„Syn zbliżał się do 30-tki i nadal żył na moim garnuszku, do tego mnie obrażał. Zakończyłam samowolkę raz na zawsze”

„Harowałam od świtu do nocy, by syn miał dobre życie i start w przyszłość. Kiedy próbowałam upomnieć się o moje pieniądze, wściekał się, że jestem chciwa. Krzyczał, obrażał mnie i wyzywał, dopóki się nie wycofałam. I tak to trwało przez kolejne lata. Dzięki Bogu poskarżyłam się szefowi, który podsunął mi genialny pomysł”.
RENATA, 51 LAT
Wróciłam do domu nieprzytomna ze zmęczenia. Osiem godzin pracy plus dwie na rozkładanie i składanie stolików, mycie ekspresu, podliczanie kasy i kolejne dwie na dojazd… Kiedy przyjmowałam pracę w cukierni, myślałam, że będzie lżej niż w dyskoncie. Wcale nie było.

Olka zastałam jak zwykle przed komputerem.

– Jadłeś coś? – zapytałam machinalnie, zupełnie jakby miał dziesięć lat, a nie dwadzieścia siedem.

– Zostawiłam sznycle i buraczki.

– Zamówiłem pizzę! – odkrzyknął, nie odrywając się od gry.

Stanęłam jak wryta. Jak to zamówił pizzę? Przecież zostawiłam mu obiad w lodówce. Wystarczyło, żeby go sobie odgrzał! Jak mógł wydawać pieniądze na pizzę? Zaczęłam zadawać mu te wszystkie pytania, lecz syn tylko mnie uciszał, bo przecież grał.

– A co z twoją pracą? Szukałeś dzisiaj?

– Taa… Szukałem… Może ktoś się odezwie – rzucił rozkojarzonym tonem, ponieważ właśnie strzelał seriami do jakiegoś potwora na ekranie. – Coś jeszcze czy skończyłaś już ględzić?

Miałam tego dosyć, tyle że nie wiedziałam, co zrobić. Wychowywałam Olka samotnie, poświęciłam mu wszystko. Nigdy nie związałam się z żadnym mężczyzną, nigdy nie wyjechałam sama na urlop ani nawet na weekend. Cały swój czas, pieniądze i energię inwestowałam w syna. Kiedy był w szkole, chodziłam w przeciekających butach, ale on miał zapłacone zajęcia kung-fu. Żeby opłacić mu kurs angielskiego, brałam dodatkowe godziny w pracy.

Nigdy w życiu nie wydałam na żaden swój ciuch tyle, co na markową bluzę dla niego. Musiał ją mieć, bo wszyscy w klasie mieli rzeczy tej firmy. Nie chciałam, żeby się z niego śmiano i uważano za gorszego z powodu naszej sytuacji finansowej. Zaharowywałam się jak wiele matek w podobnej sytuacji, żeby mój syn miał normalne życie i dobry start w przyszłość. Nie miałam pojęcia, co poszło nie tak i dlaczego ten start opóźniał się o kolejne lata.

Dziwiłam się, że zamiast się uczyć, ciągle grał na komputerze, ale powtarzał, że nic nie rozumiem

Olek mieszkał ze mną, chociaż był pod trzydziestkę. Kiedy poszedł na studia, to było naturalne, że go utrzymywałam. Ale z politechniki wyleciał już po pierwszym roku. Nie uczył się i zawalił większość egzaminów.

– Nigdy nie chciałem być inżynierem! – oznajmił, tłumacząc się z porażki. – To ty chciałaś, żebym poszedł na polibudę! No i proszę! Masz, czego chciałaś! Nie poradziłem sobie! Zadowolona, że mnie zmusiłaś?! – usłyszałam od jedynaka.

Nie przypominałam sobie, bym go namawiała na te studia. Owszem, chciałam, żeby poszedł na uczelnię, bo przecież miał dobre oceny na maturze i był zdolny. Zapytałam, co wobec tego chciałby studiować i dowiedziałam się, że interesuje go jakiś kierunek informatyczny na płatnej uczelni. Opisywał mi, jakie to świetne studia i jaką superpracę dostanie już nawet na drugim albo trzecim roku.

