„Mąż kokietował inne kobiety, a mi nie potrafił podziękować za obiad. To przykre, ale cieszę się, że zmarł i jestem wolna”

„W domu zaraz po ślubie zamienił się w mruka. Skończyły się prezenty, wierszyki. Zaczęło narzekanie, połajanki, przytyki. A kiedy po dwóch latach ciągle nie byłam w ciąży, zaczęły się też awantury. Albert był przekonany, że to moja wina… Po jego śmierci odzyskałam dawne życie”.

Muszę się do czegoś przyznać. Bez męża jest mi lepiej. Wiem, co myślą ludzie, kiedy o tym mówię. Albo że jestem złą kobietą, albo że głupią, bo powinnam go dawno zostawić.  Bardzo kochałam Alberta. Ale on po prostu nie umiał kochać mnie. Zmarł pół roku temu. A ja zaczęłam nowe życie.

Pobraliśmy się, gdy miałam tylko 20 lat. Dziś wiem, że to dużo za wcześnie. Albert był starszy o osiem lat i właśnie przejął od swojego ojca zakład krawiecki. Był pierwszym (i do niedawna jedynym) mężczyzną, z którym się całowałam, poszłam na randkę, a potem do łóżka. Zasypywał mnie kwiatami, podarunkami, pisał romantyczne liściki.

Aż do ślubu pracowałam w kwiaciarni. Marzyłam, że kiedyś otworzę własną. Moja szefowa uważała, że mam do tego dryg. Potrafiłam tworzyć piękne bukiety z kwiatów, o których połączeniu nikt by nie pomyślał

Czarował tylko klientki…

Nawet mi nie przyszło do głowy, że Albert będzie kazał mi pracę rzucić. Ale zrobił to zaraz po naszym powrocie z podróży poślubnej. Uznałam, że to z troski o mnie, że jest taki staroświecki i szarmancki… Pozostał taki przez całe życie, tylko nie wobec mnie. Kiedy przynosiłam mu do zakładu obiad, nieraz widziałam, jak czaruje klientki. Całował w rączki, komplementował, skakał wokół nich jak wokół angielskiej królowej. Kobiety go uwielbiały.

Ale w domu zaraz po ślubie zamienił się w mruka. Skończyły się prezenty, wierszyki. Zaczęło narzekanie, połajanki, przytyki.  A kiedy po dwóch latach ciągle nie byłam w ciąży, zaczęły się też awantury. Albert był przekonany, że to moja wina. Lekarze uważali, że ze mną wszystko jest dobrze, i sugerowali, żeby mój mąż też dał się przebadać. Nie chciał o tym słyszeć. Jego zdaniem to ja po prostu nie starałam się wystarczająco. Nie tylko w sprawie dziecka. Jego zdaniem zaniedbywałam dom, nie dbałam o siebie i źle gotowałam.

– Trzeba było iść do urzędu, a nie przed Bogiem przysięgać. A teraz mam za swoje – lubił powtarzać.

Z czasem zrobił się też piekielnie zazdrosny. Potrafił mnie oskarżyć o flirtowanie z rzeźnikiem albo listonoszem. Tłumaczyłam sobie, że to oznacza, że mnie kocha. Uderzyć spróbował mnie tylko raz. Gdy się zamachnął się, złapałam go za rękę. Długo mierzyliśmy się wzrokiem. W końcu Albert zrobił krok do tyłu. Poszłam do sypialni i zaczęłam się pakować. Przyszedł po kilku minutach. Przepraszał. Mówił, że nie wie, co w niego wstąpiło, i że to się już nie powtórzy. Zostałam. Potem kilka razy się zastanawiałam, czy Albert po prostu nie sprawdzał, gdzie leży granica mojej wytrzymałości.

Od tamtej pory był już pewien, że może sobie pozwolić na wszystko oprócz bicia. Nigdy się nikomu nie skarżyłam. Moi rodzice uważali, że jestem szczęśliwa. Koleżanek nie miałam, z sąsiadkami wymieniałam tylko zwykłe uprzejmości. Od czasu od czasu, kiedy mąż już spał, zamykałam się w łazience i płakałam. Pomagało. Albert zachorował trzy lata temu. Nowotwór płuc. Operacja, chemia… Nawet wrócił na chwilę do pracy. Rok temu rak wrócił. Przerzuty do mózgu, wątroby, trzustki. Pielęgnowałam go do ostatniego dnia. Zmarł w domu, we śnie. Zorganizowałam pogrzeb, stypę, wystawiłam piękny nagrobek.

A potem wyjechałam na tydzień nad morze. Chodziłam na długie spacery, piłam wino, czytałam. Po raz pierwszy nikt nie mówił mi, co mam robić i jak. Zrozumiałam, co to znaczy być wolną. I móc decydować o sobie. Wróciłam do domu. Wyrzuciłam wszystkie ubrania i rzeczy męża.

