„Od pierwszego dnia emerytury dzieci mnie wykorzystywały. Chciały zrobić ze mnie ubezwłasnowolnioną darmową opiekunkę”

„Czy opieka nad wnukami nie jest aby moim obowiązkiem? Tak twierdził ogólny zwyczaj. Czy skoro już emerytki mają czas, powinny poświęcić go na pomaganie swoim dzieciom i wyrzucić swoje marzenia do kosza. Może jestem babciowym potworem, ale uznałam, że nie”.

Niektóre moje znajome na słowo „emerytura” bladły. Twierdziły, że to równia pochyła, koniec twórczego życia. Ja wręcz przeciwnie – wiedziałam, że dopiero wtedy sobie pożyję. Będę wstawała, o której będę chciała (mąż na szczęście jest nauczony robić sobie śniadanie przed wyjściem do pracy, bo przez lata zaczynałam dyżur w radiu o szóstej rano), będę robiła, na co przyjdzie mi ochota – planowałam.

Będę czytała, nauczę się grać w gry na komputerze i może wezmę kurs rysunku. Spacery, fitness dla emerytów w osiedlowym domu kultury. A może chór? Podobno mam niezły głos. Jest tyle opcji! Tyle rzeczy, na które nie miałam czasu jako kobieta pracująca, żona, matka dwójki dzieci, opiekunka rodziców, teściów. A może część wolnego czasu poświęcę na jakąś pracę charytatywną… Czemu nie, jak będę miała ochotę.

Aż wreszcie przyszedł ten dzień.

Ostatni raz zasiadłam w reżyserce, pilnując, by audycja radiowa poszła bezbłędnie, potem było krótkie przyjęcie pożegnalne, nawet zakręciła mi się łza w oku. W końcu spędziłam tu trzydzieści pięć lat. I to były wspaniałe lata i wspaniali ludzie, z którymi pracowałam. Ale kiedy wyszłam z budynku radia i zrozumiałam, że jestem wolna, poczułam, jak na plecach drżą mi skrzydła, gotowe do lotu. Ha!

Te dwa tygodnie z Jasiem dały mi się we znaki

Trzy dni później pod wieczór zadzwoniła moja córka, Marianna.

– Mamuś, mogłabyś zająć się jutro Jasiem? W przedszkolu robą dezynsekcję, a ja mam ważną naradę w pracy. Tomek też nie może. Proszę – jęczała jak to ona i w wyobraźni widziałam, jak macha szybko powiekami.

Że niby taka słodka jest. Jak była pięciolatką, to na mnie faktycznie działało. Ale teraz miała trzydzieści pięć lat! Słodka nie słodka, sytuacja życiowa wymagała interwencji. Więc rano pojechałam przez pół miasta zająć się trzyletnim wnukiem. Jaś jest wspaniałym dzieckiem, rezolutnym, miłym i energicznym. Bardzo go kocham.

Kiedy pracowałam, czasami braliśmy go z Robertem na weekend, żeby córka i zięć odpoczęli. Bywało, że podrzucali nam małego na noc w tygodniu, kiedy mieli wieczorne zajęcia. Nie zdarzało się to często, a my z przyjemnością zajmowaliśmy się wnukiem. Tak jak kiedyś Kasią, córką naszego syna. Teraz też było miło.

Zabrałam wnuka na spacer do parku, potem zrobiłam obiad… „Wiesz, mamcia, jak Jaś będzie spał w południe, może ugotowałabyś ogórkową? Twoja jest najlepsza na świecie”. Gdy się obudził, czytałam mu książeczkę. Marianna wróciła po piątej z pudełkiem ptasiego mleczka jako podziękowaniem.

– Nie musiałaś – powiedziałam, całując córkę w policzek. – Poza tym obcinam cukier. Muszę zrzucić kilka kilogramów. I trochę poćwiczyć. Zapisałam się na fitness!

– Zazdroszczę ci – powiedziała córka. – Ja nie mam czasu na takie przyjemności.

– Taka kolej rzeczy – pokiwałam mądrze głową. – Doskonale wiem, co czujesz. Przeżyłam to. I miałam was dwójkę. Byle do emerytury – puściłam oczko, ubrałam się i wyszłam.

