„Miałem 18 lat, kiedy urodził mi się syn. Moja dziewczyna i jej rodzice chcieli go oddać, więc zostałem samotnym ojcem”

Jej matka płakała, ojciec aż trząsł się ze złości. Oświadczyli, że nie pozwolą, aby ich córka złamała sobie życie przez jakiegoś przypadkowego bachora. Dlatego ustalili, że zostawią malucha w szpitalu.
ANTEK, LAT 21

Kiedy dotarło do mnie, że będę ojcem? Dopiero gdy syn pojawił się na świecie. Wcześniej nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Podobnie jak moja dziewczyna, wmawiałem sobie, że problem sam jakoś się rozwiąże, że nie ma się czym martwić.

Ona miała 16 lat, ja 17 i nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy mieć dziecko. Było na to zdecydowanie za wcześnie. Dlatego w ogóle nie rozmawialiśmy na ten temat. Ani ze sobą, ani z naszymi bliskimi.

Nikt nawet nie wiedział, że Agata jest w ciąży. I nie ma się czemu dziwić. Jej nastawieni na zarabianie pieniędzy rodzice prawie w ogóle się nią nie interesowali. Ograniczali się jedynie do drogich prezentów i pytania co w szkole. Gdy odpowiadała, że ok, zajmowali się własnymi sprawami. Nie zauważyli nawet, że ich córka przytyła.

A moi? Od lat pracowali za granicą. Teoretycznie opiekowała się mną babcia, ale od roku prawie jej nie widywałem. Uznała, że jestem już na tyle rozumny, że mogę zamieszkać sam. Odpowiadało mi to. Dostawałem pieniądze na utrzymanie, miałem wolną chatę, mogłem robić, co chciałem. Jedyne, co musiałem, to chodzić do szkoły i zdawać do następnej klasy. Który nastolatek nie marzy o takim układzie?

Agata urodziła dokładnie trzy dni po moich 18. urodzinach

Dowiedziałem się tego od jej rodziców. Zadzwonili i wezwali mnie na porodówkę. Gdy przyjechałem, czekali na mnie korytarzu. Matka płakała, ojciec aż trząsł się ze złości. Gdy podszedłem, zwyzywał mnie od najgorszych. A potem oświadczył, że ani on ani jego żona nie pozwolą, aby ich córka złamała sobie życie przez jakiegoś przypadkowego bachora. Dlatego ustalili, że zostawi malucha w szpitalu.

– A co ona na to? – wykrztusiłem.

– Zgodziła się. Bez wahania. Nawet nie chciała go oglądać. Wie, że tak będzie lepiej – warknął.

– A ja? Ja nie muszę się zgodzić?

– Po urodzeniu dziecko należy do matki. Jeśli więc nie przyznasz się do ojcostwa, żadna zgoda nie będzie potrzebna. Wszystko zostanie załatwione raz dwa, bez zbędnej sensacji i wizyt w sądzie – odparł.

W pierwszej chwili ucieszyła mnie ta wiadomość

Przecież przez całą ciążę Agaty marzyłem, by problem jakoś się rozwiązał. I właśnie ojciec mojej dziewczyny mi takie rozwiązanie podsuwał. Było dziecko, nie ma dziecka. Wystarczy wyjść ze szpitala i zapomnieć, że pojawiło się na świecie. Zrobiłem nawet pięć kroków stronę drzwi, ale coś w środku kazało mi zawrócić.

– Liczę, że nie zamierzasz mieszać naszej córce w głowie. Wszystko już postanowione – zagrodził mi drogę ojciec Agaty.

– Nie zamierzam. Chcę tylko zobaczyć swojego syna – odparłem.

Gdy go mijałem, jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z tego, że moje dotychczasowe, beztroskie życie właśnie dobiega końca. Chyba nigdy nie zapomnę swojego pierwszego spotkania z synem.

Stałem nad łóżeczkiem i gapiłem się w niego jak urzeczony. Był czerwony, pomarszczony, a mnie wydawał się najpiękniejszą istotą na świecie. I był mój. Czułem to całym sercem. Zrozumiałem, że jeśli pozwolę go oddać, to nie daruję sobie tego do końca życia.

Nie zastanawiając się ani chwili, wróciłem na korytarz. Był tam już tylko ojciec Agaty.

– Gdzie jest pana żona? – zapytałem.

– Poszła po kawę. A czemu pytasz? – spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Bo mam wam coś ważnego do powiedzenia – patrzyłem mu prosto w oczy.

– Wystarczy, że powiesz mnie.

– W porządku. A więc oświadczam, że nie pozwolę, by mój syn trafił do adopcji. Chcę go wychować… Nawet sam…

– Zupełnie zwariowałeś? Czy wiesz, na co się porywasz?

– Nie wiem, ale jak nie spróbuję, to się nie dowiem – uciąłem i zanim zdążył coś odpowiedzieć, ruszyłem do sali, w której leżała Agata.

W pierwszej chwili ucieszyła się, gdy mnie zobaczyła.

– O nic się nie martw. Wszystko już ustaliłam z rodzicami. Kilka podpisów, za sześć tygodni wizyta w sądzie i będzie po kłopocie – uśmiechnęła się.

Poczułem, jak ogarnia mnie złość. Nie mogłem zrozumieć, jak moja dziewczyna może mówić w ten sposób o naszym maleństwie. Zacząłem się zastanawiać, co w niej widziałem.

