„Brat zrobił dziewczynie dzieciaka i porzucił ją jak zużyty towar. Choć nie miałam na chleb, to ja płaciłam na siostrzenicę”

„Ja pilnowałam płynności w firmie, i nieźle mi to wychodziło, tak jak udawało mi się ukrywać przed ojcem wydatki na wychowanie jego wnuczki (która wtedy miała 10 lat). Cały czas miałam ochotę pazurami zdrapać bratu z twarzy ten drwiący uśmieszek. Ale pomyślałam tylko, że on też kiedyś będzie stary, a karma zawsze wraca”.

Przeżyłam siedem dekad, mam niewielką emeryturę i pokój o wymiarach trzy na trzy metry w domu spokojnej starości. Dziś zaczynam nowy rozdział swojego życia. Jaki będzie? To się dopiero okaże. Zamierzam prowadzić dziennik, w którym nie tylko będę opisywać moją codzienność, ale i przeszłość. Przeszłość, która doprowadziła mnie od przedwojennej willi pełnej antyków do tego obskurnego pokoju z łóżkiem, szafą i rozklekotanym stołem ze sklejki.

Pochodzę z rodziny męskich krawców – moi przodkowie szyli szuby, futra, płaszcze, koszule i garnitury dla tych, którym wiodło się lepiej niż innym. Dziadek Olgierd terminował u krawców na słynnej Savile Row w Londynie, zagłębiu luksusowego krawiectwa. Po wojnie wrócił do Polski. W Warszawie jego kientami byli czerwoni burżuje, pierwsi sekretarze, słynni aktorzy. U mojego taty, zdolnego ucznia ojca mistrza, ubierali się ci, którzy dorobili się na „szczękach”, i ci, co zakładali wielkie przedsiębiorstwa.

Ja nigdy nie miałam smykałki do krawiectwa. Kochałam liczby. Tata więc uznał, że rodzinne przedsiębiorstwo będę prowadzić z bratem – Jacek będzie kierował biurem projektowym i szwalnią, ja natomiast będę trzymać pieczę nad finansami.

– Pamiętaj, Marleno – mówił tata – podstawą dobrego życia jest zabezpieczenie materialne. Gdy finanse są zdrowe, zachowana jest płynność, wtedy rodzina i zakład poradzą sobie ze wszystkim. Pilnuj płynności.

Płynność finansowa była świętością

Oznaczało to, że oszczędzaliśmy. Minimum inwestycji, minimum prywatnych wydatków. Moi koledzy ze szkoły dziwili się, że ja, córka bogatego i znanego krawca – który ma trzy duże zakłady, szwalnię oraz wytwórnię tkanin – muszę dorabiać sobie na wakacje, na rower, na własne zachcianki. Że brat od dziecka pracuje w szwalni, ucząc się zawodu, i pobierając za to minimalną płacę. Że moja matka musi sama prowadzić dom, choć o wiele mniej zamożni opłacają sobie gosposie czy choćby panie do sprzątania.

Moja matka… Cicha, potulna kobiecina, ktoś z zewnątrz z łatwością mógłby pomylić ją z gosposią. A przecież kiedyś była tak piękną kobietą, że tata wziął ją w jednej koszuli, jak lubił wspominać. Dziadek Olgierd, który najpierw był przeciwny temu, by tata żenił się z biedotą, gdy zobaczył mamę, po prostu skinął głową. Zrozumiał, że jego syn nie ma wyjścia.

Po trzydziestu latach małżeństwa i pracy, urodzeniu i wychowaniu piątki dzieci, mama była cieniem dawnej piękności. Miałam 23 lata, kiedy zachorowała. Nie powiem – tata wezwał najlepszych lekarzy, fundował najlepsze, czyli najdroższe badania. Wtedy zrozumiałam, że wciąż ją kochał. Tylko dlaczego ja nigdy tego nie zauważyłam? A widziałam łzy mamy, ból w jej oczach, zmęczenie życiem. Wtedy pomyślałam, że miłość nie zawsze jest lekiem na całe zło; nie zawsze jest potężniejsza od chciwości, lęku czy twardych, wpojonych nam zasad. A przede wszystkim dotarło do mnie – że miłość nie jest silniejsza od pieniędzy.

