„Po rozwodzie Karol zabierał mi wszystko, co mógł, bo nie miałam prawnika. Jego kochanka zapragnęła też mieszkania”

– Zabieram papiery wozu. To na początek, potem przedstawię ci propozycję podziału majątku. Oczywiście nie możesz zostać w mieszkaniu, i tak jest dla ciebie za duże. Spłacę cię, kupisz sobie kawalerkę albo pokój z kuchnią i będziemy kwita.

Rozwód po pięćdziesiątce jest jak koniec świata, w każdym razie tego, który znałam – myślałam za każdym razem, gdy natykałam się na niewidzialną rafę. Fale towarzyskiego przyboju rozbijały się wieczorami o kanapę, na której przysiadałam, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Ludzie, których znałam dwadzieścia lat, omijali mnie zręcznie, co najwyżej posyłając uśmiech na tyle niezobowiązujący, by nie przyszło mi do głowy zaczynać rozmowy. Obserwowałam to zjawisko ze zdumieniem. Słyszałam, że tak się dzieje, kiedy para rozstaje się, a znajomi są wspólni, ale nie dowierzałam. Teraz miałam okazję przekonać się na własnej skórze o słuszności tego twierdzenia.

Od niepamiętnych czasów świętowałam urodziny Dominika, bawiąc się na przyjęciu, które wydawali wraz z Sylwią, moją przyjaciółką. Problem w tym, że Karol, mój były mąż, pracował z jubilatem i też się z nim przyjaźnił. Wybór był więc jasny, on został zaproszony, ja – nie.

Tylko że o tym nie wiedziałam, uważając, że przy tak dużej zażyłości formalności są zbędne. Gdy dzwoniłam do Dominika z życzeniami, był zbyt zajęty, by odebrać, więc nagrałam się na pocztę głosową, a potem wparowałam jak idiotka na przyjęcie.

Najpierw zobaczyłam Malwinę, moją młodszą następczynię. Wyglądała, niestety, jak milion dolarów, ogłabym jej buty czyścić. Zerknęłam masochistycznie do lustra zajmującego pół ściany w holu, odpowiedziało zrozpaczonym spojrzeniem spod potarganej grzywki.

– Mogłabyś coś zrobić z włosami, w twoim wieku trzeba dbać o siebie – za mną zmaterializowała się Sylwia.

– Nareszcie mnie zauważyłaś! Już myślałam, że stałam się niewidzialna – odwróciłam się do niej, pomijając milczeniem nietaktowną uwagę.

– No wiesz, to raczej nie moja wina. Postawiłaś nas w niezręcznej sytuacji, Karol z tą małą i ty to niefajne połączenie.

– Poważnie? Wobec tego powinnam wyjść – zmrużyłam oczy jak zawsze, gdy udaję dzielną, chociaż chce mi się płakać, a teraz mi się chciało.

– Ależ skąd, zostań, będzie nam bardzo miło – zmieszała się Sylwia, zerknąwszy ponad moim ramieniem do lustra.

– Co tam zobaczyłaś? – rozejrzałam się błyskawicznie.

Zamówił taksówkę. Dla mnie. Dla mnie?

Ciekawość wzięła górę, znałam Sylwię od tak dawna, że bezbłędnie odgadłam, co zaszło. Najwyraźniej zrobiło jej się wstyd, bo ktoś niepowołany usłyszał, jak próbuje mnie spławić.

– Kto to? – namierzyłam wielkiego faceta, który zbyt późno odkleił od nas wzrok.

Podsłuchiwał, miał to wymalowane na zarośniętej siwą szczeciną twarzy.

– To jakiś żeglarz, ostatni nabytek towarzyski, Dominik trzęsie się nad nim, jakby znalazł brylant z korony. Pojęcia nie mam, dlaczego – szepnęła Sylwia, na chwilę zapominając, że chciała się mnie pozbyć, żebym nie kalała smutasami jej eleganckiego przyjęcia.

– Pewnie byłby zły, gdybyś się przed nim skompromitowała jako pani domu, wyrzucając długoletnią przyjaciółkę – podrzuciłam jej, bo pamiętałam, z czym do mnie przyszła. – Ale nie martw się, już wychodzę. Nie będę wam dłużej przeszkadzać, za nic nie chciałabym zdenerwować Karola i tej jego Malwiny.

– Nie wygłupiaj się, wcale tego nie chciałam – zmieszała się Sylwia.

Chyba mówiła szczerze, bo nikt nas nie obserwował, brodaty podsłuchiwacz odżeglował w tłum gości.

– Dominik prosił, żebyś to ze mną załatwiła, a to na jedno wychodzi. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść – zanuciłam, robiąc dobrą minę do złej gry.