Co miałam robić? Wzięłam kredyt w banku i zapłaciłam mu czesne za pierwszy semestr. Dziwiłam się, że zamiast się uczyć, ciągle grał na komputerze, ale wiecznie mi powtarzał, że nic nie rozumiem, bo on się uczy programowania gier i to jest jego praca domowa. Brałam więc kolejne zmiany, biegałam do dwóch prac, żeby zapłacić czesne.

Trwało to trzy, może cztery semestry. Potem Olek nagle doszedł do wniosku, że jednak nie nadaje się na te studia, bo egzaminy są dla niego za trudne, wykładowcy się na niego uwzięli i ogólnie on nie zamierza tego kontynuować.

Sprzeciwiłam się. Przecież poszło w to kilkanaście tysięcy złotych! Ciągle miałam niespłacony dług za ostatni semestr!

– No i co niby mam zrobić, twoim zdaniem? – zapytał zniecierpliwiony. – Podchodziłem do poprawek i nie zdałem. Nie mam kasy na kolejne, bo za każdą trzeba zapłacić.

Nalegałam, żeby jednak wziął dodatkowe terminy, a ja zapłacę za poprawki. Znowu zawalił egzaminy.

Wtedy zaczęłam żądać, żeby spłacił dług za te trzy semestry. Podałam mu kwotę, a on uniósł się honorem i wziął jakieś zlecenia. Coś przepisywał na komputerze. Ostatecznie spłacił mi niecałe dziesięć procent tego, co wydałam na jego prywatne studia. Resztę zarobionych pieniędzy wydawał po prostu na siebie. Kiedy próbowałam upomnieć się o moje pieniądze, wściekał się, że jestem chciwa. Krzyczał, obrażał mnie i wyzywał, dopóki się nie wycofałam.

I tak to trwało przez kolejne lata. Syn miał jakieś fuchy, czasami nawet zatrudniano go tymczasowo w biurze, ale nigdy na dłużej niż na trzy miesiące. To, co zarobił, wydawał na internet, telefon i swoje potrzeby, czyli ubrania i jakieś gadżety elektroniczne.

– Potrzebuję tego komputera do pracy, nie rozumiesz tego?! – darł się na mnie, kiedy zapytałam, jak mógł kupić kolejnego laptopa, a nie dołożył mi ani złotówki do czynszu i jedzenia. – Teraz będę mógł więcej pracować. Proszę, masz tu pięć stów. Zadowolona?! – rzucił kilka banknotów.

Nie byłam zadowolona. Jego utrzymanie nie kosztowało pięciuset złotych miesięcznie. Zajmował pokój, brał niekończące się kąpiele, zużywał masę prądu. No i jadł. Pustoszył lodówkę, nie przejmując się zbytnio, że wyjada ostatnie plasterki szynki. Bywało, że wracałam zmęczona i od razu musiałam znowu iść po zakupy, bo inaczej poszłabym spać głodna.

A kiedy miał ochotę, zamawiał sobie pizzę albo te kubełki z pieczonym kurczakiem za ciężkie pieniądze. To nie tak, że się na to godziłam. Usiłowałam go zmusić do wyprowadzki. Kazałam mu szukać sobie pokoju do wynajęcia. Ale jak niby miałam to wyegzekwować?

Dobra, mamo, uspokój się – mówił zniecierpliwionym tonem, kiedy poruszałam temat jego pójścia na swoje. – Właśnie wysłałem CV do piętnastu firm, jak tylko gdzieś się załapię, to się wyniosę. Myślisz, że mi pasuje mieszkanie z tobą i słuchanie twojego wiecznego jojczenia?

Myślę, że jednak mu pasowało, bo skończył dwadzieścia siedem lat i nigdzie się nie wyprowadził. Kiedy miał jakieś zatrudnienie, zawsze jakoś dziwnie odwlekał moment znalezienia sobie mieszkania czy choćby pokoju. A potem kontrakt mu się kończył i znowu usiłował uciszyć moje protesty kilkoma banknotami miesięcznie.

Miałam taki moment, że przestałam zupełnie robić zakupy. Pracowałam wtedy w galerii handlowej, mogłam tam w przerwach zjeść coś na ciepło. Lodówka była więc pusta.

Co zrobił Olek? Pojechał do mojej siostry i pożyczył od niej pieniądze. Naopowiadał, że mamy ciężką sytuację finansową i nie stać nas nawet na makaron z sosem. Aśka pożyczyła mu dwie stówy i zadzwoniła do mnie przerażona.