Siedziałam przy mamie, kiedy umierała. Była trzecia nad ranem, przysypiałam, kiedy poczułam, jak chwyta mnie za rękę. Spojrzałam na nią – jej oczy płonęły dziwnym blaskiem.

– Mara… – wyszeptała. – Kiedy poznałam twojego tatę, byłam zaręczona. Kochałam. Ale Franek był biedny. A Tadeusz bogaty. Syn słynnego krawca. Oślepiła mnie wizja zostania wielką panią, w diamentach i futrach – zaśmiała się chrapliwie, z ironią. – Odrzuciłam miłość, bo nie chciałam pracować jako służąca u obcych, choć mama mówiła, że takie jest przeznaczenie naszej rodziny. Służyć innym… Ja chciałam udowodnić jej, że nie ma racji. Ale los nie dał się oszukać. Byłam służącą, tylko że we własnej rodzinie. Nie uciekniesz przeznaczeniu.

– Mamusiu, mamo… – czułam, jak łzy spływają mi po twarzy.

Kochałam ją i bolało mnie serce. Wiem, że byłam jej ulubionym dzieckiem. Jedyną córką.

– Obiecaj mi, że będziesz na świat patrzeć sercem. Tak jak cię uczyłam. Tylko świat serca ma jakąkolwiek wartość – wyszeptała. Umarła, zanim zdążyłam wypowiedzieć obietnicę. Zostałam sama.

20 maja: Dzisiaj na obiad znów były klopsy w jakimś szaroburym sosie, ponoć pieczarkowym. Zaczynam się zastanawiać, czy nie zaproponować tutejszym kucharkom pomocy. Najwyraźniej nie radzą sobie ze smakami. Może dlatego, że wszystkie palą jak kominy? Jednak moja sąsiadka z pokoju obok, pani Jadzia, poradziła mi szeptem, żebym ich nie drażniła, bo zaczną nam pluć do zupy.

W ogóle w tym DPS-ie panuje jakieś dziwne przekonanie, że jak zacznie się walczyć o swoje prawa, to natychmiast spadną na nas plagi egipskie. Jednak z doświadczenia wiem, że jeśli siedzisz cicho i nie narzekasz, to powoli wszyscy „wejdą ci na głowę i ją obsrają”, jak mówił mój ojciec. Pamiętam ten dzień, kiedy powiedział to mojemu najstarszemu bratu, gdy miał przejąć firmę.

– Jacek, pamiętaj, zapłacisz jej raz, a potem będziesz musiał płacić ciągle. Nie pozwalaj wchodzić sobie na głowę, bo ci ją obsrają.

Siedziałam w kącie pokoju, zapomniana, i słuchałam, jak dwaj faceci chcą wyrolować kobietę. Jacek uwiódł dziewczynę, zrobił jej dziecko, a gdy ona poprosiła go o pieniądze, taką właśnie dostał radę od ojca. Odnalazłam tę dziewczynę. Była ekspedientką w sklepie z butami; śliczna i naiwna, romantyczna do bólu. Wynajmowała pokój z koleżanką i nie miała grosza. Mój brat kupował buty, kiedy wpadła mu w oko. Uwodził ją pół roku, zanim mu uwierzyła, że się zakochał i nie chce tylko jednego, ale ją całą. Na zawsze. Więc oddała mu się z całą miłością młodego serca.

Przez cztery miesiące czuła się jak królewna na progu nowego, lepszego życia. Aż zaszła. A gdy powiedziała ukochanemu o tym szczęśliwym fakcie, on odparł suchym tonem:

– Nie moja broszka. To pewnie nie moje.

