„Byłem samotnym ojcem i kobiety rzucały się na mnie jak na świeże mięso. Wolałem być sam, niż być z kimś na siłę”

„Lilka wróciła z badań. Ola z sali operacyjnej już nie. Zostałem sam z noworodkiem. Boże, to miało wyglądać zupełnie inaczej! Chciałem umrzeć razem z miłością mojego życia, ale… Co wtedy stałoby się z Lilką? Straciłaby oboje rodziców”.

Kiedy brałem ślub, myślałem, że to już na zawsze. Po grób. Oboje byliśmy bardzo młodzi i zakochani po uszy. Nie wierzyliśmy, że cokolwiek może nas rozdzielić. Nasz ślub był skromniutki, ale nie chcieliśmy czekać, aż uzbieramy kupę kasy, by przepuścić ją w jeden dzień. Chcieliśmy nałożyć obrączki i rozpocząć wspólne życie. Więc było oszczędnie, w małym gronie, za to wszyscy byli wzruszeni prostą ceremonią, a obiad, który przygotowaliśmy wraz z naszymi rodzicami, smakował lepiej niż niejedna uczta w restauracji.

Trzy lata później czekaliśmy na narodziny naszej córki. Lilianka miała przyjść na świat lada moment. Denerwowaliśmy się, wiadomo, ale też dużo żartowaliśmy. Widziałem, że Ola cierpi, zmagając się ze skurczami, a ja cierpiałem, bo nie mogłem jej pomóc. Mimo to robiłem, co mogłem, by ją pocieszyć, rozśmieszyć. A potem nagle maszyny, do których była podłączona, zaczęły piszczeć i pikać. Zaaferowany lekarz i położne biegali wokół Oli, a mnie wyproszono z sali.

Po chwili wywieźli Olę na łóżku.

– Szybko, szybko! Na salę operacyjną! – krzyknęła jedna z pielęgniarek.

Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Nie miałem pojęcia, co się dzieje z Olą. Za drzwiami płakało moje dziecko, a ja… byłem taki bezradny, taki przerażony. Gdy dostałem małą na ręce, trzymałem ją ostrożnie przed sobą, bojąc się choćby odetchnąć.

– Jest zdrowa, ale żona dostała takiego krwawienia, że musieli ją zabrać. No, niech się pan przywita z córeczką, zanim zabierzemy ją na badania.

Pojawiały się zainteresowane mną kobiety

Lilka wróciła z badań. Ola z sali operacyjnej już nie. Zostałem sam z noworodkiem. Boże, to miało wyglądać zupełnie inaczej! Chciałem umrzeć razem z miłością mojego życia, ale… Co wtedy stałoby się z Lilką? Straciłaby oboje rodziców. Musiałem się pozbierać i być silny. Dla niej. Starałem się być jednocześnie ojcem i matką. Moja mama i teściowa pomagały, ucząc mnie wszystkiego, co wiedziały o dzieciach, a co dla mnie było czarną magią. Dzień za dniem, noc za nocą, jakoś żyliśmy. Do wieczora, potem zasnąć i następny dzień. Dla córeczki.

– No, to teraz zlecą się sępy… – mruczała moja mama, a mama Oli jej wtórowała.

– Jakie sępy? Po co? – nie rozumiałem, a te doświadczone kobiety tylko spoglądały po sobie i kwaśno się uśmiechały.

Pojąłem, gdy do moich drzwi zaczęły pukać sąsiadki i dawne znajome. Każda z nich ogromnie współczuła mi straty żony, oczywiście. I bardzo chciała pomóc. Przy dziecku, w domu, no bo taki mężczyzna i sam… Że niby się marnuję? Przynosiły ciasto, zapiekankę, a potem musiały wpaść po blaszkę, po brytfankę, żebym się sam, broń Boże, nie kłopotał. Doszło do tego, że bałem się otwierać drzwi. Czy one nie mogły zrozumieć, że nie chciałem żadnych innych kobiet w moim życiu?

Okrzepłem w byciu wdowcem i w opiekowaniu się córką, nie miałem ochoty zmieniać tego stanu rzeczy. Ciągle kochałem Olę i tęskniłem za nią. Chodziliśmy razem z Lilką na cmentarz i opowiadałem jej o tym, jak cudowną osobą była jej mama. Taką, której nie da się zastąpić. Lata biegły. Co jakiś czas pojawiała się zainteresowana mną pani, ale nie karmiłem jej złudzeniami. Nikogo nie potrzebowałem, nie szukałem, dobrze było mi tak, jak było, choć ciągle słyszałem, że Ola na pewno nie chciałaby, żebym do końca życia był sam. Już nawet nasze matki zaczęły przebąkiwać coś w tym stylu, zwłaszcza od kiedy Lila poszła do szkoły.

