„Był milionerem, a na porzuconego syna nie płacił ani grosza. Dzieciak dorósł i paskudnie się na nim zemścił”

– Nie płaci nam ani grosza! Stać go było na najlepszych adwokatów. Wyszło prawie tak, że to ja powinnam mu dawać alimenty! To kanalia! Śpi na forsie, mieszka w wielkim domu z tą lafiryndą, a my z synem musimy się cisnąć w mieszkanku po rodzicach!

Nie mam wpływu na to, kto się do mnie zgłasza po pomoc. Gdybym miał, nie wpuściłbym drania za próg. To był mężczyzna o szczerym, szerokim uśmiechu, elegancki, o nienagannej uprzejmości. Zapewne podobał się kobietom. Mnie za to niekoniecznie. Może dlatego, że uśmiech uznałem za wymuszony, a swobodę bycia za cokolwiek sztuczną. I gdyby nie fakt, że wręcz rozpaczliwie potrzebowałem jakiegoś nieźle płatnego zlecenia, zastanowiłbym się trzy razy, czy przyjąć jego sprawę. Tym bardziej, że wyglądała bardzo nieprzyjemnie.

– Muszę się dowiedzieć, kto mi to zrobił – powiedział, kiedy przedstawił, z czym przyszedł. – Po prostu muszę, i to w ciągu tygodnia! W następną środę zbiera się zarząd spółki i będzie rozpatrywana sprawa mojej prezesury. Jeżeli nie oczyszczę się z zarzutów do tego czasu, mogę pożegnać się z posadą…

To, co go spotkało, nie było może jakimś szczególnie głośnym wydarzeniem, ale jego echa do mnie dotarły, pisały też o tym tabloidy, chociaż nie na pierwszych stronach. W biurku prezesa poważnej spółki znaleziono zabronione substancje. Do tej pory mogłem się tylko domyślać, jakie, ale gdy usłyszałem prawdę, nieco się zdziwiłem.

– Byłem zawsze przekonany, że menadżerowie zażywają raczej coś w stylu kokainy, a nie chamską metamfetaminę – mruknąłem.

– Tym bardziej chyba świadczy to o tym, że prochy nie należały do mnie! – odparł.

Nie zwrócił uwagi na mój sarkazm

– Dwa gramy koki i aż dwadzieścia pięć mety! Kto by w to uwierzył? Stać by mnie było na to, co najlepsze, gdybym chciał przyćpać!

– Policja, jak sam się pan mógł przekonać, uwierzyła. Chociaż może nie tak do końca, skoro po przesłuchaniu został pan zwolniony…

– Ale mam policyjny dozór! – przerwał mi.

– Jednak nie przebywa pan pod kluczem – uniosłem rękę, żeby mi nie przeszkadzał i zamyśliłem się.

Przepytałem go oczywiście o wrogów, ale taki człowiek miał ich aż nadto. Tyle że trudno się spodziewać, żeby konkurencja miała dostęp do jego biurka. A w takiej firmie każdego pracownika sprawdzano bardziej wnikliwie niż kandydata do pracy w wywiadzie. Sekretarka zaufana. Rzecz jasna spytałem, czy nie zaszło między nimi coś, o czym powinienem wiedzieć.

– Proszę pana – zaśmiał się i tym razem był to szczery śmiech. – Nie poluje się na własnym podwórku. A przede wszystkim, urody pani Heleny absolutnie nie da się określić mianem zniewalającej. Za to jest świetnym fachowcem. Nasz układ jest czysty i klarowny… Prędzej moja była żona mogłaby chcieć zemsty, ale ona nie ma wstępu do tego budynku, od kiedy jeszcze podczas sprawy rozwodowej przyszła mi zrobić awanturę.

Spojrzałem na niego, a w mojej głowie już szła praca pełną parą. Wiedziałem, że zajmę się tym przypadkiem, bo, oprócz standardowej zapłaty, mogłem liczyć na sowitą premię, jeśli rozwiążę zagadkę. Oczywiście zakładałem, że pan prezes naprawdę nie trzymał w biurku narkotyków, na dnie szuflady, do której – jak sam mówił – bardzo rzadko zaglądał. O tym, że mu je podrzucono, świadczył też fakt, że policja została zawiadomiona telefoniczne, iż należałoby przeprowadzić przeszukanie w tej firmie.