Przemeblowałam mieszkanie, pomalowałam ściany na taki kolor, jaki ja lubię. Nakupiłam kwiatów doniczkowych – Albert ich nie znosił, więc przez lata zadowalałam się jedną skrzynką na balkonie.
A potem zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Miałam rentę po mężu, ale nie była duża, przez całe życie odkładał tylko minimalną składkę. Jego zakład od roku stał pusty. Mogłam go albo sprzedać, albo… Kiedy ta myśl przyszła mi do głowy, aż się sama wystraszyłam. Ja, kura domowa, miałabym otworzyć własny biznes?

Zaproponował mi pomoc w nauce jazdy…

Ale marzenia z młodości o własnej kwiaciarni wróciły i nie dawały mi spokoju. Pierwszy, największy problem, czyli lokal, miałam z głowy. Zakład Alberta był blisko rynku i kościoła, miał wielką witrynę – po małym remoncie na kwiaciarnię będzie się nadawał idealnie. Czego jeszcze potrzebowałam? Furgonetki do transportu kwiatów. I odświeżenia umiejętności kierowcy, bo wprawdzie prawo jazdy miałam, ale Albert prawie nigdy nie dawał mi prowadzić… Ford Alberta był w doskonałym stanie, więc kupiec znalazł się od razu. Dołożyłam trochę z oszczędności i kupiłam w komisie używaną furgonetkę.

– Tylko czy ona może jeszcze trochę u pana postać? – zapytałam właściciela komisu, zanim podpisałam umowę. – Muszę znaleźć kogoś, kto mnie poduczy nią jeździć. Nie prowadziłam auta od kilku lat, a takiego dużego to nigdy. Wiem, co pan sobie myśli, że w moim wieku to trochę późno na naukę. Ale widzi pan, ja po prostu muszę, żeby zrealizować swoje marzenia. Właściciel się uśmiechnął.

– Ojej, teraz to mnie pani zaintrygowała. Zapraszam na herbatę, opowie mi pani o swoich marzeniach, a ja może znajdę rozwiązanie.

Usiedliśmy na zapleczu. Zaczęłam opowiadać o sobie i nagle, nie wiem kiedy, obcemu człowiekowi opowiedziałam więcej o swoim życiu niż kiedykolwiek własnej matce. A kiedy skończyłam, poczułam, że teraz naprawdę mogę zacząć od nowa.

– Ojej, bardzo pana przepraszam, że się tak rozgadałam. Chyba powinnam panu zapłacić za terapię…

– Nic nie szkodzi, rozumiem – pan Jacek uśmiechnął się i dolał mi herbaty. – A wracając do furgonetki i doszkalania… Może po prostu ja z panią pojeżdżę? Kiedyś pracowałem jako instruktor jazdy. Zaczniemy spokojnie, tu u mnie po terenie. Wbrew pozorom takie duże auta łatwo się prowadzi, tylko trzeba się oswoić z ich gabarytami.

Okazałam się pojętną uczennicą. Już po dwóch lekcjach „stacjonarnych” wyjechaliśmy na ulicę. Nikogo nie rozjechałam i nie rozbiłam żadnego auta. Po dwóch tygodniach pan Jacek orzekł, że jego zdaniem mogę już moim „Smokiem” (tak nazwałam samochód) jeździć samodzielnie.
Równolegle trwał remont w lokalu. Po kilkunastu dniach z zakładu krawieckiego został już tylko szyld. Wymieniłam go na własny: „Kwiaty u Agaty”. Kilka kilometrów za miastem znalazłam producenta róż i irysów, miałam też już trochę znajomości na giełdzie.

Wielkie otwarcie odbyło się dwa tygodnie temu. Przyszła rodzina,  kilka sąsiadek (plakat z zaproszeniem powiesiłam na klatce) i pan Jacek. Było ciasto i białe wino. Goście i pierwsi klienci dostali ode mnie w prezencie małe bukieciki z wizytówką. Wpadł nawet proboszcz, zaciekawiony zamieszaniem.

– Kwiaciarnia, no wspaniale. Ta, co była po drugiej stronie rynku, zamknęła się w pandemii i bardzo nam tu brakowało takiego sklepu –  ucieszył się i życzył mi powodzenia.

W końcu wszyscy goście się rozeszli, został tylko Jacek (w czasie przyjęcia zdążyliśmy przejść na ty).

– To co, pomogę ci zamknąć i pójdziemy na kolację? Taki dzień trzeba uczcić – zaproponował.

Dałam się przekonać. Po kolacji Jacek odprowadził mnie do domu, a na dobranoc pocałował. Dobrze, że było ciemno, bo zarumieniłam się jak nastolatka… Nie przyznałam mu się, że wcześniej całowałam się tylko z mężem. Na takie opowieści przyjdzie jeszcze czas.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->