Nie zatrzymywała mnie dłużej, odszukałam swój płaszcz i wyszłam przed dom, by ochłonąć z szoku. Kiedy po dwudziestu kilku latach przyjaciele odcinają się od człowieka, zapewniam, nie jest to bułka z masłem. Oparłam się o zimną ścianę domu i liczyłam oddechy, żeby się uspokoić. Wdech, wydech. Nic nie pomogło, nadal czułam się tak, jakbym przed chwilą dostała w twarz.

Nie ma co stać pod zamkniętymi drzwiami, trzeba zamówić taksówkę – pomyślałam, uświadamiając sobie, że to druga strefa, kurs będzie drogi. W panice zastanawiałam się, ile gotówki mam przy sobie i czy wystarczy. W żadnym wypadku nie zamierzałam wracać na przyjęcie i prosić Sylwię o pożyczkę. Jeszcze tak nisko nie upadłam.

Światła samochodu omiotły podjazd i znieruchomiały przed furtką. Taksówka!

– Już przyjechała – usłyszałam i zza rogu wynurzyła się zwalista postać żeglarza, honorowego gościa pana domu.

– Nie zamawiałam taksówki – mruknęłam, niechętnie nastawiona do tego faceta o posturze niedźwiedzia.

Nie podobają mi się mężczyźni, których głównym atrybutem jest siła fizyczna.

– Nie – zgodził się ze mną uprzejmie – bo to ja zamawiałem.

Stał i patrzył w dół, czyli na mnie. Nie zamierzał nic więcej powiedzieć, nie dosyć, że niedźwiedź, to jeszcze mruk.

– Dla pani – powiedział skrótowo i dodał po namyśle: – Chętnie się zabiorę.

Skorzystałam z oferty. Usiedliśmy na tylnej kanapie wozu i w milczeniu przebyliśmy drogę. Gadał tylko kierowca, ale nie znalazłszy odzewu, i on się zniechęcił. Zatrzymał się przed moją kamienicą. Wyjęłam pieniądze, ale towarzysz podróży powstrzymał mnie.

– Jadę dalej, nie mogę pozwolić, by płaciła pani za mnie – powiedział rozsądnie.

Nie byłam pewna, ile mam przy sobie pieniędzy, więc nie nastawałam, wysiadłam i pomachałam mu na pożegnanie. Do mieszkania weszłam odrobinę podniesiona na duchu jego bezinteresowną życzliwością, po czym szybko zapomniałam o małomównym niedźwiedziu.

Przyczynił się do tego Karol, mój co prawda były, ale jednak mąż. Pojawił się następnego dnia bez uprzedzenia. Usłyszałam, jak ktoś obraca klucz w zamku, i już wiedziałam.

– Mogłeś wcześniej zadzwonić – powitałam go w przedpokoju.

– To także moje mieszkanie, jeszcze się nie rozliczyliśmy – powiedział obojętnie, wchodząc do pokoju.

– Powiedziałeś, że będzie moje, wziąłeś działkę, oszczędności i samochód – poczułam ucisk w żołądku.

Karol na fali wdzięczności za nieutrudnianie rozwodu i niewinienie go za rozpad związku, obiecał, że nie pozbawi mnie dachu nad głową. Wiedział, że nie mam się dokąd wynieść ani jak go spłacić. Zostałam w naszym mieszkaniu, a on wyprowadził się do Malwiny. Teraz najwidoczniej zmienił zdanie.

Umowa była inna, ty pazerny gadzie

– Nie bądź dzieckiem, w twoim wieku trzeba mieć więcej rozumu – powiedział i ominął mnie, po czym otworzył komodę i wyciągnął jakieś dokumenty.

– Co robisz?

– Zabieram papiery wozu. To na początek, potem przedstawię ci propozycję podziału majątku. Oczywiście nie możesz zostać w mieszkaniu, i tak jest dla ciebie za duże. Spłacę cię, kupisz sobie kawalerkę albo pokój z kuchnią i będziemy kwita.

– Karol!

– Co, Karol. To dobra propozycja, o lepszą będziesz musiała walczyć w sądzie.

– Przecież wiesz, że nie obejdzie się bez adwokata, a ja nie mam pieniędzy. Poza tym obiecałeś, że nic się nie zmieni, nadal będę tu mieszkać. To mój dom.

– Nie mogę dotrzymać słowa, przykro mi, sytuacja się zmieniła.

– Czy ta sytuacja ma na imię Malwina? To ona chce zamienić M3 na mieszkanie w kamienicy? Niegłupio robi, szkoda, że moim kosztem – stwierdziłam, sama zadziwiona tym, jaka twarda jestem.

Karol na chwilę spuścił wzrok, ale nie pozwolił, aby przelotne zawstydzenie pokrzyżowało jego plany.

– Nie rób z siebie cierpiętnicy, myślałby kto, że zamierzam cię wyrzucić pod most.