– No dobrze, synku, przeżyłeś żałobę, naprawdę długą żałobę. Mała już wcale nie jest taka mała, niedługo sama zacznie oglądać się za chłopakami. Macie cudowny kontakt, ale człowiek nie jest stworzony do życia w pojedynkę. Nie mówię, że masz szukać kobiety na siłę…

– Właśnie, kochanie – włączyła się teściowa. – Nic na siłę. I wiemy, że nie potrzebujesz pomocy w domu czy z Lilką, bo fantastycznie sobie radzisz sam, nawet naszego wsparcia już nie potrzebujesz. Ale chodzi o to… – spojrzała na moją mamę, jakby przekazywała jej pałeczkę.

– Żebyś nie zgorzkniał, nie zmienił się w nieprzystępnego dziadygę, i zaborczego, który będzie trzymał przy sobie Lilkę jak zakładnika. Bo zdajesz sobie sprawę, że ona kiedyś wyfrunie w świat, będzie mieć własne życie, a ty co? Zostaniesz całkiem sam?

– Chcemy, żebyś miał się do kogo uśmiechnąć, żebyś miał z kim porozmawiać wieczorem, żeby cię ktoś przytulił po ciężkim dniu… Rozumiesz, synku?

Słuchałem i kiwałem głową. One wiedziały swoje, a ja swoje. Gorzej, że Lilka miała własne argumenty, z którymi nie umiałem i nie śmiałem dyskutować.

– Tato, a jakbyś spotkał tę nową mamę dla mnie… – zagadnęła któregoś dnia, kolorując zawzięcie rysunek – to byś wiedział, że to jest ta nowa mama, prawda? Jakoś byś to poznał, tak?

O ile połajanki i namowy matek mogłem ignorować, to w przypadku Lilki sprawa wyglądała inaczej. Moja córka marzyła o posiadaniu mamy, od kiedy odkryła, że mógłbym jej taką „załatwić”. Mówiła o tym przez sen, pisała na ten temat krótkie opowiadania, strasznie kalecząc ortografię, pytała mnie i babcie, jak się szuka zastępczej mamy. Chciała czy nie, sprawiała, że czułem się winny, jakbym ją z czegoś okradał. Ja nie musiałem mieć żony, ale moja córka nie musiała obywać się bez matki. W końcu uznałem, że powinien choć spróbować. Zwykle adoptuje się dzieci, możemy my zaadoptujemy mamę?

Na siłę nie będę szukać dla niej matki

Siedziałem sam w domu, bo mała pojechała na noc do koleżanki, i pomyślałem: raz kozie śmierć. Zainstalowałem aplikację randkową, no i się zaczęło. Gdy przyznałem się matkom, że zamierzam, zgodnie z ich sugestiami, chodzić na randki, radośnie zaoferowały się zabierać Lilkę na noc do siebie, żebym mógł poszaleć, jak to ujęły. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale one chyba też, mówiąc o „szaleństwach”. Nie wzięły pod uwagę, że większość kobiet będzie zainteresowana głównie moją sprawnością w łóżku. Nawet nie wiedziałem, jak robić selekcję, by nie zniechęcić tych nielicznych, które naprawdę szukały kogoś na stałe.

Gdy się na dobre zraziłem, moja matka chciała mnie umówić na randkę w ciemno z córką swojej koleżanki z pracy. Stanowczo odmówiłem. Jeszcze tylko takiego swatania mi brakowało. Trudno. Kocham Lilkę nad życie, ale na siłę szukać matki jej nie będę. Z kolei aż takim atrakcyjnym kąskiem nie byłem, by robić casting. No i bądźmy szczerzy, gdy kochało się tak, jak ja kochałem Olę, trudno będzie znaleźć kogoś, kto znowu tak poruszy moje serce. Kiedy zadzwoniła Lilka, siedziałem akurat na zebraniu w pracy. Przeprosiłem i odebrałem, bo moje dziecko nigdy nie dzwoniło bez powodu.

– Dzień dobry, przepraszam, że korzystam z telefonu pana córki, ale Lilka miała wypadek i prosiła, żeby pana powiadomić…

– Jaki wypadek?! – krzyknąłem. Serce mi waliło, cały się spociłem z nerwów, a w głowie dudniła jedna myśl: nie, tylko nie to, nie mogę jej stracić!

– Bez paniki, to nic groźnego, ale chyba złamała nogę. Ratownicy zabierają ją karetką do szpitala na Lutyckiej…

Wypadłem z biura i wezwałem taksówkę, nie byłbym w stanie prowadzić. Gdy na izbie przyjęć zapytałem o moją córkę, z krzesełka podniosła się jedna z kobiet. Trzymała plecak Lilki.

– To ja do pana dzwoniłam. Przyjechałam z Lilką, bo nie chciała jechać sama. Ratownicy pozwolili mi wsiąść do karetki. Wszystko będzie dobrze. Proszę, tu jest jej plecak i telefon…

Zamiast podziękować, przyglądałem się kobiecie, marszcząc brwi.

– My się chyba znamy… – mruknąłem. Szok pozbawił mnie manier.

– No raczej! – zaśmiała się. – Codziennie kupuje pan u mnie chleb i trzy bułeczki z ziarnami. A Lilka jagodziankę, gdy wraca ze szkoły.

