„Od 45 lat jestem na gospodarce z rodzicami alkoholikami. Utknęłam tu, a rodzeństwo wyniosło się i zostawiło mnie z nimi”

„Wiedziałam, że muszę tu zostać i opiekować się rodzicami. To jest mój dom. Trochę dziwny, ale w pewnym sensie wychowałam się w wypaczonej normalności. To, co innych przerażało albo brzydziło, dla mnie było chlebem powszednim. Innego życia nie znałam”.

Jeszcze kilka lat temu uważałam, że dobrze robię, poświęcając cały swój czas chorym rodzicom, którzy beze mnie nie daliby sobie rady. Najpierw mama, potem ojciec. Rodzeństwo, zamiast pomóc, patrzyło na mnie jak na idiotkę. W kółko powtarzali, żebym „wreszcie puknęła się w głowę, zostawiła tych alkoholików i zajęła się sobą”.

Wtedy jeszcze był na to czas. Mogłam zdobyć zawód, znaleźć pracę. Dziś na to za późno. Za późno, żeby zadbać o siebie, pomyśleć o przyszłości. Zdrowie mi jeszcze dopisuje, ale strach pomyśleć, co będzie, gdy…

Odpędzam od siebie te myśli, tylko czasem zapisuję najważniejsze w zeszycie. Mam takich kilka schowanych pod materacem, żeby ojciec ich nie znalazł i nie spalił. Stał się złośliwy, ale radzę sobie z nim, jestem przyzwyczajona.

Teraz już się go nie boję: zrobił się stary i nieporadny, wódka całkiem zniszczyła mu wątrobę, jest całkowicie zależny ode mnie i chyba to rozumie. Odkąd umarła mama, stał się bardziej pokorny. Pewnie się boi, że on będzie następny. 

Jestem najstarsza z rodzeństwa. Nasza rodzina tylko na początku była normalna, potem zniszczyła ją wódka. Ojciec pił, odkąd pamiętam. Normalka w naszej wsi. Można było się przytulić do mamy, kiedy wracał do chałupy, wydzierał się na nas i przewracał krzesła. Strach towarzyszył mi od urodzenia, ale nie taki, który skłania do ucieczki.

Wiedziałam, że muszę tu zostać, bo to jest mój dom. Trochę dziwny, ale innego nie znałam, w pewnym sensie wychowałam się w wypaczonej normalności. To, co innych przerażało albo brzydziło, dla mnie było chlebem powszednim. Innego życia nie znałam.

Choroba na chwilę jakby przywróciła nam mamę

Nie zawsze było źle. Ojciec nie pił, kiedy robił w polu. Zagadywał do nas, dzieci; rozśmieszał. Kochałam go w takich chwilach. Był dobrym gospodarzem i dbał o rodzinę, jak potrafił. Zmieniał się, kiedy wypił.

A potrzebował wódki coraz częściej. We wsi nie był wyjątkiem, więc nikt się ni dziwił ani nie próbował przemówić mu do rozumu. Wiadomo, chłop musi się zabawić z kolegami. Pamiętam, jak nasłuchiwałam wieczorami, czy wraca. Powinnam była już dawno spać, ale nie mogłam się rozgrzać.

Ręce i stopy miałam zimne, bolał mnie brzuch. Czekałam. Po krokach próbowałam rozpoznać, w jakiej jest formie. Wolałam, gdy był bardzo pijany, bo wtedy walił się spać i nie krzyczał na mamę. Bałam się o nią, chociaż wiedziałam, że ona ma swoje sposoby na ojca. Czasem udawało jej się usiąść razem z nim przy stole i wypić kieliszek, dwa. To wprawiało go w dobry humor, ale dla niej szybko okazało się zgubne.

Mama też zaczęła popijać. Zanim skończyłam 12 lat, skończyło się przytulanie do jedynej osoby, która dawała odrobinę poczucia bezpieczeństwa. Rodzice często pili razem, wrzeszcząc na siebie, ile wlezie.

