„Janek pił i źle mnie traktował. Uciekłam do Włoch, poznałam kochanka i dowiedziałam się, że mąż miał poważny wypadek”

„Zaszłam w ciążę od razu, gdy się poznaliśmy. Teściowie mną pogardzali, a Janek powtarzał, że nadaję się tylko do dojenia krów. Całe życie mnie upokarzał. Zmienił się dopiero wtedy, gdy omal nie zginął w wypadku… Dałam mu drugą szansę…”.

Janka poznałam na zabawie w remizie. Chłopak z miasta przyjechał do dziadków na wakacje. Niejedna marzyła, żeby ten przystojniak zwrócił na nią uwagę. A on zaszczycił mnie… Przetańczyliśmy cały wieczór, a potem wybraliśmy się na romantyczny spacer do lasu. Tam odurzona niewiarygodnym szczęściem i wybuchającym uczuciem, stałam się kobietą.

Na drugi dzień Janek wyjechał, a ja po dwóch miesiącach zorientowałam się, że zostawił po sobie pamiątkę. Byłam w ciąży. Bardzo się wtedy ucieszyłam, bo myślałam, że będę miała Janka znów obok siebie. Na całe życie! Będziemy razem wychowywać nasze dziecko…

Płomienne uczucie zaowocowało szybką ciążą

Ale ojciec nie podzielał mojego entuzjazmu. Od razu pobiegł do dziadków mojego ukochanego, a oni jako ludzie honorowi, postawili sobie za cel doprowadzić do naszego ślubu. Z tego, co się później dowiedziałam, mój wyśniony królewicz wypierał się  kontaktów ze mną, a jego rodzice mu w tym wiernie wtórowali.

– Nasz syn z nią?! Taką prostą dziewuchą ze wsi? On ma takie koleżanki, że na taką to by nawet nie spojrzał!

Do ślubu jednak doszło, głównie dzięki dziadkom Janka. Zamieszkałam w Poznaniu, w wielkim domu moich teściów, wraz z ich wypieszczonym jedynakiem. Od początku czułam się odrzucona. Na każdym kroku byłam utwierdzana w tym, że jestem nikim, że zmarnowałam życie i prawdopodobną karierę Jankowi. Popłakiwałam po kątach, ale na pocieszenie ze strony męża, też nie mogłam liczyć.

– Czego ryczysz? Sama tego chciałaś. Ciesz się, że się z tobą ożeniłem, z wiochy wyrwałem, bo do końca życia byś krowy doiła. Właściwie to tylko do tego się nadajesz! – zaśmiewał się z dowcipu.

Wyjechałam do Włoch, aby uciec od męża – tyrana

Kiedy urodziłam bliźniaki, Monikę i Marka, nie było lepiej. Gdyby nie dzieci, uciekłabym stamtąd choćby na ulicę. Dzięki temu, że skończyłam zawodówkę odzieżową, mogłam dorobić parę groszy do tego, co łaskawie dawał mi mąż. Janek zaczął popijać. Zaczęły się również awantury: kłótnie o dzieci, rzekomy bałagan i o to, że zupa była za słona…

Bywały jednak chwile, kiedy był miły. Wtedy, gdy poznawał kolejną kochankę. W takich warunkach dorastały nasze dzieci. Pomimo tego dobrze się uczyli. Po zdaniu matury Marek wyjechał na studia do Warszawy. Monisia chcąc zarobić na dalszą edukację, wyjechała na wakacje do Włoch. Tam znalazła pracę jako opiekunka do dziecka. Po kilku tygodniach zadzwoniła do mnie.

– Mamo, przyjeżdżaj do mnie! Znalazłam ci pracę. Potrzebują opieki dla starszego pana. Praca jest dobrze płatna!

Po długich przemyśleniach i kolejnej awanturze z pijanym mężem, postanowiłam wyjechać do Włoch. Zamieszkałam w małym domku na przedmieściach Rzymu. Tak jak Monika zapowiadała, zajmowałam się nieco starszym ode mnie panem, który po śmierci żony, wymagał całodziennej opieki. Byłam jego pielęgniarką, kucharką, sprzątaczką, a z czasem i kompanem do rozmów; bo okazało się, że języka włoskiego uczyłam się nadzwyczaj szybko. Roberto był dziennikarzem, choroba sprawiła, że musiał swój zawód wykonywać w domu. Pisał felietony, komentarze, a ja byłam pierwszym recenzentem jego prac.

