„Mama oddała mnie do bidula i porzuciła jak niechcianego szczeniaka. Cieszyłam się. Tam w końcu ktoś mnie kochał”

„W szkole miałam same piątki. Chyba chciałam pokazać, że ja, dziewczyna z domu dziecka, też coś potrafię. Nawet więcej niż dzieci, które mają normalne rodziny. Czy im zazdrościłam? Na początku tak”.

Wychowywałam się w domu dziecka. Trafiłam tam, gdy miałam sześć lat. Moja mama kompletnie załamała się po śmierci babci. Zapomniała, że ma córkę, którą trzeba się zająć.

Zostawiała mnie samą w mieszkaniu, nie myślała, żeby zrobić mi coś do jedzenia, kupić ubrania. Często byłam brudna i głodna. Dokarmiała mnie sąsiadka. To właśnie ona zawiadomiła opiekę społeczną. Przyjechali, porozmawiali z mamą i zabrali mnie do bidula.

Nawet nie protestowała. „Tak będzie dla ciebie lepiej” – powiedziała mi na pożegnanie. Z jednej strony było mi smutno, ale z drugiej się cieszyłam. Tęskniłam za miejscem, w którym mogłabym wreszcie poczuć się bezpiecznie.

Jak mi było w domu dziecka?

Dobrze. Nawet bardzo dobrze. Tam zawsze było ciepło, miałam co jeść i spotkałam ludzi, którzy chcieli się mną opiekować. Mama nigdy mnie nie odwiedzała, potem w ogóle gdzieś zniknęła, więc moją rodziną stali się wychowawcy. To oni mówili mi to, czego nigdy nie usłyszałam w rodzinnym domu: że jestem wspaniałą i mądrą dziewczynką. I że na pewno wiele w życiu osiągnę. Obiecałam sobie wtedy, że nie zawiodę ich zaufania. I będę najlepsza. We wszystkim.

W szkole miałam same piątki. Chyba chciałam pokazać, że ja, dziewczyna z domu dziecka, też coś potrafię. Nawet więcej niż dzieci, które mają normalne rodziny. Czy im zazdrościłam? Na początku tak. Zwłaszcza gdy przychodziły święta. Z czasem jednak zazdrość minęła.

„Jest tak, jak jest – mówiłam sobie. – Lubię swój dom dziecka, swoje koleżanki, kolegów, jest mi dobrze. Więc czym się tu martwić, czego zazdrościć?”.

Maturę zdałam bardzo dobrze. Gdy odebrałam świadectwo, aż skakałam z radości. Uświadomiłam sobie bowiem, że bez problemu dostanę się na wymarzone studia pedagogiczne. I wtedy spotkał mnie cios. Dowiedziałam się, że muszę opuścić dom dziecka. I to prawie natychmiast. Bo jestem już dorosła i czas najwyższy, bym rozpoczęła życie na własny rachunek.

– Ale jak to? Przecież chcę się dalej uczyć. Dokąd mam pójść? Z czego się utrzymywać? – pytałam zrozpaczona. Pani dyrektor bezradnie rozłożyła ręce.

– Wiem, dziecko, wiem… Ale nic nie mogę zrobić. Przepisy są nieubłagane – wykrztusiła.

Lubiła mnie i jestem przekonana, że nie było jej łatwo mnie wyrzucić. I tak cudem przetrzymała mnie do matury. Zawsze będę jej za to bardzo wdzięczna.

Nie ukrywam, byłam wściekła

Na przepisy, urzędników, los… „Psa na ulicę nie można wyrzucić, a człowieka bez problemu” – denerwowałam się. Co prawda dostałam maluteńkie mieszkanie w starej kamienicy w swojej rodzinnej miejscowości, ale… nie mogłam go nawet obejrzeć. Dom groził zawaleniem i inspektor budowlany kazał zamurować wejście, dopóki gmina nie wyremontuje budynku.

Nikt w urzędzie nie potrafił mi odpowiedzieć, kiedy to się stanie. „Niech was szlag!” – wrzasnęłam i wyszłam, trzaskając drzwiami. Zrozumiałam, że jestem zdana tylko na siebie.

Usiadłam na ławce i się rozpłakałam. Ale zaraz potem przypomniała mi się obietnica, którą złożyłam w dzieciństwie: że nigdy się nie poddam, będę najlepsza. Poczułam przypływ energii. „Ja wam jeszcze pokażę!” – krzyknęłam w stronę budynku ratusza. Otarłam łzy i ruszyłam na dworzec.

Pojechałam do Wrocławia. Uznałam, że w dużym mieście szybciej znajdę pracę. Zamieszkałam w schronisku młodzieżowym. Szczęśliwie dostałam wyprawkę finansową przysługującą wychowankom domów dziecka, więc miałam czym zapłacić za noclegi. Wyspałam się, a następnego dnia zaczęłam szukać jakiegoś zajęcia. Dzwoniłam, chodziłam, pytałam. I udało się. Przyjęto mnie do supermarketu. Pensja nie powalała, ale i tak byłam szczęśliwa. Dotarło do mnie, że zrobiłam pierwszy, duży krok na drodze do samodzielności.

Od tamtej pory minęły dwa lata

W moim życiu wiele się zmieniło. Ciągle pracuję w tym samym supermarkecie, ale nie siedzę już na kasie. Awansowałam. Jestem kierowniczką zmiany. Mimo że mam tylko dwadzieścia jeden lat i dopiero wybieram się na studia zaoczne. Po pracy wracam do przytulnego pokoiku, który wynajmuję od miłej starszej pani.

Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. Ja nazywam ją babcią, ona mnie wnusią. Często siadamy razem przy herbacie, kawałku domowego ciasta i rozmawiamy. Ona opowiada mi o swojej przeszłości, ja snuję plany na przyszłość. Wierzę, że spotka mnie jeszcze wiele dobrego. Nie boję się marzeń. Bez nich świat byłby taki szary. A ja nie lubię szarego koloru.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->