„Ukrywam wygraną w lotto, bo boję się ludzkiej zawiści. Jestem milionerką, a nie mogę swobodnie wydawać pieniędzy”

„Siedziałam jak skamieniała, w głowie galopowały mi tysiące myśli. Tyle pieniędzy! Nie będę ich trzymać w domu… Ale jak wpłacę do banku, to wszyscy w mieście będą wiedzieć, że to ja wygrałam… Jak kupię sobie domek z ogródkiem, to wszyscy domyślą się, że to nie z pensji…”.

Poszłam do kiosku po gazetkę z krzyżówkami, które umilają mi wieczory. Przede mną stało kilka osób i każda poprosiła o kupon lotto – podobno do wygrania było aż 8 milionów złotych. Gdy nadeszła moja kolej i kioskarka spytała, czy gram, nie chciałam się wyłamać, więc poprosiłam o wydruk z maszyny.

Po kilku dniach przechodziłam koło kiosku. Okno przesłaniał plakat z napisem: „Tu padła kumulacja!”. Postanowiłam wejść i zasięgnąć języka.

– Wiadomo, kto wygrał? – spytałam sprzedawczynię.

– Do takiej kwoty nikt się nie przyzna – odparła kobieta. – Ale na pewno mamy w sąsiedztwie milionera. To nie pani?

– A skąd! – zaśmiałam się, jednak po przyjściu do domu wyjęłam swój kupon z portfela.

Niby w cuda nie wierzę, szczęścia do gier nigdy nie miałam, ale co mi szkodziło sprawdzić. Włączyłam komputer…

Dość szybko trafiłam na wynik losowania. Porównałam go z tym, co wybrała dla mnie maszyna w kiosku z gazetami. Nie mogłam uwierzyć. Ten milioner z sąsiedztwa… to byłam ja!

Dla jednych szczęście, dla innych kłopot

Siedziałam jak skamieniała, w głowie galopowały mi tysiące myśli. Tyle pieniędzy! Nie będę ich trzymać w domu… Ale jak wpłacę do banku, to wszyscy w mieście będą wiedzieć, że to ja wygrałam… Jak kupię sobie domek z ogródkiem, to wszyscy domyślą się, że to nie z pensji… Bandyci przyjdą nocą, poderżną mi gardło!

Poza tym, co można z takimi pieniędzmi zrobić? Kupić willę w Hollywood? Wyjechać na południe Francji? Tylko co ja tam niby miałabym robić? Chodzić na spacery? Jeszcze nie jestem emerytką! Poza tym nie znam języków obcych, więc co, mam zamieszkać w pałacu z tłumaczem?!

Wreszcie usiadłam na tapczanie i zaczęłam płakać – z bezradności i zagubienia.

– Mamo, jesteś mi potrzebna! – szlochałam na głos. – Tato, dlaczego umarłeś? Chcę, żebyś wrócił! Ty byś wiedział, co mam z tym począć…

Z tych nerwów zaczęła mnie boleć głowa. Poszłam do łazienki, żeby przyłożyć mokry ręcznik do rozpalonej twarzy. „Ledwo zostałam milionerką, a już wyglądam jak zombi” – pomyślałam, patrząc w lustro. Ta refleksja nieco poprawiła mi humor. Zasnęłam po rozwiązaniu pięciu krzyżówek.

Następnego dnia wsiadłam w autobus i pojechałam do Warszawy. Kilka godzin później wróciłam z numerem nowego konta w nowym banku, z kartą do bankomatu i świadomością, że stać mnie na wszystko. Byłam jednak pewna, że na razie nie chcę robić wielkich rewolucji. Niech wszystko układa się pomału. Cały weekend spędziłam na sprzątaniu i porządkowaniu papierów. Pomyślałam, że muszę odezwać się do Zenka, żeby  doradził mi, w jakim zakładzie kamieniarskim zamówić nagrobek. Postanowiłam bowiem, że w pierwszej kolejności zadbam o grób rodziców.

Mój przyjaciel jak zawsze znalazł dla mnie czas. Razem pojechaliśmy, dogadałam wszystko z kamieniarzem. Zamówiłam piękny obelisk z czarnego szwedzkiego granitu i ręcznie kute litery. Całość miała kosztować mniej więcej tyle co samochód.

– To bardzo dużo pieniędzy – powiedział Zenek, kiedy wyszliśmy przed warsztat. – Oszczędności życia wkładasz w grobowiec? Nie poznaję cię.

– To nie tak – szybko zaprzeczyłam. – Złożyliśmy się w kilka osób… eee, w kilkanaście. Dała na to cała rodzina.

– Przecież ty nie masz bliskiej rodziny – zdziwił się.

– Mam dalszą, dobrze wiesz.

– Odezwali się do ciebie wreszcie? To świetnie! – zapalił się Zenek. – Opowiadaj.

Z trudem wybrnęłam z tej sytuacji i dowiedziałam się ważnej rzeczy: nie umiem kłamać! „A teraz będę musiała” – pomyślałam lekko spanikowana.

Z ulgą poszłam do pracy. Lubię uczyć, chociaż dzieciaki stają się jakby z każdym rokiem trudniejsze. Dlatego z lękiem myślałam o tym, jak sobie dam radę w pracy, gdy zbliżę się do sześćdziesiątki; czy starczy mi zdrowia i energii, by nadal prowadzić maluchy przez pierwsze lata szkolne. Teraz już wiedziałam, że praca do emerytury to będzie mój wybór, a nie konieczność. I to była zmiana na lepsze.