Wprawdzie tak zwany „życzliwy” nie wskazał wprost gabinetu prezesa, ale kiedy policja zjawiła się z psem tropiącym, zwierzak od razu tam pobiegł.

– No cóż, muszę przeprowadzić kilka rozmów – powiedziałem, kiedy zażądał, abym wyjawił, co zamierzam. – Z pana byłą żoną również. Dopiero potem zobaczę, co dalej. To mi wygląda na zemstę, ale na razie nie mam pojęcia, czyją. Podobnie jak pan.

Kobieta była wzburzona, papieros drżał jej w palcach

– Bóg mi świadkiem, że gdybym mogła zrobić temu bydlakowi krzywdę, tobym zrobiła – powiedziała syczącym głosem. – Od dnia, kiedy dowiedziałam się, że ma kochankę, życzę mu, żeby stracił wszystko i znalazł się na dnie! I może właśnie coś takiego się stanie…

– Ale przecież, jeżeli pani były mąż straci posadę, zabraknie mu pieniędzy na alimenty – zauważyłem, a wtedy kobieta zaczęła się śmiać.

– Od razu widać, że nie zna pan tego człowieka, chociaż pan dla niego pracuje – odparła. – Nie płaci nam ani grosza! Stać go było przecież na najlepszych adwokatów. Tak zakręcił sprawę w sądzie, że na koniec wyszło prawie na to, że to ja powinnam mu dawać alimenty! To kanalia! Sam śpi na forsie, mieszka w wielkim domu z tą swoją lafiryndą, a my z synem musimy się cisnąć w mieszkanku po moich rodzicach! Niech pan się zastanowi, komu chce pan pomóc!

W tej chwili z drugiego pokoju wyjrzał nastolatek.

– Mamo, dlaczego krzyczysz? – spytał.

– To jest pan detektyw – wskazała mnie lekceważącym gestem. – Twój tatuś go wynajął w związku z tymi narkotykami…

Chłopak spojrzał na mnie z wyrazem twarzy, który mógłbym określić mianem mieszaniny odrazy, pogardy i wyrzutu.

– Wracaj do pokoju – poprosiła kobieta. – Pan zresztą już wychodzi…

Wstała na znak, że mam się wynosić. Ale miała w sobie tyle goryczy, że jeszcze wyrzuciła z siebie:

– Zapomniał nawet, że ma syna. Że za rok chłopak zdaje maturę, a dodatkowe zajęcia kosztują.

– Widują się? – spytałem, korzystając z okazji, że zaczęła mówić.

– A po co? Syn nie ma ochoty na kontakty.

– A ojciec nie próbuje się z nim zobaczyć? – spróbowałem jeszcze, ale kobieta tylko pokazała mi palcem drzwi.

Do byłego męża obecnej partnerki klienta dotarłem następnego dnia. Przyjął mnie z wyraźną niechęcią, choć może nieco mniejszą niż była pani prezesowa.

– Chyba nie uważa pan, że ja w tym maczałem palce – powiedział. – A poza tym wcale bym się nie zdziwił, gdyby taki skur… – nie dokończył obelgi. – Gdyby takie bydlę coś zażywało.

– Rozumiem. Ale niech i pan zrozumie, że to dziwna sprawa. Ktoś na takim stanowisku nie musi kupować świństwa w rodzaju metamfetaminy. No i ten donos na policję…

– Gdybym ja miał się na nim odegrać, tobym mu po prostu skuł gębę, proszę pana. Jemu i mojej żonie, która okazała się zwykłą suką. Nie dość, że do niego odeszła, to jeszcze zabrała mi syna…

– Ile lat ma pana syn? – spytałem.

Spojrzałem na zdjęcie stojące na komodzie. To musiał być właśnie on, bo rodzinne podobieństwo było uderzające.

