„Synowa oczekiwała, że mój syn będzie jej pomagał przy dziecku. A co on, jakiś jej sługa? Młody chłopak, niech się bawi”

„Synowa w końcu się wyniosła. Krystian został z nami, bo nie miał za co wynająć mieszkania. I dobrze, tu ma dom, rodziców. Ja i upiorę, i ugotuję. Gdzie mu będzie lepiej? Często słyszę, jak żona przez telefon robi mu awanturę. Wyzywa go od leni i pasożytów, twierdzi, że jest zmęczona. Ciekawe czym, skoro nie pracuje, tylko zajmuje się dzieckiem”.

Wiedziałam, że to się musi źle skończyć. A ja im przecież nieba chciałam przychylić. Prasowałam, sprzątałam, gotowałam. Dałam dach nad głową i wiele dobrych rad, ale nie potrafili tego docenić. Głównie ona, niewdzięcznica jedna. Omotała go, chociaż próbowałam temu zapobiec.

Krystian jest jedynakiem

Oboje z mężem robiliśmy wszystko, żeby mu niczego w życiu nie brakowało. Staraliśmy się, może nawet za bardzo. Mąż nieraz mnie strofował, że za bardzo pobłażam synowi.

– Wyrośnie na jakiegoś niedojdę – denerwował się, kiedy załatwiłam Krystkowi zwolnienie z wuefu.

Uważam, że nie miał racji. Skoro chłopak nie garnie się do sportu, to po co go zmuszać do jakichś bezsensownych ćwiczeń. Powinien robić to, co lubi.

– Chcę rozwijać swoje pasje – bronił się nasz jedynak, kiedy okazało się, że nie tylko wuef mu nie pasuje.

Z innych przedmiotów też nie szło mu najlepiej.

– A jakie ty masz zainteresowania, chłopcze? – zapytał ojciec, próbując panować nad gniewem. – Granie na komputerze i włóczenie się bez celu?

– Daj spokój – wtrąciłam się czując, że awantura wisi w powietrzu. – Jest jeszcze młody, ma czas na skonkretyzowanie swoich zainteresowań.

Jakoś przebolałam, że musiał powtarzać klasę

Ale to nie był koniec kłopotów. W klasie maturalnej okazało się, że nasz syn nie ma szans na dopuszczenie do końcowych egzaminów. Chodziłam, błagałam nauczycieli i wybłagałam, że dadzą mu jeszcze szansę, jak podciągnie się z polskiego.

– Musimy załatwić mu korepetycje – zarządziłam, nie zwracając uwagi na męża, który chyba chciał coś powiedzieć, ale w końcu machnął tylko ręką.

Wybrałam, jak wtedy myślałam, najlepszą korepetytorkę. Agnieszka była ładna, sympatyczna, miała kilkuletnie doświadczenie jako nauczycielka. No i była na tyle młoda, że łatwiej jej będzie dogadać się z chłopakiem. I dogadali się, że aż mi w pięty poszło. Krystian zdał maturę i wtedy się zaczęło. Oświadczył, że zamierza się ożenić.

– Przecież ty nawet nie masz dziewczyny – zdziwiłam się. – Ostatnie pół roku to albo byłeś w szkole albo na korepetycjach.

– No właśnie – potwierdził. – Głównie na korepetycjach z Agnieszką i…

– Nie kończ – złapałam się za serce.

– Daj spokój, mamo – symulowany atak serca nie zrobił na nim żadnego wrażenia. – Kochamy się z Agnieszką i chcemy być ze sobą na zawsze.

– Przecież ty masz 20 lat, a ona 32! – krzyczałam. – Władek, powiedz coś – szukałam pomocy u milczącego męża.

– Wiek nie ma tu nic do rzeczy – podsumował mój wyrodny syn. – Ślub chcemy wziąć jak najszybciej. I ty nam w tym nie przeszkodzisz – nie spodziewałam się po nim takiego zdecydowania.

To był dla mnie cios

Co ludzie powiedzą, jak spojrzę w oczy sąsiadom. Te argumenty tylko rozśmieszyły Krystiana i tym bardziej parł do szybkiego ślubu.