– Nie głodujemy! – zapewniłam ją, zażenowana. – Po prostu nie robię zakupów, a jemu się nie chce ruszyć tyłka sprzed komputera i wydać własnych pieniędzy.

– A on w ogóle gdzieś pracuje? – zapytała skonsternowana siostra.

– Ma jakieś zlecenia, coś tam robi po nocach – mruknęłam, bo nie chciałam jej wtajemniczać w patologiczną sytuacją w naszym domu. – Oddam ci te dwieście złotych i proszę cię, nigdy więcej nic mu nie pożyczaj. Dobrze?

Poskarżyłam się szefowi. Powiedział, co mam zrobić

To było wtedy, kiedy zaczęłam tę pracę w cukierni. Olek faktycznie dostał jakieś zlecenie. Żeby nie opowiadał bzdur po rodzinie, zostawiałam mu obiady do odgrzania w lodówce, ale on wolał wydawać pieniądze na pizzę i kurczaki. Byłam tak sfrustrowana i rozgoryczona postępowaniem syna, że poskarżyłam się szefowi.

Właściciel cukierni był porządnym facetem po sześćdziesiątce. Traktował mnie nie jak pracownicę, ale jak członka rodziny. Kiedy nie było klientów, opowiadał o byłej żonie i córce, która wyszła za Niemca. Nie miał łatwego życia, ale zdołał wyjść na prostą i spełnić swoje marzenia z młodości, jak prowadzenie tej kawiarnio-cukierni. Chociaż był starszy ode mnie tylko o dziewięć lat, traktowałam go trochę jak ojca i prosiłam o rady, tak jak w przypadku Olka.

– Nie ma dla niego pracy? – zdumiał się Henryk. – A wiesz, Haniu, że kiedy ja szukałem pracownika, to przez cztery miesiące nie mogłem nikogo znaleźć? To nie pracy brakuje ludziom, tylko chęci do niej. Coś mi się zdaje, że twój syn też tak ma.

– Tylko co ja mam z tym zrobić? – zapytałam smętnie. – Mam mu spakować walizki i zmienić zamki w drzwiach? Pierwsze co zrobi, to pójdzie do mojej siostry, szwagra i sąsiadów, żeby się pożalić, że go wyrzuciłam z domu.

– No to go nie wyrzucaj – uśmiechnął się szef. – Po prostu zlikwiduj ten dom. Moja była żona prowadzi agencję nieruchomości. Zajmuje się głównie wynajmem. Przerabiała już podobne sytuacje. Powiedzieć ci, jak to się robi? Wciąż się z Anką przyjaźnimy, pomoże ci.

Pomysł Henryka na początku wydał mi się absurdalny. Ale dotarło do mnie, że nie chcę tak dłużej żyć. Utrzymywanie obiboka, który nie zamierzał rezygnować z wygodnego życia w moim domu nie było moim planem do końca życia.

Była żona szefa okazała się sympatyczna i bardzo pomocna.

– Ciągle szukam kwater pracowniczych – stwierdziła. – Ma pani dwa pokoje i salon z osobną kuchnią? Świetnie! Mam grupę pięciu robotników z Ukrainy, płaci za nich firma, która ich tu ściągnęła. Od kiedy mieszkanie mogłoby być wolne?

Poprosiłam o tydzień czasu na zastanowienie. Bałam się, że się rozmyślę, bo przecież Olek to moje jedyne dziecko. Na szczęście ułatwił mi podjęcie tej decyzji, robiąc mi awanturę z użyciem wulgaryzmów za to, że w łazience skończył się żel do mycia. Tak, moje jedyne dziecko zwyzywało mnie od bezużytecznych babsztyli, ponieważ coś mu nie przypasowało… Potem gdzieś wyszedł, a ja przez całą noc pakowałam swoje rzeczy.

Rano, kiedy on odsypiał imprezową noc, przewiozłam swoje ubrania, książki i rzeczy osobiste do mieszkania, które wynajęłam dzięki uprzejmości eksżony Henryka.