Kłócili się nieprzerwanie, ale widać znajdowali w tych biesiadach coś, co im odpowiadało, bo rzadko wpuszczali do domu kumpli od kieliszka. Na szczęście dla mnie i rodzeństwa, bo nie wiem, jak zdołalibyśmy się ochronić przed zamroczonymi typami.

Siostra i brat przemykali się po ciemku do mojego łóżka i tak drzemaliśmy razem, nasłuchując odgłosów z kuchni, w której siedzieli nasi rodzice. Muszę przyznać, że ani ojciec, ani matka nie bili nas po pijanemu. Co to – to nie.

Owszem, mnie zdarzyło się oberwać, bo jako najstarsza miałam w gospodarstwie obowiązki, z których nie zawsze się wywiązywałam. Czasem dostawałam też wciry za młodszych. Matkowałam im trochę, bo jak się nie ulitować nad takim drobiazgiem…

Złościło mnie, że jest koło nich tyle roboty, na mnie spadało pilnowanie rodzeństwa i obcieranie zasmarkanych nosów, ale potem jakoś się przyzwyczaiłam i poczułam odpowiedzialna. Kiedy człowiek kogoś wychowuje, to i pokocha, choćby z urodzenia miłości nie było.

Kiedy mama zachorowała, wstyd powiedzieć, poczułam ulgę. Polegiwała w dzień, czego wcześniej nigdy nie robiła, i mniej piła, bo bolał ją brzuch. W domu zrobiło się spokojniej.
Ojciec znikał czasem na całe dnie, a ja rządziłam wtedy całym domem.

„Moja pomocnica” – mówiła mama i głaskała mnie po twarzy, kiedy się nad nią nachylałam. Zauważyłam, że moi rodzice stawali się mili, kiedy coś im dolegało. Mimo to czułam się wyróżniona. Mama widziała, że się staram i dom funkcjonuje najlepiej, jak się dało w tych warunkach. Dzieci nie chodziły głodne, ubrania były wyprane, inwentarz nakarmiony.

Nie pamiętam, komu udało się namówić mamę na wizytę u lekarza. Kiedy wreszcie zrobiono jej badania, było za późno na cokolwiek. Przerzuty zaatakowały organy wewnętrzne. Jeździłam do szpitala raz w tygodniu, bo bilety były drogie, no i ktoś musiał pilnować gospodarki.

Na ojca raz mogłam liczyć, raz nie

Pił tak jak przedtem, zostawiając wszystko na mojej głowie. Musiałam doglądać domu i obejścia sama, chociaż dzieci, nie powiem, pomagały, jak tylko potrafiły. Kiedyś przywiozłam mamie ciepłą chustkę, o którą prosiła. Nie miałam pewności, czy wiedziała, co mówi, bo morfina znieczulała ból, oddalając ją od świata.

Cieszyłam się jednak, że czegoś zażądała. Pomyślałam, że to dobry znak, że idzie ku lepszemu. Jak mogłam tak myśleć, skoro widziałam, że pod kołdrą leży cień człowieka? Nie wiem. Nie przychodziło mi do głowy, że mamę zabierze śmierć. Uważałam, że się, biedna, jakoś wykaraska. Ona też tak powtarzała:

– Nie martw się, Lidka, wyjdę stąd. Nie zostawię was przecież. Teraz wszystko będzie inaczej, zobaczysz.

Zmarła kilka dni później. Na pogrzeb przyszła cała wieś, bo u nas taki zwyczaj, żeby swojego odprowadzić w ostatnią drogę. Kobiety przyniosły ciasta i jedzenie, było czym ugościć sąsiadów na stypie.

– Biedne wy, sieroty – ściskali nas kolejno, jakbyśmy już i ojca pochowali.