– Ale, Jacusiu, ja byłam dziewicą… Jesteś pierwszy – zaklinała.

– Trzeba się było nie puszczać. Mama nie mówiła, żebyś pilnowała wianka?

I zniknął z jej życia.

Pomogłam wtedy tej dziewczynie

Podburzona przez współlokatorkę, poszła do niego, prosząc o pieniądze. Odmówił.
Opowiedziała mi to z martwą twarzą, jak automat. Nie wyobrażam sobie, jak wiele bólu musiała znosić.

– Czy chciałabyś urodzić i wychować to dziecko? – spytałam.

– Tak – odparła po chwili. – Oddałabym za tę możliwość pół swojego życia. Ale nie mam jak. Mogę co najwyżej urodzić i oddać do domu dziecka. Ale ja się tam wychowałam. Nie mogłabym, nie…

W tajemnicy przed ojcem i bratem dawałam Elżbiecie pieniądze – na życie, na lekarzy, potem na mieszkanie, na dziecko. Ela skończyła szkołę gastronomiczną i pracowała jako kucharka, mała Ania chodziła do szkoły, opłacałam jej lekcje rysunku. Czasami się widywałyśmy, traktowałam tę dziewczynkę jak własną córkę, której pozbawił mnie los i nowotwór jajników. Elżbieta umarła, gdy Ania miała 16 lat. Zupełnie jakby Bóg usłyszał jej słowa, i naprawdę zabrał jej pół życia jako zapłatę za dziecko…

Moja bratanica była inteligentna, zdolna. Uznałam, że w naszym kraju jej talent się zmarnuje, więc wysłałam ją do Anglii, do prywatnej szkoły dla utalentowanych artystycznie dzieci. Gdy miała 20 lat, spotkałyśmy się na obiedzie w Londynie. Miała wyjść za mąż za studenta medycyny i wyjechać z nim potem do Kanady. Nie chciała już ode mnie pieniędzy. W podziękowaniu dostałam od niej niezwykłą pracę – ni to obraz, ni to fotografię „Samotna kobieta w burzy”. Miałam wrażenie, że to alegoria losu wszystkich kobiet. Ten obraz to jedyne, co mi pozostało z dawnego życia. Jest cenniejszy niż wszystko, co kiedykolwiek miałam.

Nigdy więcej Ani już nie widziałam. Zresztą nie zabiegałam o spotkania, bo moje życie zaczęło walić się w gruzy. 30 maja: Po raz pierwszy pokłóciłam się z kierownikiem DPS-u. Nieważne, że ten dom starców jest państwowy, że większość pieniędzy dopłaca gmina. Istnieje coś takiego jak statut, wykaz zajęć dla pensjonariuszy, obowiązków obsługi itp. A w tym domu my, starzy, nie mieliśmy żadnych praw.

Potrzebowałam ćwiczeń rehabilitacyjnych – mam sztuczne biodro – a rehabilitantka była zatrudniona tylko na papierze. Mogłabym sama poćwiczyć – bo jest tu sala ze sprzętem, ale zamknięta, niedostępna. No i od tygodnia nie było ciepłej wody. Dowiedziałam się też, że dostajemy 2/3 należnych nam porcji jedzenia, bo kucharki resztę wynoszą… Nasłuchałam się też takich opowieści od pani Jadzi, że i niektóre horrory są mniej straszne. A że nie jestem osobą, która siedzi cicho, bojąc się, że chociaż jest źle, to zawsze może być gorzej, natychmiast poszłam do kierownika i zażądałam tego, co mi się należy.

– Jak się pani nie podoba, to proszę sobie znaleźć inny dom – odparł. – Polecam prywatne, 4 tysiące miesięcznie. Z wszelkimi bajerami.