U boku innego mężczyzny poczułam się szczęśliwa

Polubiłam moje nowe zajęcie i to miejsce. Odżyłam, stałam się weselsza, a przede wszystkim czułam się szanowana, potrzebna i doceniana.

– Od kiedy Cię poznałem, Mario, znowu czuję, że życie jeszcze może mieć sens! – wyznał mi Roberto.

Pierwszy raz od lat byłam szczęśliwa. Czas płynął jak szalony. Córka wróciła do Polski i… nagle telefon od teściowej. „Marysiu, wracaj! Janek miał wypadek. Potrzebujemy cię w domu”.

Bardzo przejęłam się tą informacją. Wiedziałam, że sytuacja musi być poważna, skoro sama teściowa zadzwoniła do mnie i jeszcze tak grzecznie się do mnie zwracała.
– Wracam! – zadecydowałam spontanicznie.
Roberto był niepocieszony.
– Boję się, że nie wrócisz, Mario – przyznał. – Zostań moją żoną. Zaczniemy wspólne życie!

– Muszę wracać! – powtórzyłam. – Janek jest chory, a ja nadal jestem jego żoną. Jest mi z Tobą bardzo dobrze, ale jeśli on potrzebuje mojej pomocy, muszę to zrobić. Potrzebuję też czasu, by przemyśleć Twoją propozycję. To nie jest takie proste, jak myślisz – szepnęłam.

Po powrocie do Polski okazało się, że mąż jest częściowo sparaliżowany. Zmienił się bardzo, schudł, miał kłopoty z mówieniem i podstawowymi czynnościami. Zajęłam się nim najlepiej, jak umiałam, pomimo że przed wypadkiem nie zasługiwał na taką pomoc.

O dziwo, sytuacja w domu zaczęła się powoli zmieniać. Teściowie zwracali się do mnie z szacunkiem. Janek poddany intensywnej rehabilitacji, powoli wracał do zdrowia. Od nowa uczył się mówić, poruszać i… żyć. Miałam wrażenie, jakby mój mąż narodził się na nowo, jako zupełnie inny człowiek.

– Co ja bym bez Ciebie zrobił, Marysiu! Jesteś moim dobrym duchem, zawsze byłaś… tyle, że ja nie potrafiłem tego docenić – powiedział kiedyś. – Przepraszam Cię, obiecuję Ci, że nadrobimy wszystkie tamte lata…

Janek całkowicie się zmienił. Jest miły i czuły

Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie bardzo wierzyłam w przemianę męża. Poza tym tęskniłam za Roberto, który często dzwonił i zachęcał do powrotu. Mówił, że brakuje mu mnie i nie radzi sobie w domu. Zaproponowałam więc, że podeślę mu do pomocy moją kuzynkę.

– Dobrze, ale tylko na kilka miesięcy! Potem czekam na ciebie, Mario!
Teresa wkrótce wyjechała. Początkowo często dzwoniła, z pytaniami dotyczącymi opieki nad Roberto. Z czasem telefony były coraz rzadsze, zarówno od niej, jak i od Roberto…

A moje życie z mężem nabrało nowego wymiaru. 
– Maryniu, masz ochotę wpaść do Warszawy, odwiedzimy Marka, a potem może na kilka  dni nad morze? Odpoczniesz sobie trochę… – zaproponował.

Wiele się zmieniło w naszym życiu

Zmarł teść, Marek zrobił z nas dziadków, a Monika dumnych rodziców pani doktor. Janek jest wspaniałym mężem, ojcem i ukochanym dziaduniem. Dziękuję losowi, że dał nam jeszcze jedną szansę.

O Roberto z czasem zapomniałam. Niedawno jedna z ciotek poinformowała mnie, że Teresa nareszcie wraca z Włoch. Wcześniej planowała wspólną przyszłość z Roberto, który podobno był oczarowany jej osobą. Po jakimś czasie jednak zakochany Włoch zamienił się w zrzędliwego, złośliwego i czasami nawet brutalnego typa, z którym wspólne życie nie było możliwe… A ja? Dokonałam dobrego wyboru!

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->