No tak! Teraz skojarzyłem. Ta miła pani pracowała w piekarni mieszczącej się w naszym bloku. Lilka wstąpiła po drożdżówkę, a gdy wychodziła, potrąciła ją jakaś dziewczyna na hulajnodze. A ta troskliwa kobieta nie dość, że wezwała karetkę i zadzwoniła do mnie, to jeszcze zamknęła piekarnię przed czasem i pojechała z moim dzieckiem do szpitala.

– Pani Jagoda, tak? – przypomniało mi się imię, jakie miała na plakietce.

Kiwnęła głową.

– Jest pani aniołem! – o manierach też sobie przypomniałem. – Bardzo, bardzo dziękuję, że się pani fatygowała. Nie chcę pani dłużej zatrzymywać…

– Żaden problem, a obiecałam Lilce, że poczekam, aż wróci z prześwietlenia, bo nie wiedziała, czy pan już będzie. Obietnica rzecz święta.

Lilka nie chciała dłużej czekać, tak jej się paliło

Siedzieliśmy więc w poczekalni, rozmawiając, choć nie mam pojęcia o czym. Zbyt się denerwowałem. W końcu zaprowadzono nas do Lilki. Uśmiechała się dzielnie spod opatrunku, który okalał jej głowę. Na brodzie miała naklejony plaster. Zabandażowana ręka, noga w gipsie. Aż mi się słabo zrobiło. Widok ukochanej istoty w szpitalnym łóżku tragicznie mi się kojarzył…

– Niech pan pójdzie porozmawiać z lekarzem, ja dotrzymam Lilce towarzystwa – usłyszałem cichy głos Jagody za sobą.

Dałem córce buziaka i poszedłem. Lekarz zapewnił mnie, że moja córka nie ma żadnych obrażeń wewnętrznych. Ot, trochę otarć, skaleczeń.

– No i złamana noga, ale dzieciom kości szybko się zrastają, a to czyste złamanie. Na wszelki wypadek zatrzymamy córkę na noc, na obserwacji, a jutro wypiszemy ją do domu.

Na miękkich nogach wróciłem do sali, gdzie Lilka śmiała się z tego, co opowiadała Jagoda. Siedziała przy łóżku mojej córki i zabawiała ją anegdotami. Obca kobieta. Byłem wzruszony i szczerze wdzięczny. Po tych wszystkich nietrafionych randkach, gdy już straciłem wiarę w bezinteresowność kobiet… Nagle odwróciła się i uśmiechnęła też do mnie, jakoś tak miękko, ciepło, a mnie… jakby serce drgnęło. Zaczerwieniłem się i umknąłem wzrokiem. Jagoda szybko się pożegnała i wyszła, życząc mojej córce dużo zdrowia. Zawstydziła się? A może ja ją spłoszyłem?

– Taką mamę mogłabym mieć… – westchnęła Lilka, a moje serce znowu drgnęło, tym razem na pewno. – Musimy jej porządnie podziękować, tato.

Bez wątpienia, bez dwóch zdań. Jak tylko wypisali Julkę ze szpitala, kupiliśmy kwiaty i udaliśmy się razem do piekarni. Lilka od razu zaprosiła Jagodę do nas na obiad. Miła pani od bułeczek uniosła brwi.

– Twój tata też mnie zaprasza?

– Oczywiście – potwierdziłem, mimo zaskoczenia szybkim tempem mojej córki. – Odmowa wykluczona.

Jagoda znowu się do mnie uśmiechnęła, a moje serce zrobiło pełne salto. Obiad był tylko początkiem. Po nim zaprosiłem Jagodę na spacer, a potem na kolację. Moja wdzięczność wobec niej rosła. Za pomoc mojej córce, za mile spędzany czas, za długie rozmowy, za to, że lubiła Lilkę, która lgnęła do niej jak ćma do światła, za to, że dawała mi praktyki z całowania i nie zrażała się moim brakiem wprawy z związkach, Wreszcie za to, że pół roku później zgodziła się z nami zamieszkać, a po kolejnych trzech miesiącach przyjęła moje oświadczyny, bo Lilka nie chciała dłużej czekać, tak jej się paliło, by móc oficjalnie nazywać ją mamą…

Obie babcie Lilki na wieść o tym popłakały się ze wzruszenia. Trochę bałem się reakcji teściowej, bo co innego namawianie do randek, a co innego drugi ślub zięcia, ale ona mocno mnie przytuliła i powiedziała, że Ola też chciałaby, żebym był szczęśliwy, a Lilka miała mamę. Zupełnie nie byłem przygotowany na tę miłość. Pojawiła się niespodziewanie, bez poszukiwań. Zupełnie inna niż ta pierwsza, ale to nie znaczy, że słabsza. Mam nadzieję, że limit tragedii wyczerpałem, i tym razem będę mógł kochać i cieszyć się tym kochaniem długo, bardzo długo. Patrzę na moją córkę, która ma wreszcie wymarzoną mamę, do której może ze wszystkim się zwrócić, i na mojego syna, który zaczyna raczkować po mieszkaniu i śmieje się w głos, gdy zabawia go starsza siostra. Patrzę i serce mi śpiewa, bo wiem, że tak wygląda szczęście…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->