„Kiedy wróciłam do domu, Kasia spała. Obok leżał list dla mnie, w którym przepraszała, że to ona jest moją córką”

Przecież chciałam dla mojej córki wszystkiego, co najlepsze! A żeby osiągnąć w życiu sukces, trzeba na niego ciężko pracować i nie rozpraszać się głupotami. Chyba nic dziwnego, że jako matka musiałam tego dopilnować!

Pragnęłam tylko, żeby moja córka miała lepsze życie niż ja. Nie chciałam, aby popełniała te same błędy co ja. Strzegłam ją przed tragediami, które były moim udziałem. Teraz już wiem, że tak się nie da. Każdy żyje na swoje własne konto. Na to konto popełnia błędy i odnosi sukcesy.

Próbując na siłę uchronić moje dziecko od pomyłek, popchnęłam ją na dużo bardziej wyboistą drogę niż ta, którą mogła wybrać, gdybym jej pozwoliła. Gdyby mogła kierować się swoim instynktem, samodzielnym osądem i własnymi pragnieniami, może nie stałoby się to, czego nawet w najgorszy snach sobie nie wyobrażałam…

Wychowywałam córkę sama. Ojciec Kasi odszedł, gdy tylko dowiedział się o ciąży. Wygodnie uznał, że to wyłącznie mój problem. W pewnym sensie miał rację. Zadałam się z dupkiem i musiałam ponieść konsekwencje. Zrezygnowałam z marzeń o skończeniu studiów i pracy w jakimś eleganckim biurze.

Pracowałam w sklepie, jednym, drugim, piątym, bo albo nie chcieli przedłużyć umowy, albo traktowali ludzi jak wyrobników. Za rodzicami, którzy odcięli się ode mnie, gdy zaszłam w ciążę bez ślubu, tęskniłam mniej niż za moimi porzuconymi marzeniami. Dwudziesty pierwszy wiek, wzruszałam w myślach ramionami, a oni dalej tkwią w średniowieczu.

Trudno. Skoro muszę, to dam radę. Sama. Ale obiecałam sobie, że moja córka zawsze będzie mogła na mnie liczyć, niezależnie od wszystkiego.

Wychowam ją starannie i dam jej szanse, jakich ja nie dostałam.

Granie na pianinie jeszcze jej się przyda!

Harowałam całymi dniami, żeby miała to, co najlepsze. Ubrania, jedzenie, przedszkole, koniecznie językowe, bo dzisiaj języki to podstawa. Potem pianino. Wzięłam kredyt jak na mieszkanie, żeby je kupić. Mała brzdąkała w klawisze, zasypiając nad gamami, ale ćwiczyła.
Nawet jeśli teraz Kasia się nudziła i nie widziała sensu w tym całym „glaniu”, ja wierzyłam, że kiedyś zrozumie, że było więcej warte niż spędzanie czasu w piaskownicy.
Zresztą te dzieciaki z podwórka nie były dla niej odpowiednim towarzystwem. Podczas, gdy one marnowały czas na lepienie babek z piasku i tarzaniu się w trawie, Kasia już uczyła się czytać. Poszła od razu do drugiej klasy i osiągała najlepsze wyniki w szkole. Bez problemu opanowywała cały program i szła jak burza.
– Kochanie, nie możesz iść na urodziny do Wioli… Co z tego, że wszystkie koleżanki idą? Ty nie jesteś byle kto, poza tym masz pianino i gimnastykę. Zapomniałaś? To ważniejsze niż bawienie się lalkami czy jakieś inne bzdurki.
Słuchała, kiwała główką, niby rozumiała, ale za kilka dni znowu prosiła mnie o coś, co do niej nie pasowało, na przykład żeby poskakać z dziewczynkami w gumę.