Trochę tak było. Po śmierci mamy przestał się interesować nami i gospodarstwem. Spodziewałam się, że pójdzie w tango, ale, o dziwo, wtedy pił bardzo umiarkowanie jak na swoje możliwości. Przesiadywał na podwórku pod starą jabłonią, czasem wstawał i wychodził na drogę, ale zaraz wracał, jakby nie wiedział, dokąd i po co ma iść.

Siostra mieszka w mieście, brat wżenił się w hektary

Patrzyłam na niego przez kuchenne okno i widziałam człowieka złamanego. Dopiero teraz można było zauważyć, jak mu brakuje mamy. Musiał ją bardzo kochać. Tylko ja czułam wzruszenie. Rodzeństwo widziało w nim pijaka, który zniszczył im dzieciństwo. Oboje nie zamierzali mieszkać z nim dłużej, niż było konieczne.

Wyfrunęli – albo raczej uciekli z domu po kolei, jak tylko stali się pełnoletni. Mnie też do tego namawiali.

– Chcesz tu zostać? Mało ci jeszcze? Przyjedź do nas, damy sobie radę. Nigdzie nie będzie gorzej niż w domu – powtarzała siostra.

Dobrze im było mówić. Jakże miałam zostawić gospodarkę i ojca, który wymagał opieki? Odkąd pamiętam, czułam się odpowiedzialna za gotowanie, sprzątanie, inwentarz. Ojciec zajmował się polem, ale już widziałam, że i o tym będę musiała sama pomyśleć. On nie wyglądał, jakby miał cokolwiek ogarnąć.

– Jedźcie, skoro was gna – powiedziałam bratu i siostrze. – Ja muszę zostać, przecież jestem ojcu potrzebna.

Zarzucili mi, że robię to z tchórzostwa. Że zasiedziałam się w domu i boję się świata. To siostra takie psychologiczne dyrdymały mi pod nos podsunęła. A ja jej na to, że jak ktoś potrafi położyć spać awanturującego się ojca, to nic innego już mu w życiu niestraszne.

– No właśnie, tylko to potrafisz – wygarnęła mi z pasją. – Nie skończyłaś szkoły, zawodu nie masz. Jak będziesz żyła?

To było tak niesprawiedliwe, że aż mnie zatchnęło. Jak będę żyła? Tak jak dotąd. Nie mam matury, bo musiałam rodzeństwa doglądać, i żeby tylko… Sporo dźwigałam na plecach – nikt nie może mi zarzucić, że darmo chleb jadłam.

Siostra boczyła się na mnie kilka godzin, ale potem pogłaskała mnie po ramieniu. Uściskałyśmy się i popłakałyśmy. I dobrze, bo niedługo potem wyjechała, a nie darowałabym sobie, gdybyśmy rozstały się w gniewie.

Brat zamieszkał kilkadziesiąt kilometrów dalej, wżenił się w duże gospodarstwo. Teść trzyma go żelazną ręką. I znowu – dobrze, przynajmniej nie zejdzie na tatusiową drogę. A ja zostałam sama z ojcem. Dom opustoszał, już nie musiałam doglądać rodzeństwa…

Jak człowiek ma mniej roboty, to dziwne myśli go nachodzą. Zagląda w przeszłość, roztrząsa dawno zapomniane słowa. Długo widziałam siebie jako dzielną dziewczynkę, żyjącą bez oparcia dorosłych, w złym świecie.

W takich chwilach myślałam, że brat i siostra mieli rację, uciekając z domu. Wiedziałam też, że obojętnie jak daleko odejdą, podstępny strach zakorzeniony w dzieciństwie będzie im towarzyszył przez całe życie. Lęk dziecka, które wychowało się samo przy pijanych rodzicach. I wtedy myślałam sobie: może jednak lepiej, że zostałam? Żeby wypełnić obowiązek?

„Czcij ojca swego…” –  mówi przykazanie, które sobie co rusz powtarzam. Przynajmniej nie będę miała sobie nic do zarzucenia. Tylko ten niepokój, który zalągł się niedawno i nie daje mi spać. Co będzie ze mną, kiedy nie będę już miała sił?

 

 

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->