Potem, w domu, powiedziałam mężowi, że pełna zdegustowania mina naszej córki rozbawiła mnie do łez.
Wzięłam udział w zajęciach fitness tylko dwa razy. Bo Jaś zachorował i Marianna ubłagała mnie, bym się nim zajęła, bo jej szefowie nie patrzą przychylnie na takie pracownice, które za często biorą wolne na dzieci.

Jasna sprawa, powiedziałam. Od tego jest babcia na emeryturze. Wnuczek do przedszkola poszedł dopiero dwa tygodnie później. Odetchnęłam z ulgą. Tego samego dnia umówiłam się na kawę z przyjaciółką w pobliskiej galerii handlowej.

– Mówię ci, czułam się, jakby czas się cofnął do mojej młodości – opowiadałam Marzenie. – Znów stałam przy garach, wrzucałam pranie, prasowałam. Bo przecież nie będę siedzieć bezczynnie, kiedy chore dziecko śpi. Tylko szybciej się męczyłam, co dowodzi, że jednak wciąż mam sześćdziesiąt lat.

– Mogłaś czytać książkę, oglądać telewizję – zauważyła Marzena.

– Mogłam – przyznałam. – Ale Marianna jest zawsze w niedoczasie, ma mnóstwo pracy. To samo zięć. Wspinają się po szczeblach, konkurencja dyszy im w kark, rozumiesz. Muszą pracować. Nie mają czasu na dom. Więc pomogłam, skoro już i tak tam byłam.

– Oczywiście. Tak to się zaczyna… – przyjaciółka patrzyła na mnie z ironią.

Najeżyłam się.

– Co się tak zaczyna?

– Babciowanie. Miałaś plany na emeryturę? Zapomnij. Wolni emeryci to tacy, którzy nie mają dzieci, wnuków, rodziców. Jak ja. Tacy jak ty z jednego kieratu wchodzą w następny. Tyle że tym razem nie dostają za to grosza. Ale podobno satysfakcja wystarcza. To jak, wracasz na fitness? No i pamiętaj, za dwa tygodnie zaczyna się kurs kuchni śródziemnomorskiej.

– Oczywiście, że wracam na fitness i będę na kursie. Czy ja wyglądam na taką, co się da zaprząc do babciowego kieratu?

Marzena tylko prychnęła. I pewnie trzy dni później śmiała się w kułak, kiedy wysłałam do niej esemesa, że muszę przełożyć nasze spotkanie, bo syn i synowa jadą na drugi kraniec Polski zająć się pogrzebem teściowej i podrzucają mi na kilka dni swoją dziesięcioletnią córkę, która nie może opuścić zajęć. Więc znów zwlekałam się z łóżka o świcie, by wyszykować wnuczkę, potem mąż podwoził ją do szkoły, a ja po południu odbierałam i woziłam na zajęcia dodatkowe. Pilnowanie lekcji, gotowanie obiadu, pranie…

Kiedy syn i synowa wrócili, Kasia powiedziała:

– U babci jest cudownie – przytuliła się do mnie. – Chciałabym tak częściej. A pieczarkowa to bajka.
Poczułam się doceniona. Szczęśliwa. Uśmiechnęłam się i ucałowałam wdzięczną wnusię w czubek głowy. Wtedy syn i synowa popatrzyli po sobie i Jurek powiedział:

– A może mogłabyś, mamo, odbierać Kasię ze szkoły i dawać jej obiad? To by nam bardzo ulżyło. Ja mam dodatkowe szkolenia, a i Asia mogłaby zrobić kurs. I nie musielibyśmy tak latać z wywieszonym jęzorem. Odbieralibyśmy Kasię stąd wieczorem.

Pomogę, ale tylko w awaryjnych sytuacjach

Poczułam, że cała sztywnieję. Kocham wnuczkę. Kocham syna. Kocham swoją córkę i jej synka. Chętnie pomagam im wszystkim w sytuacjach awaryjnych, ale…

– Kasia kilka razy w tygodniu ma zajęcia dodatkowe – odezwał się mój mąż.