– Albo się z tym pogodzisz, albo stracimy syna – starał się tłumaczyć mój mąż.

– To małżeństwo nie ma żadnej przyszłości – szlochałam. – Za 20 lat on nadal będzie młody, a ona starzejąca się 50. po menopauzie.

Nie pomogło moje rozrywanie szat. Pobrali się. Wynajęli jakąś obskurną kawalerkę i Krystian na dobre się wyprowadził. Przez pół roku nie widziałam swojego syna. On parę razy proponował, że nas odwiedzi, ale stawiał warunek, że przyjdzie z tą swoją żoną. No szczyt bezczelności.

– Dusiu, nie bądź taka zawzięta – mąż po raz kolejny próbował skruszyć mój upór. – Zaprośmy młodych na obiad.

– Młodych – prychnęłam i wyszłam do kuchni.

Kręciłam się, próbując coś robić, ale wszystko leciało mi z rąk. Zostawiłam wszystko i postanowiłam iść do sklepu. Trochę się przewietrzę i przestanę o tym wszystkim myśleć.

– Dzień dobry, pani Sobikowa – jak spod ziemi wyrosła przede mną sąsiadka. – Gratulacje, to już niedługo będziecie mieli wnuka. Spotkałam pani Krystiana i tę jego żonę w galerii…

Nie słuchałam dalej i szybko wróciłam do domu. Władek nie wydawał się być specjalnie zaskoczony. Przyciśnięty do muru, przyznał się, że od dawna ma kontakt z Krystianem i wie wszystko. Tego już było za wiele.

Ogarnęła mnie furia

– To ja pójdę do sklepu – mąż na wszelki wypadek zszedł z linii strzału i nie miałam, na kim wyładować swojej złości.

Kiedy trochę się uspokoiłam, zaczęłam płakać z bezsilności i upokorzenia. Wszyscy wiedzieli, tylko nie ja. Co ja mam teraz zrobić? Wyciągnięcie do nich ręki, to przyznanie się do porażki. Moje rozmyślania przerwał dźwięk domofonu. Pewnie ten gamoń znowu zapomniał kluczy – pomyślałam poirytowana. Ku mojemu zdumieniu usłyszałam głos Krystiana.

– Tata u nas był – zaczął niepewnie. – Powiedział, że już wszystko wiesz…

– Szkoda, że musiałam dowiedzieć się od sąsiadki – wyszeptałam.

To nie był tego dnia koniec wrażeń. Mąż po powrocie miał dla mnie kolejną niespodziankę. Wymyślił, że powinniśmy zaproponować młodym zamieszkanie u nas.

– Mamy prawie 100-metrowe mieszkanie. Dwa pokoje stoją puste – przekonywał – a oni gnieżdżą się w tej kawalerce. Tam nawet nie ma gdzie wstawić łóżeczka.

Nie wiem, dlaczego w końcu się na to zgodziłam. Na początku nawet nie chciałam o tym słyszeć, ale Władek drążył, jak kropla skałę i wreszcie dopiął swego. Wprowadzili się 2 tygodnie później. Czułam, że nic dobrego z tego nie wyniknie, ale klamka zapadła i trzeba było jakoś zmierzyć się z nową sytuacją. Starałam się być ugodowa, ale szlag mnie trafiał na wywrócenie całego naszego domu do góry nogami.

My zawsze jemy obiad koło 15, oni o 18, a nawet 19. Ona wraca z pracy i dopiero zaczyna tłuc garami. Jak przychodzi sobota, zabiera się za sprzątanie i wstawia pralkę. Jakby nie można było zrobić tego w tygodniu. A w niedzielę to potrafią spać do południa.

– Wy jeszcze w łóżku? – weszłam do ich pokoju. – Już 9. My już wróciliśmy z kościoła. Najwyższy czas na śniadanie.

– Mamo, jest niedziela – jęknął Krystian.

– To co, można tak się wylegiwać do południa? – byłam rozsierdzona.

– Czy zawsze musimy robić tak, jak ty chcesz? – był coraz bardziej poirytowany, a ona tylko potakiwała, naciągając kołdrę na gołe ramiona.