– Siedemnaście, a niedługo osiemnaście. W dodatku nie wiem, czy pan wie, ale chodził do jednej szkoły razem z chłopakiem prezesunia. Moja żoneczka poznała się z obecnym mężem, kiedy znaleźli się razem w radzie rodziców…

– Siedemnaście… I zdecydował, że zostanie z matką, tak? – musiałem zadać to pytanie.

Dzieci w takim wieku sąd pyta o zdanie, z kim chcą być. W odpowiedzi mężczyzna uśmiechnął się gorzko.

– Woli żyć w dostatku, nawet z takim gnojkiem, niż klepać biedę z ojcem. Niedaleko pada jabłko od jabłoni… A wie pan, tak w ogóle, jak pan prezes robił karierę? Bo ja coś wiem. Nie cofał się przed niczym. Prowokacje, kopanie dołków pod innymi. To bezwzględny typ, chociaż wygląda na takiego miłego i potrafi być niezwykle uprzejmy! Ile krzywdy zostawił za sobą, zanim wdrapał się na ten stołek, tylko on sam wie, a i to pewnie nie wszystko, bo deptał po ludziach, nie zważając na nic! Widać teraz ktoś postanowił mu się zrewanżować.

To się mniej więcej zgadzało z tym, co sam wiedziałem o kliencie. Mężczyzna milczał przez chwilę, zanim podjął:

– Tego, że zabrał mi Szczepana, nie wybaczę gnojowi nigdy – powiedział przez zaciśnięte zęby. – I kiedyś się zemszczę, ale nie jak tchórz! Po swojemu… Może się kiedyś zdarzy…

– Proszę przestać! – powstrzymałem go. – Nie powinienem tego słyszeć, a pan niech tego typu wyznania zostawi dla siebie.

Spojrzał na mnie spod zmrużonych powiek, a potem powiedział powoli:

– Ma pan rację… Dzięki… Czasem się ze mnie ulewa, ale faktycznie, nie powinienem tak gadać. Nie jest pan taki zły, chociaż pracuje dla tego gnoja…

Nie chciało mi się tłumaczyć, że nie należy utożsamiać detektywa z osobą klienta.

Dla różnych osób zdarza się pracować

I chociaż prezesowi daleko było do ideału, a szczerze mówiąc wcale mu nie kibicowałem, to po pierwsze, jednak dla niego pracowałem, a po drugie, zostało popełnione przestępstwo, nawet jeśli można by było zrozumieć pobudki tego, kto go dokonał. Wyszedłem od ojca Szczepana dręczony jakimś przeczuciem. Mężczyzna powiedział coś, co mnie uderzyło, ale nie mogłem sobie w tej chwili uświadomić, co dokładnie…

Potrząsnąłem głową i poszedłem na kolejne spotkanie. To była jedna ze spraw, które nazywałem „chodzonymi” – ciąg rozmów, żadnych pościgów, nawet obserwacji na razie nie zamierzałem zakładać. Tyle tylko, że termin mnie gonił. Pani Helena okazała się – wbrew opinii prezesa – kobietą całkiem atrakcyjną, a na pewno elegancką i bardzo zadbaną.

W każdym razie mogła się podobać. Zapewne nie była jednak dość dobra dla przełożonego, bo w te jego deklaracje o wstrzemięźliwości na własnym podwórku nie bardzo wierzyłem, szczególnie po tym, czego się ostatnio o nim dowiedziałem. Z sekretarką umówiłem się w kawiarni, zaraz po jej pracy. Nie chciałem chodzić do biura, żeby nie rzucać się w oczy podwładnym prezesa, a poza tym neutralne miejsce sprzyja pewnemu rozluźnieniu.

– Pyta pan, czy w ostatnich dniach zdarzyło się coś nietypowego, co mnie zastanowiło… – kobieta zamyśliła się i westchnęła. – Naprawdę trudno mi powiedzieć tak od razu, bo ta sprawa z wkroczeniem policji była tak szokująca, że…

– Niech pani spokojnie się zastanowi – uśmiechnąłem się. – Mamy troszkę czasu. Ktoś odwiedził prezesa? Ktoś, kto nie powinien przychodzić albo zwyczajnie był dziwny?