Niewiele lepiej, zabrał mi wszystko, po trzydziestu latach małżeństwa zostawałam z niczym, bo nie umiałam się bronić przed pazernością Karola i jego nowej pani. Postanowiłam jednak walczyć, poszłam po poradę prawną, dowiedziałam się, że mam prawo do połowy majątku, a po powrocie do domu odkryłam brak zabytkowej komody i stołu chippendale, który sama znalazłam na targu staroci i oddałam do renowacji.

Karol nie próżnował, i co? Miałam zawiadomić policję? Przecież meble należały również do niego, miałam związane ręce. Szczerze mówiąc, załamałam się, w ciągu kilku miesięcy straciłam męża, znajomych i dach nad głową. Nie mogło być gorzej. Wtedy odezwała się Sylwia. Odrzuciłam połączenie, ale dzwoniła tak wytrwale, że złamałam się i w końcu odebrałam.

– Słyszałam, co wyczynia Karol i jestem po twojej stronie – powiedziała przejęta.

Serce we mnie momentalnie stopniało, może jestem naiwna i łatwowierna, ale potrzebowałam wsparcia. Postanowiłam jeszcze raz jej zaufać.

– Musisz zadbać o swoje interesy, a ponieważ potrzebujesz pieniędzy, mam dla ciebie propozycję – ciągnęła Sylwia. – Znajomy szuka pokoju do wynajęcia. To profesor, widziałaś go u nas. Ten z brodą, ten, który podsłuchiwał.

Że pewnych rzeczy nie wypada? E tam!

– To był żeglarz – zaprotestowałam.

– Okazało się, że czasem żegluje, ale przeważnie wykłada fizykę na amerykańskim uniwersytecie. Teraz wrócił, bo skończył mu się kontrakt i zaproponowano mu kierownictwo katedry, w której pracują nasi mężowie. To znaczy twój były i mój obecny.

Zaczęłam pojmować genialny, makiaweliczny plan Sylwii. Jeśli zamieszka ze mną przyszły szef Karola, ten będzie się bał stuknąć palcem o palec.

– Jesteś wielka – powiedziałam z przekonaniem. – Tylko czy pan profesor będzie chciał zamieszkać w wynajętym pokoju? Skąd taki pomysł?

– Teraz mieszka w hotelu i ma dość – wyjaśniła Sylwia. – Jeszcze nie wie, czy zostanie w kraju, więc nie chce wynajmować mieszkania. Pytał mnie, czy nie masz… eee, to znaczy pytał mnie, czy nie znam kogoś…

– Pytał o mnie? – przerwałam jej.

– Tak jakby. Także ten… Lepiej idź do fryzjera i zrób coś z włosami.

Miałam taki zamiar, ale nie zdążyłam. Niedźwiedź, czyli Michał, pojawił się błyskawicznie, od razu z walizką. Obejrzał pokój, mruknął coś aprobująco i pojechał po resztę rzeczy. Musiałam przyznać, że nie tracił czasu na zbędne gadanie, może w sali wykładowej był bardziej wymowny.

Zaraz po jego wyjściu usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, tym razem Karol przywiózł narzeczoną, żeby obejrzała przyszłe włości. Weszła do sypialni i bezczelnie otworzyła szafę.

– Chcę zobaczyć, czy jest wystarczająco pojemna – uśmiechnęła się olśniewająco.

– Chyba tak i cieszę się z tego, bo mam sporo garniturów – Michał wszedł do mieszkania bezszelestnie, musiał zawrócić z drogi, zobaczywszy samochód mojego byłego. – Cudownie tu wszystko urządziłaś, kochanie, będziemy bardzo szczęśliwi – objął mnie wpół i gorąco pocałował prościuteńko w usta.

Tak mnie zaskoczył, że pozwoliłam mu na wszystko. Ale co tam ja! Karol dosłownie skamieniał z wrażenia! Wykonał kilka nieskoordynowanych ruchów, zanim udało mu się odciągnąć Malwinę od podziwiania wnętrza mojej szafy. Pożegnał się z profesorem, omijając mnie wzrokiem i zniknął.

Michał spojrzał na mnie niepewnie.

– Nie przesadziłem? Widziałem taki numer na filmie, podobno robi wrażenie na byłych mężach.

Zapewniłam go, że znakomicie to rozegrał i bardzo mi pomógł. Żadne z nas nie wspomniało o pocałunku, który moim zdaniem wcale nie był udawany. No cóż, mówią, że w naszym wieku pewnych rzeczy już nie wypada… Ten, kto to wymyślił, nie zna Michała.

Jakoś tak niespodziewanie zaczęło między nami iskrzyć, a ja odkryłam, że życie z niedźwiedziem może być bardzo ekscytujące, i to nie tylko od strony intelektualnej. Że w „naszym” wieku? To znaczy w jakim? Ja twierdzę, że w szczęśliwym, to wystarczy.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->