Dzieci wyrosły, rozjechały się, a ja z mężem zostaliśmy sami w domu. I pewnego dnia przyszedł do domu i powiedział, że zamierza się ze mną rozwieść. Najpierw pomyślałam, że żartuje – no, jaka rozwód w wieku 60 lat. Ale miesiąc później mąż przyprowadził swoją nową miłość do mojego domu. Na początku dużo płakałam, a potem zdecydowałam, że to mój szansa na rozpoczęcie nowego życia

Całe życie nie przeżyłam z nim, ale cierpiałam, nawet nie ma o czym wspominać. A potem znalazł sobie kogoś innego i odszedł ode mnie.

Szkoda tylko, że taki “prezent” zrobił mi dopiero po 60-tce.

Żyliśmy na wsi, a tu takie niepisane prawa, że niezależnie od tego, jaki jest mąż, trzeba znosić.

Pił, robił co chciał. A my dwoje dzieci, praca – miałam nadzieję, że się zmieni, i że nawet na starość będę miała męża! Trzymałam autorytet rodziny, wszystko zrównoważałam, nikomu nic nie opowiadałam…

Dzieci wyrosły, rozjechały się, a my zostaliśmy we dwoje w domu.

I oto pewnego dnia przyszedł do domu i powiedział, że zamierza się ze mną rozwieść.

Najpierw pomyślałam, że żartuje. No, jaki rozwód w 60 lat?

Ale mąż nawet nie myślał o żartach, rozwiodł się ze mną szybko i wprowadził swoją nową miłość do naszego domu.

Po rozwodzie podzieliliśmy dom na pół, teraz muszę ich widzieć codziennie i patrzeć na to wszystko. A jest na co patrzeć!

Teraz mój były mąż żyje jak w romantycznym filmie: rano piją razem z jego miłością, wieczorem się kłócą. On ją już 10 razy wyrzucał, a potem znów przyjmował.

Mieszkamy w jednym budynku, z różnymi wejściami. Nawet zrobiłam wysoki płot, żeby ich mniej widzieć.

Do roku było ciężko, żaliłam się na siebie, płakałam, ale teraz wydaje mi się, że jeszcze nigdy tak dobrze nie żyłam, nie wyobrażam sobie, że znów mogłabym zależeć od kogoś.

Dobrze byłoby czasem w weekend gdzieś wyjechać, odpocząć, czasem posiedzieć w restauracji, potańczyć, ale nie z żonatym, to dla mnie tabu!

Złapałam się na myśli, że teraz wreszcie jestem szczęśliwa. Wszystko jest do życia, dzieci zdrowe, wnuki, wszyscy mieszkają blisko.

Rocznie jeżdżę do sanatorium, nad morze, a on siedzi ze swoją królową, skąpi i na nią wydaje.

Najpierw zajęłam się ogrodem, lubię naturalne, bez chemii. Absolutnie wszystko sama uprawiam – od ziemniaków do pomidorów odmianowych.

W ogrodzie mam krzewy malin, porzeczek, agrestu, nawet rośnie brzoskwinia, są drzewa owocowe, w tunelu warzywa, a potem myślę – przecież tego wszystkiego nie zjem!

Ale dzieci pomagają. A dla mnie większej radości nie ma, gdy wnuki biegną do mnie, żeby skosztować malin czy porzeczek.

Gdy jest mi smutno, idę wśród ludzi, z nimi zawsze lepiej. Zajęłam się także biznesem dla duszy, więc i trochę pieniędzy się pojawiło.

Zarejestrowałam się w mediach społecznościowych, wrzucam swoje zdjęcia, żeby ludzie widzieli, że jestem, żyję i cieszę się życiem!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->