Pokręciła głową, napiła się kawy.

– Na dzień przed aferą przyszedł do niego syn… – powiedziała po chwili.

– Syn? – spytałem zaskoczony. – Podobno go nienawidzi…

– Może tak było, ale przez ostatnie dwa, a nawet trzy miesiące coś się między nimi zmieniło. Arek odwiedzał ojca w tajemnicy przed matką, to wiem na pewno. Przychodził raz albo dwa razy w tygodniu. Wie pan, chłopak jednak potrzebuje ojca…

– Nawet ojca, który na niego nie łoży ani złotówki? – powiedziałem to, nim zdążyłem się ugryźć w język.

Ale pani Helena tylko potrząsnęła głową.

– To nie moja sprawa. Ale chłopak przychodził, to wiem na pewno, w końcu siedzę w sekretariacie.

– Dobrze – powiedziałem. – Jednak co się zdarzyło dziwnego na dzień przed wizytą policji?

– To na pewno nie ma związku z tym wszystkim. Takie rzeczy czasem się zdarzają…

– Ale proszę wreszcie powiedzieć – ta kobieta była tak flegmatyczna, że zacząłem się lekko niecierpliwić.

– Było tak – zaczęła. – Artur przyszedł do ojca. Siedzieli w gabinecie jakieś 10 minut, gdy zadzwoniono do mnie z portierni, że czeka kurier z pilną przesyłką dla prezesa. Mamy zasadę, że nie wpuszcza się na piętro zarządu nikogo niezaproszonego, ze względów bezpieczeństwa. Chciałam iść odebrać przesyłkę, jak to zawsze robię, ale kurier upierał się, że ma ją dostarczyć do rąk własnych prezesa. Musiałam więc wywołać szefa i pojechał na dół. Kiedy wrócił, był zły, bo okazało się, że kurier w tym czasie już poszedł i powiedział, że wróci za dwie godziny.

– Wrócił?

– Nic o tym nie wiem…

I w tym momencie wreszcie do mnie dotarło, co było tak uderzającego w słowach mężczyzny, z którym rozmawiałem godzinę wcześniej…

– Potrzebuję telefon do pańskiej byłej żony – powiedziałem.

– Coś pan wyjaśnił? – spytał z niepokojem i jednocześnie nadzieją prezes po drugiej stronie słuchawki.

– Jeszcze nic takiego. Ale proszę o ten numer i niech się pan nie kontaktuje na razie ani z byłą żoną, ani z synem. To bardzo ważne!

– Nawet nie zamierzałem – odparł. – Coś pan ma?

– Powiedzmy, że mam pewne podejrzenia, ale najpierw muszę zamienić dwa słowa z pańską żoną. Przez telefon będzie szybciej…

Oczywiście, nie powiedziałem mu prawdy

Ponieważ sprawa była pilna, nie mogłem sobie pozwolić na powolną, sukcesywną obserwację, na czyhanie na okazję. Musiałem włożyć kij w mrowisko, a jeśli moje podejrzenia okażą się słuszne, powinno to zadziałać. Po chwili dostałem wizytówkę z numerem byłej żony klienta i wybrałem numer.

– Dzień dobry – powiedziałem.

Miałem nadzieję, że nie rozpozna mojego głosu, tym bardziej, że mówiłem służbowym basem, jakim miałem zwyczaj posługiwać się podczas pracy w policji.

– Czy pani jest matką Arkadiusza… – tu wymieniłem nazwisko.

– Tak, to ja – odparła. – Czy coś się stało?

– Dzwonię z komendy przy Rajskiej. Muszę przesłuchać pani syna na okoliczność dochodzenia prowadzonego w sprawie jego ojca. Ponieważ jest jeszcze nieletni, dzwonię do pani.

– Ale o co chodzi? – spytała przestraszona kobieta.

– To już się wyjaśni na miejscu – odparłem surowo. – Proszę, aby syn pojawił się w najbliższy poniedziałek w komendzie o godzinie dziesiątej. Przy wejściu wylegitymuje się dyżurnemu.

– Czy mogę być obecna przy przesłuchaniu?

