęśliwsze lata,  teraz wychowują się tutaj moje dzieci. Koło się zamknęło… Nie muszę dodawać, że wszystkie szaleją za swoim przyszywanym pradziadkiem, jak kiedyś ja za babcią Celinką.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->