Musiałam wreszcie komuś powiedzieć

Na Wszystkich Świętych całe miasto zauważyło imponujący pomnik na grobie moich rodziców. Zaczęto mi się przyglądać podejrzliwie. Widziałam, że koleżanki lustrują mnie uważnie; pewnie nawet obgadywały za plecami. Niestety, nie miałam z kim porozmawiać o moim problemie. Przecież na samym wstępie musiałabym powiedzieć prawdę o wygranej, a tego nie chciałam.

Zupełne wyobcowanie – to była kolejna zmiana w moim życiu. Kupiłam piękne, duże mieszkanie w Warszawie i co drugą niedzielę zażywałam stołecznych rozrywek. Chodziłam do muzeów, do kina, odwiedzałam galerie handlowe. Przyglądałam się biżuterii i zegarkom. Stać mnie było na nie, jednak wydawały mi się zbyt ekstrawaganckie.

Podczas tych warszawskich dni miałam wrażenie, jakbym pływała poza czasem i przestrzenią, poza samą sobą. Wiedziałam, kim kiedyś byłam. Kim jestem obecnie  – to był wielki znak zapytania, a jeszcze większą niewiadomą było to, kim stanę się za jakiś czas.

Przeglądałam prospekty z salonów samochodowych. „Może zrobić prawo jazdy i kupić auto? – myślałam. – Ale jaki? Terenowy czy limuzynę?”. Bawiły mnie te przymiarki. W gruncie rzeczy niewiele różniły się od nastoletnich zabaw w wybieranie ciuchów z kolorowych pism. Różnica była taka, że teraz mogłam mieć wszystko. Kupiłam sobie wielki telewizor, wieżę stereo i gramofon. Dla niepoznaki wszystko wzięłam na raty. Jednak cały czas samotność bardzo mi dokuczała. Czułam się nieswojo w gronie dawnych koleżanek, więc ich unikałam.

Mogłam liczyć tylko na Zenka, poczciwinę… Spotkaliśmy się przypadkiem na przedświątecznym kiermaszu.

– Chodź, chodź, Jadziu, właśnie wybieram drobiazg dla ciebie. Sama powiedz, czy to ci się podoba. Ładne, co? – machał mi przed twarzą białą gwiazdką wydzierganą szydełkiem.

Zrobiło mi się ciepło na sercu.

– Nie powinieneś wydawać na mnie pieniędzy – skarciłam go. – Wiem, jak ci ciężko.

– Nie żartuj. Raz do roku mogę. Poza tym ostatnio miałem trochę zleceń – powiedział.

Nagle poczułam, że po prostu muszę komuś powiedzieć o tym, co mi się przydarzyło, i że jedyną osobą, która mnie zrozumie, jest Zenek. Poprosiłam, aby mnie zawiózł w niedzielę do Warszawy. Podjechaliśmy jego starym gruchotem pod nowiutki apartamentowiec, w którym miałam mieszkanie. Zenek nic nie mówił. Nawet gdy otworzyłam masywne, mahoniowe drzwi. Przez otwarty przedpokój widać było dużą część lokum: kuchnię z salonem, pokój telewizyjny, drzwi do sypialni. Widziałam, że Zenek zdębiał.

– Muszę ci coś powiedzieć. To wszystko moje. Pewnie zastanawiasz się, skąd mam na to pieniądze. Otóż wygrałam w lotto.

Zamierzam zacząć nowe życie…

– No tak – powiedział. – Nie wierzyłem, że krewni dali ci kasę na nagrobek, a jeszcze to… Gdyby nie fakt, że jesteś nauczycielką w klasach I–III, byłbym pewien, że bierzesz łapówki. To uczciwe pieniądze? – upewnił się.

– Tak, ale się kryję, bo się boję.

– Nie dziwię się. Nie do wiary, ale historia! Co planujesz? Przy takiej kasie możesz na przykład założyć jakiś biznes: salon kosmetyczny, kwiaciarnię… Kobiety o tym marzą. A może podróże?

– Tak, wolałabym podróże… O, choćby do Kazimierza – ożywiłam się. – Kocham Kazimierz! Pojedziesz ze mną? Choćby dzisiaj!

Zenek nagle zmarkotniał.

– Jesteś milionerką – powiedział cicho, jakby do siebie. – Już nie mam żadnych szans, a myślałem, że może kiedyś… No cóż, byłem za marny dla nauczycielki, to kim jestem dla milionerki?

– Co ty gadasz? – zdziwiłam się. – Nigdy niczego mi nie zaproponowałeś. Jak teraz śmiesz mówić, że ja ciebie nie chcę ze względu na pieniądze?

– Nie denerwuj się, Jadziu… No to w drogę.

Urocze miasteczko, jakim jest Kazimierz Dolny nad Wisłą, czekało na nas w zimowej szacie. Lekki śnieżnobiały welon przykrył wszystko: domy, studnię na rynku, katedrę. Stanęłam oczarowana. Poczułam, że to znak. Odwróciłam się do Zenka.

– Zenek, jeżeli chcesz mi coś powiedzieć, to teraz jest pora.

Otworzył usta i przez jakiś czas nie mógł wykrztusić słowa.

– Ja… – odchrząknął. – Cholera, nie umiem się oświadczać…

Zakręcił się, jakby chciał odejść. Chwyciłam go za mankiet.

– Oświadczasz mi się?

– No tak. Dobrze wiesz, co czuję od lat. Nie udawaj.

– Przyjmuję oświadczyny!

– Ale ty, nauczycielka, ze zwykłym hydraulikiem…

– Rzucam szkołę. Jestem milionerką i robię, co mi się podoba – powiedziałam. – A teraz chcę zacząć nowe życie.

I właśnie tak je zaczęłam.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->