Miałam ochotę pazurami zdrapać mu z twarzy ten drwiący uśmieszek. Ale pomyślałam tylko, że on też kiedyś będzie stary, a karma jest suką, która zawsze spłaca długi. Odczułam to trzydzieści lat wcześniej. Byłam już rozwódką, bo mąż uznał, że kobieta niemogąca mu dać dzieci, tylko zajmuje miejsce w łóżku. Mała strata. Był facetem narajonym mi przez ojca. Wydawało mi się, że jestem zakochana, ale to była tylko chwilowa fascynacja erotyczna.

Zostałam sama z tym wszystkim

Pamiętam, że wtedy był wrzesień. Firma prosperowała dobrze, chociaż ojciec narzekał, że nie rozwijamy się tak szybko, jakby chciał. Żałował nawet, że interes przekazał Jackowi; brat okazał się dobrym krawcem, ale marnym menedżerem. Wolałby zatrudnić Pawła, młodszego syna, lecz ten robił karierę w niemieckim przemyśle i nie chciał słyszeć o małej firemce ojca. Pozostali dwaj bracia nie nadawali się – jeden był zawodowym żołnierzem, a drugi dostał religijnego omamu i od lat siedział w klasztorze o zaostrzonym rygorze. Uważam, że Jurek to przypadek nieuleczalnego lenia. Ale to moje zdanie.

Ja pilnowałam płynności w firmie, i nieźle mi to wychodziło, tak jak udawało mi się ukrywać przed ojcem wydatki na wychowanie jego wnuczki (która wtedy miała 10 lat). Tamtego wrześniowego wieczoru dostałam telefon, że ojciec jest w szpitalu na ostrym dyżurze. Pojechałam tam z Jackiem. Okazało się, że dostał ataku serca, gdy… zabawiał się z kochanką. Wkrótce wyszło na jaw, że od lat tata jest stałym bywalcem nocnych klubów z kobiecą obsługą. I miał tam opinię dusigrosza, który chciał jak najwięcej (a życzenia miał spore) za jak najmniejsze pieniądze. Gdy spotkałam właściciela klubu, okazało się, że od stóp do głów ubrany był w luksusowe rzeczy z pracowni ojca. No tak, barter. Cały ojciec.

Kilka miesięcy po śmierci starego Jacek dostał świra. Jakby wreszcie opadły z niego łańcuchy, którymi ojciec oplatał go przez całe życie. Wyprowadził się z domu, zostawiając go niekochanej żonie i dwóm synom, i postanowił wreszcie zacząć „żyć”.

– Potrzebuję pieniędzy – powiedział. – I nie mów mi o płynności, bo cię uduszę. Mam w dupie firmę. Chcę kasy.

– I co z nimi zrobisz? – spytałam.

– Chcę podróżować. Kupię jeepa, namiot i pojadę prosto do Chin. Moje marzenia nie mają nic wspólnego z igłami i nićmi. Przecież wiesz.

– To trzeba było postawić się ojcu – powiedziałam. – Teraz masz żonę i dzieci, na które musisz zarabiać…

– Teraz już nic nie muszę – warknął.

I nagle do mnie dotarło, że ukochany syn taty, jego następca, krawiec, nienawidził go – ale i się go bał. Zostałam sama z firmą. Próbowałam sobie poradzić, ale to zakład krawiecki, bez utalentowanego krawca z nazwiskiem firma była niewiele warta, i wkrótce rynek to udowodnił. Żona Jacka próbowała namówić go, by wracał, ale zanim zdążyła go przekonać, Jacek zginął w Uzbekistanie. Nie wiemy jak.

Pożar strawił całe moje życie…

Firma straciła płynność finansową. Powoli zawężałam działalność, próbując ratować się różnymi zabiegami, ale to nic nie dawało. Zwłaszcza że w grę weszły testamenty – ojca, potem Jacka. Nie miejsce tu, by opisywać prawne bitwy, jakie toczyłam, by uratować całość firmy. Przegrałam. Musiałam oddać większość żonie Jacka i moim pozostałym braciom – nawet szalony mnich się pojawił i zabrał, co jego.