– Jeśli nie chcesz naszego dziecka to nie. Ale zgłoś, że to ja jestem jego ojcem – wypaliłem bez ogródek.

– Chyba nie zamierzasz go uznać? – wybałuszyła oczy.

– Zamierzam. I błagam cię, nie rób trudności, bo to tylko skomplikuje sprawę. A twoi rodzice chcą, żeby wszystko zostało załatwione szybko i po cichu – odparłem stanowczo.

Zastanawiała się przez chwilę.

– W porządku, będzie, jak chcesz – odparła. – Ale wiesz, że to oznacza koniec naszej znajomości?

– Wiem. I wiesz co? Płakać za tobą nie będę – odburknąłem.

Gdy wychodziłem ze szpitala, już nie pamiętałem o istnieniu Agaty. Chciałem tylko jednego – by zapomniała o synku i zniknęła z mojego życia na zawsze. Dużo później dowiedziałem się od znajomych, że to życzenie się spełniło.

Niedługo po porodzie rodzice wysłali ją do ciotki do Ameryki. Więcej się nie pokazała…

Następne dni były bardzo gorące. Musiałem przecież załatwić wszelkie formalności i przejść błyskawiczny kurs opieki nad niemowlakiem. Ojciec Agaty miał rację.

Nie miałem pojęcia, na co się porywam

Położna starała mi się wszystko pokazać, ale nie byłem pojętnym uczniem. Zaczęło docierać do mnie, że mogę sobie nie poradzić. Łudziłem się, że może babcia mi pomoże, ale nie chciała o tym słyszeć.

– Mam już dość wychowywania dzieci. Najpierw twój ojciec, potem ty, a teraz jeszcze niemowlę. Co za dużo to niezdrowo. Zadzwoń do rodziców. Może oni będą chętni – powiedziała mi.

Zadzwoniłem, a jakże. Rozmawialiśmy całe pięć minut. Tak jak się spodziewałem, nie kwapili się do pomocy. Nie chcieli przyjechać nawet na miesiąc. Obiecali jedynie, że będą przysyłać trochę więcej pieniędzy.

– Jak nawarzyłeś piwa, to musisz je teraz wypić – usłyszałem na koniec od ojca.

Już miałem mu powiedzieć, że oni z matką swoje piwo, czyli mnie, zostawili u babci, ale ugryzłem się w język. Bałem się, że się obrażą i odetną mnie od kasy. A bez tego ani rusz.

Mogłem oczywiście rzucić szkołę i iść do pracy, ale kto wtedy zająłby się synkiem? Byłem załamany. Nie wiedziałem, co robić, do kogo zwrócić się o pomoc. Za kilka dni miałem odebrać Filipa ze szpitala.

W desperacji zaprosiłem do siebie najlepszego kumpla ze szkoły, Artura, i opowiedziałem mu o wszystkim. Gdy skończyłem, mruknął, że jestem wariat i uciekł, jakby go ktoś gonił. Byłem pewien, że na dobre, że nie chce już znać faceta, który będzie siedział w pieluchach. Ale nie. Wrócił po dwóch godzinach w towarzystwie mojej wychowawczyni i kilku koleżanek i kolegów z klasy.

– A co wy tu robicie? – wykrztusiłem.

– Przyszliśmy ci powiedzieć, że nie jesteś sam, tatusiu – odparli zgodnym chórkiem.

A potem jeden przez drugiego zaczęli opowiadać, jak zamierzają mi pomóc. Dowiedziałem się, że dziewczyny w wolnych chwilach będą na zmianę zajmować się Filipem, chłopaki zabiorą się za urządzanie i wyposażenie jego pokoju, a wychowawczyni załatwi mi indywidualne nauczanie i dodatkowe pieniądze z opieki społecznej.

– I co, lepiej ci teraz trochę? – zapytał mnie Artur.

– Lepiej, zdecydowanie lepiej – uśmiechnąłem się.

Gdy kilka dni później odbierałem Filipa ze szpitala, już się nie bałem, nie żałowałem swojej decyzji.

Wierzyłem, że skoro mam tak wspaniałych przyjaciół, to sobie poradzę

Od tamtej pory minęły 3 lata. Przez ten czas dostałem niezłą szkołę życia. Choć przyjaciele dotrzymywali słowa i pomagali mi, jak mogli, to i tak przez większość czasu byłem zdany tylko na siebie.

Pieluchy, karmienie, kupki, gorączki, lekarz… I tak w kółeczko. Gdy kumple imprezowali w najlepsze, ja przecierałem zupę dla Filipa i modliłem się, żeby nie dostał po niej kolki. Była wtedy szansa, że uśnie choć na godzinę i będę się mógł pouczyć albo chociaż odetchnąć chwilę. Ale on ani myślał spać.

Marudził, płakał, domagał się uwagi. Nie mam pojęcia, jakim cudem zdałem maturę. Przeżywałem niejeden kryzys, nie raz siarczyście zakląłem, ale nigdy nie pomyślałem, żeby go oddać.

Dziś Filip chodzi do przedszkola. Jest wesołym, ale chwilami bardzo krnąbrnym dzieckiem. Już pierwszego dnia dał się opiekunce we znaki. I to tak porządnie, że aż się poskarżyła.

– Przepraszam, ale od urodzenia wychowuję go sam. I ciągle uczę się, jak być ojcem – bezradnie rozłożyłem ręce.

– Naprawdę? Taki młody? I sam? W takim razie świetnie panu idzie – uśmiechnęła się.

Myślicie że żartowała?

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->