– Wprawdzie chłopak ma już siedemnaście lat i nie musi zeznawać w obecności dorosłego, ale nie widzę problemu…

Dopiero w tej chwili musiałem założyć obserwację

Nie muszę chyba dodawać, że telefon wykonałem z samochodu zaparkowanego pod blokiem, w którym mieszkała była żona klienta. W głowie wciąż huczały mi słowa: „Niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Domyślałem się już, co się stało. Teraz wszystko zależało od tego, jak zareaguje chłopak. Od razu wykonałem jeszcze jeden telefon. Do komisarza, który prowadził dochodzenie. Artur zareagował tak, jak się spodziewałem.

Nie minęło pół godziny, jak wyszedł z domu i prawie biegiem pobiegł na przystanek. Czekała mnie teraz powolna podróż za tramwajem numer 18. Dziesięć minut później szedłem za Arturem. Wszedł do klubu „Rozeta” przy Puławskiej. Znałem to miejsce. Znów wykonałem telefon, a potem założyłem okulary o płaskich szkłach. Miałem nadzieję, że nawet jeśli chłopak mnie zauważy, to nie pozna. Był tak zaaferowany, że nie zwróciłby uwagi nawet na różowego słonia, gdyby wszedł do lokalu.

Natychmiast podążył do stolika pod oknem, gdzie siedział już jego rówieśnik, znany mi z fotografii. Tak, czasem metoda kija w mrowisko daje znakomite rezultaty, jeśli ma się do czynienia z mało doświadczonymi przestępcami. Bo doświadczeni w takiej sytuacji nigdy by się nie zdecydowali na spotkanie. Nacisnąłem włącznik na okularach i podszedłem do młodych ludzi.

– Widzę, że znacie się lepiej, niż niektórzy sądzą – powiedziałem.

Obaj zamarli, a potem Artur przyjrzał mi się uważnie.

– To ten detektyw – powiedział do kolegi. – Mówiłem ci, że węszy…

Usiadłem przy stoliku bez zaproszenia i od razu wziąłem byka za rogi, korzystając z tego, że byli zaskoczeni.

– To był świetny plan – powiedziałem, patrząc na Artura. – Udawałeś, że chcesz się dogadać z ojcem tylko po to, żeby mu podłożyć prochy.

– Nie wiem, o czym pan mówi – powiedział zimno chłopak.

Już się pozbierał. Cholera, krew po tatusiu!

– Dobrze wiesz – odparłem. – Teraz tylko pytanie, czy jeśli policja zbada odciski palców na woreczkach i porówna z waszymi, co zamierzam im podpowiedzieć, to okaże się, że odpowiadają odciskom którego z was?

– Nikt nam nic nie udowodni – zaśmiał się Szczepan. – Żaden z nas nie zostawił odcisków. Masz nas za głupków? Fanty były wytarte i…

– Ty idioto! – jęknął Artur. – A jak on to nagrywa?!

Tak, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Szczeniak był sprytny jak tatuś. Ale to, co powiedział jego kompan, wystarczyło mi.

– Cóż, moi drodzy – powiedziałem. – Rzeczywiście to nagrałem. Mam tę cenną wypowiedź udokumentowaną dźwiękowo i wizualnie.

Jak łatwo się domyślić, obaj chłopcy, mający żal do pana prezesa o rozbicie ich rodzin, porozumieli się. Artur grał spokorniałego syna, a Szczepan pogodzonego z losem pasierba. Ale to syn prezesa był sprężyną przedsięwzięcia i to on przygotował grunt do przeprowadzenia akcji. Dzięki moim ustaleniom klient uratował posadę, a sprawa została umorzona.

Toczy się tylko postępowanie przeciwko młodym ludziom, ale i ono pewnie zawiśnie gdzieś w prawnej przestrzeni. Najgorsze jest to, że klient, kiedy przedstawiłem mu moje wnioski, wydawał się wręcz dumny z tego, że jego syn potrafił go tak sprawnie załatwić przy tak ograniczonych środkach. Prawdę powiedziała jego była żona – to zwyczajna kanalia.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->