Zostałam z jednym zakładem – tym najstarszym. Wyszłam za mąż za krawca, który pracował w firmie ojca. Był jedynym człowiekiem, który stał za mną murem przez te wszystkie lata walki. I który wreszcie pewnego wieczoru – gdy opijałam na ponuro utratę firmy – wyznał, że od lat się we mnie kochał.

Kiedy za niego wychodziłam, nie kochałam go. Po prostu byłam samotna i… bałam się, że i on odejdzie. A ja miałam na utrzymaniu Anię, pomagałam także kilku emerytowanym krawcom z firmy, którzy po odejściu dostawali głodowe emerytury (ojciec nie płacił oficjalnie zbyt wiele).

Żyliśmy razem piętnaście lat, a ja nauczyłam się kochać Antoniego. Więc kiedy pewnego dnia po prostu się nie obudził, poczułam się tak, jakby zabrał ze sobą moją duszę z całą energią życiową, jaka mi jeszcze pozostała.

Zostałam sama. Sama w wielkim domu, którego już nie miałam za co utrzymywać. Na szczęście Ania była już na swoim, a emeryci się wykruszyli jeden po drugim. Postanowiłam sprzedać dom. Tu każdy przedmiot wywoływał wspomnienia i większość nie była przyjemna. Nie czułam żadnego sentymentu. To był tylko budynek, to były tylko rzeczy – to, co najważniejsze – ludzie – już odeszli. A ja tylko czekałam, by do nich dołączyć.

Nie wiem, jak to się stało, że pewnej nocy obudziły mnie krzyki ludzi biegających po domu. Palił się. Jakiś strażak wpadł do sypialni i wyciągnął mnie na zewnątrz. Stałam i patrzyłam, jak wszystko, cały mój majątek idzie z dymem – płonęła nie tylko moja przeszłość, ale i przyszłość. Z oszczędności nie odnowiłam ubezpieczenia…

Tylko serce ma wartość

Wkrótce musiałam sprzedać ziemię, by spłacić długi, musiałam też sprzedać zakład. Pozostała mi tylko niewielka emerytura i opieka społeczna. Obraz Ani wisiał w zakładzie krawieckim, więc się nie spalił. Wieszając go na ścianie w moim nowym domu, poczułam się prawie szczęśliwa.

15 czerwca: Tego dnia obudziłam się przeziębiona. Nie lubię chorować, zwłaszcza kiedy wiem, że opieka będzie mniej niż zadowalająca. Ale cóż zrobić. Koło południa, gdy łykałam polopirynę, ktoś zapukał do drzwi. Zawołałam, że otwarte. W drzwiach stanęła jakaś obca kobieta koło czterdziestki. Elegancka, zadbana – i jakoś dziwnie znajoma.

– Kogoś pani szuka? – spytałam, otulając się kołdrą, i zakaszlałam.

– Tak, szukam swojej cioci – odparła kobieta, podeszła do mnie i nagle przytuliła mnie mocno. – Powinnam się na ciebie pogniewać, że nie dałaś mi znaku życia. Że nie powiedziałaś, jak  bardzo ci źle! – powiedziała ze łzami w oczach. – Ale teraz już wszystko będzie dobrze. Teraz wreszcie będę mogła podziękować ci za całe moje życie. Za to, że w ogóle żyję.

To wydarzyło się trzy lata temu. Mieszkam teraz w pięknym domu z ogrodem w Austrii, gdzie mam własny pokój i małą kuchenkę, gdybym sobie chciała sama gotować. Uwielbiam Anię i jej rodzinę. I codziennie w duszy rozmawiam z moją mamą, która miała rację, mówiąc mi, że tylko świat serca ma wartość. 

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->