– Tak – Asia, synowa, uśmiechnęła się promiennie. – Przygotowalibyśmy grafik.

– Rozumiem – mruknął mąż i popatrzył na mnie. – To twoja decyzja, Haniu. Ty jesteś na emeryturze. Ja wciąż pracuję.

Wreszcie się dowiedziałam, jak czuje się zwierzyna zapędzona w pułapkę. Mój syn, synowa i wnuczka patrzyli na mnie rozświetlonymi oczami, z nadzieją. Mąż w oczekiwaniu na moją decyzję uniósł tylko brew. Przez ostatnie dwa czy trzy lata musiał wysłuchiwać tyrad o moich emerytalnych planach na nowe życie. Nie było tam stałej opieki nad wnuczkami. Gotowania obiadów, prania, spędzania popołudni nad lekcjami czy książeczkami z bajkami. Pomyślałam o Mariannie, która dwa dni wcześniej zadzwoniła z pytaniem, czy będę mogła wziąć do siebie Jasia na tydzień, bo ona chce pojechać w góry…

– Bo już nie mogę wytrzymać, muszę się odstresować, a Tomek nie da sobie rady z dzieckiem, wiesz, jacy są mężczyźni – przekonywała mnie zbolałym głosem.

Tak, wiem, jacy są mężczyźni. Potrafią się spiąć i nie zrobić krzywdy swoim dzieciom. Mój mąż potrafił. Kiedy miałam wyjazdy, bez problemu radził sobie z dwójką maluchów. A nie było babć pod bokiem.
A potem córka rzuciła:

– Wiesz, mamuś, tak rozmawiałam z Tomkiem, że Jasio jest w tym przedszkolu trochę nerwowy i pewnie ciągle będzie łapał jakieś choroby. Jak to dziecko. Więc może poczekać jeszcze rok, półtora? Skoro najlepsza opiekunka na świecie ma czas i chęci, no, wiesz… Może sobie o tym pomyślisz, co, mamuś, co?

Pomyślałam i muszę przyznać, że wizja codziennej opieki nad Jasiem nie wzbudziła mojego entuzjazmu. Dwie moje przyjaciółki, które wcześniej przeszły na emeryturę, już „babciują”, jak nazwała to Marzena. I na nic nie mają czasu, bo wnuki, bo gotowanie, bo odbieranie ze szkoły. A nawet jeśli mają czas, to już brak im sił – nie czarujmy się, młode już byłyśmy.

Ale czy opieka nad wnukami nie jest aby moim obowiązkiem? Tak twierdziły moje przyjaciółki, tak twierdził ogólny zwyczaj. Skoro już emerytki mają czas, powinny poświęcić go na pomaganie swoim dzieciom. Żeby im było łatwiej. No i czy uśmiech wnuków nie wynagradza wszystkich trudów? Marzeń wyrzuconych do kosza? Może jestem babciowym potworem, ale uznałam, że nie. Popatrzyłam na uśmiechnięte, pełne nadziei twarze. I odmówiłam.

– Wybaczcie, ale całe życie pracowałam, opiekowałam się domem, dziećmi. Oddałam wam najlepsze lata. Zbyt długo czekałam na czas, kiedy będę mogła wreszcie zrobić coś dla siebie. A nie wiem, jak długo jeszcze będę zdrowa i na chodzie. Nie robię się młodsza. Chętnie pomogę w sytuacjach awaryjnych, jak teraz, ale nic na stałe. Jesteście młodzi, silni, z pewnością sobie poradzicie. Tak jak poradziliśmy sobie my – spojrzałam na męża, który uśmiechał się z aprobatą. – A czasami było naprawdę ciężko.

Odmówiłam także Mariannie. Z początku dzieci boczyły się na mnie. Przez jakiś czas, obrażone, nie przychodziły do nas z wnukami. Ale przetrzymałam to. W końcu zrozumiały, że nie miały prawa czegokolwiek ode mnie żądać. Że wszystko, co teraz im dawałam – swój czas, opiekę, a nawet pieniądze – to tylko moja dobra wola. Mój obowiązek już się skończył.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->