– Mój dom i moje zasady. To chyba normalne – wychodząc, trzasnęłam drzwiami, żeby zrozumieli, kto tu rządzi.

Kiedy urodził się Piotruś, nasz dom jeszcze bardziej przewrócił się do góry nogami. Kupki, zupki, płacze, i jeszcze te wizyty teściowej Krystiana. Nie dziwię się, że chłopak coraz częściej miał dosyć i uciekał z domu przy każdej okazji. Ona ciągle zaniedbana, zmęczona (ciekawe czym, skoro nie pracuje, tylko zajmuje się dzieckiem). Mówiłam jej, żeby bardziej zadbała o męża. A ona zapytała mnie, dlaczego on o nią nie dba.

– To trzeba było sobie znaleźć męża w swoim wieku – odgryzłam się. – A nie uwodzić uczniaka.

Czułam, że to ich całe małżeństwo wisi na włosku

Może i lepiej by było, żeby się rozwiedli. Krystianek jest jeszcze młody i ułoży sobie życie.

– Czy ty w ogóle pamiętasz, że masz żonę i dziecko? – usłyszałam kiedyś strzępki awantury.

Ona najwyraźniej miała pretensje, że Krystian chce żyć jak normalny młody człowiek. A co, ma być na jej usługach? Takie sceny powtarzały się coraz częściej. Pół roku później bomba pękła. Po kolejnej awanturze Agnieszka z małym wyprowadziła się do swojej matki. Krystian został z nami. No bo co miał zrobić? Stracił kolejną pracę i nie stać go było na wynajęcie mieszkania. Zresztą po co? Tu ma dom, rodziców. Ja i upiorę, i ugotuję. Gdzie mu będzie lepiej. Wnuczka widujemy rzadko. Czasami Krystian go przywiezie na kilka godzin. Za każdym razem, kiedy zabiera Piotrusia, matka Agnieszki robi mu awanturę. Wyzywa go od leni i pasożytów.

Nie wiem, co ona się go tak czepia

Po dwóch miesiącach od wyprowadzki Agnieszki Krystian złożył pozew o rozwód. Stwierdził, że ta cała sytuacja go męczy. I jeszcze te ciągłe pretensje, że nie daje na utrzymanie syna. A skąd ma wziąć, skoro nie pracuje? Po rozprawie rozwodowej Krystian całkiem się zmienił. Co ona tam nagadała w tym sądzie, że jest taki przybity?

– Nie przejmuj się – starałam się go pocieszyć. – Ona to wszystko mówiła, żeby rozwód był z twojej winy i jak największe alimenty dla niej.

– Jak ty nic nie rozumiesz – popatrzył na mnie z wyrzutem. – Ona miała rację. To ja zawaliłem, bo pozwoliłem ci wtrącać się w nasze życie. Trzeba było zostać w tej kawalerce, to może by do tego wszystkiego nie doszło – mówił całkiem zrezygnowany.

– Zawsze mówiłam, że zasługujesz na coś lepszego – oponowałam.

– Gdybyś nie wychowała mnie na takiego maminsynka, byłbym lepszym mężem i ojcem – wylewał na mnie swoje żale.

Nie rozumiem, dlaczego obwinia mnie o rozpad swojego małżeństwa.

Ja przecież chciałam dla niego jak najlepiej

Wczoraj powiedział, że się wyprowadza, bo chce wreszcie zacząć życie na własny rachunek. Pewnie to ona go buntuje. Może ma nadzieję, że jeszcze do niej wróci? Kiedy go wprost zapytałam, nawet nie zaprzeczył.

Czułam się tak, jakby wbił nóż w moje serce. Zawsze robiłam wszystko, żeby go chronić. Najpierw przed ojcem, który ciągle miał pretensje, że za bardzo rozpieszczam syna. Potem przed tą jego niewydarzoną żoną, która myślała, że zrobi sobie z niego służącego. A on teraz śmie mi zarzucać, że jestem odpowiedzialna za jego nieudane życie. Nie rozumiem. Przecież ja zawsze chciałam dobrze.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->