W tym momencie Olek wszedł do domu i autentycznie osłupiał

Moi nowi lokatorzy zjawili się następnego dnia. Pięciu rosłych, silnych mężczyzn z Ukrainy. Wpuściłam ich do mieszkania, wręczyłam klucze i pokazałam, gdzie są ich pokoje. W dużym poza wersalką umieściłam dwa materace, a do mojej sypialni wstawiłam pod nieobecność syna dodatkowe łóżko.

– Tu jest pokój trzyosobowy, tu dwuosobowy – wyjaśniłam. – Tutaj mieszka mój syn. Myślę, że jakoś się dogadacie.

W tym momencie Olek wszedł do domu i autentycznie osłupiał.

– Co tu się, k…, dzieje?! – wrzasnął mój syn.

– Wyprowadzam się – odpowiedziałam z uśmiechem. – Jesteś tu zameldowany, więc możesz zostać. Ale podpisałam umowę najmu. Dwa pozostałe pokoje wynajęłam tym panom. Jeśli ci to przeszkadza, możesz znaleźć sobie własne mieszkanie – dodałam.

Oczywiście nie obeszło się bez sceny. Syn zagroził, że wezwie policję, żeby wyrzuciła „intruzów” z „jego” domu. Pani Anna powiedziała tylko „proszę bardzo”.

Ostatecznie Olek zamknął się w swoim pokoju i chyba sprawdził w internecie, że nie może nic zrobić. Mieszkanie było moje, a jego meldunek oznaczał tylko tyle, że może w nim przebywać za moją zgodą. Nie miał nic do tego, komu legalnie wynajmuję dwa pokoje.

Zresztą, nie czekałam, co zrobi dalej. Ukraińcy nie przejmowali się specjalnie wątłym, bladym chłopaczkiem, który próbował stroszyć piórka. Zwalili swoje torby i plecaki w pokojach i poszli do supermarketu kupić coś do jedzenia.

Olek dzwonił do mnie tego dnia ponad trzydzieści razy. Nagrał masę wiadomości, w których raz groził, że pozwie mnie do sądu, a raz błagał, żebym „skończyła w końcu tę komedię”, a on będzie mi się dokładał do czynszu.

Wreszcie się wyprowadził

Ale ja nie zamierzałam niczego kończyć. Firma zatrudniająca Ukraińców zapłaciła mi za wynajem dwóch pokoi i kuchni tyle, że starczyło mi na wynajęcie bardzo przytulnej kawalerki. Oczywiście nie zamierzałam tam siedzieć, nie wiadomo ile.

– Daję mu dwa tygodnie – powiedział Henryk, kiedy siedziałam z nim i Anną na herbacie w knajpce.

– Ja maksymalnie tydzień – orzekła jego eksżona z uśmiechem.

Olek wyprowadził się po dwunastu dniach. Nie miał pojęcia, dokąd się wyprowadziłam, więc mógł tylko nagrywać mi wiadomości. Od próśb i gróźb przeszedł do histerii. Lokatorzy nic mu nie robili, całymi dniami przecież pracowali. Ale nie mógł już jeść ich jedzenia z lodówki ani czuć się swobodnie w mieszkaniu, po którym łaziło pięciu obcych facetów.

Ostatnie nagranie brzmiało:

– Masz, czego chciałaś! Wyprowadzam się! Tylko mnie nie szukaj, ponieważ nigdy ci tego nie wybaczę!

– Wybaczy – orzekł pan Henryk. – Daję mu kilka miesięcy.

– Przejdzie mu – skwitowała Anna, z którą się zaprzyjaźniłam. – Zobaczysz, za rok będzie ci dziękował.

Olek podziękował mi dopiero po trzech latach od tamtych wydarzeń. Przyznał, że gdybym nie posunęła się do tak drastycznych środków, nigdy nie stanąłby na własnych nogach, nie poszedł do porządnej pracy i nie kupił mieszkania na kredyt.

– I nie poznałbyś Nataszy… – dodałam, a jedynak kiwnął głową.

Natasza to jego dziewczyna. Od kilku miesięcy mieszkają razem i widzę, że ta dziewczyna naprawdę wie, jak sobie radzić z moim synem.

Dla wyjaśnienia dodam, że wróciłam do starego mieszkania. Wynajmuję jeden pokój, żeby tak dużo już nie pracować. Mieszka u mnie miła studentka, która opiekuje się moimi kotami, kiedy wyjeżdżam. Bo trochę późno, ale jednak zaczęłam mieć własne życie.

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->