– Kochanie, a jak się wywrócisz i uszkodzisz dłonie? Nie będziesz mogła grać na pianinie…
– Będę uważać. A one chcą, żebym się z nimi bawiła. Mamo…
– Namawiają cię, bo wiedzą, że jesteś od nich lepsza, że masz przed sobą przyszłość, księżniczko, i chcą cię ściągnąć do swojego poziomu. Zwyczajnie ci zazdroszczą. Musisz się nauczyć, jacy są ludzie.
A ja się uczyłam, jakich argumentów używać, by przekonać córkę do swoich racji. Kiedyś Kasia powtórzyła koleżance coś, co usłyszała ode mnie, a ta powtórzyła to matce i zrobiła się afera. Poszły plotki po osiedlu, że uważamy się za Bóg wie kogo, że wyzywamy innych od pospólstwa, że zgrywamy lepsze, że księżna porzucona i bękarcia księżniczka, i tym podobne.
Powinno mi być przykro, i trochę było, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – przynajmniej moja córka na własnej skórze się przekonała, jacy ludzie potrafią być podli, zawistni, nieszczerzy.
– Skup się na sobie, na nauce, na samorozwoju, a innymi sobie głowy nie zawracaj, będą cię tylko opóźniać albo wręcz blokować – tłumaczyłam.

A potem nie musiałam już tłumaczyć. Może Kasia przywykła do licznych zajęć, może zrozumiała, że chcę dla niej jak najlepiej, w każdym razie już się nie buntowała. Wracała z jednej szkoły, szła do drugiej, muzycznej, a po powrocie siadała nad książkami, ćwiczyła rozmówki po angielsku i hiszpańsku albo grę na pianinie.
Boże, byłam taka dumna, że moje dziecko jest takie inteligentne, zdolne i rozsądne. Idzie prostą ścieżką do świetlanej przyszłości. Nie będzie tyrać jak głupia, nie będzie brać kolejnej nocnej zmiany, żeby kupić buty na zimę. Będzie kimś ważnym, na wysokim stanowisku, albo może właścicielką własnej firmy, choć to zawsze ryzyko… Artystką raczej nie zostanie, bo tylko nieliczni potrafią się utrzymać ze sztuki na stosownym poziomie, a Kasia wirtuozem nie była. Dlatego odpuściłam sobie liceum muzyczne. Chciałam, żeby grała, by miała kontakt z muzyką klasyczną, bo to dodawało jej klasy, blasku, podnosiło jej wartość, rozwijało ją duchowo, poza tym uczyło dyscypliny i trzymało z dala od kłopotów. Dziecko skupione na regularnych ćwiczeniach i na nauce nie ma czasu na myślenie o głupotach.

Trochę się bałam, kiedy poszła do liceum. Bo już nie była dzieckiem, tylko młodą kobietą. Bałam się, że koleżanki namieszają jej w głowie, odciągną ją od priorytetów. Jeszcze bardziej się bałam, że pozna jakiegoś chłopaka, zakocha się i nieszczęście gotowe. Skończy jak ja.

Dlatego czuwałam, sprawdzałam i monitorowałam. Ktoś nazwie szpiegowaniem to, że przeszukiwałam komórkę córki, jej komputer, biurko, kieszenie, ale robiłam to z troski o nią. Nigdy nikt nie będzie kochał jej tak jak ja. Nikt tak o nią nie zadba.

Przestrzegałam ją wyłącznie dla jej dobra. Może przesadzałam, ale niewiele, mówiąc, że chłopcy w tym wieku chcą od dziewczyn tylko jednego, że nie interesuje ich, jaka jest mądra, zdolna, jakie ma marzenia, aspiracje, plany, chodzi im tylko o „dowód miłości”, a potem stracą zainteresowanie. Owszem, przemawiała przeze mnie gorycz dziewczyny „porzuconej z brzuchem”, ale także doświadczenie. Nie tylko moje, również wielu innych kobiet. Żeby wybić Kasi z głowy choćby myśli o randkowaniu czy włóczeniu się nie wiadomo gdzie i z kim, robiłam, co musiałam. Udawałam, że źle się czuję, łapałam się za serce, mówiłam, że już widać mnie nie kocha, nie potrzebuje, dlatego nie liczy się z moim zdaniem, zwracałam jej uwagę, że jeśli dziewczyna w jej wieku maluje usta i nosi spódnice przed kolano, to prosi się o kłopoty, a jak będzie dalej tyle przeglądać się w lustrze, to w końcu diabeł jej się pokaże…x

Jeszcze przyjdzie czas na strojenie się

Widziałam, jak Kasia gaśnie, jak traci zainteresowanie swoją młodością, urodą, jak unika patrzenia w lustro, jak przestaje podkradać mi kosmetyki, ciągnąć na zakupy modowe, zwracać uwagę na to, jak wygląda, w co się ubiera… Tak, widziałam to wszystko, ale wierzyłam, że cel uświęca środki. Jeszcze będzie miała czas na strojenie się i malowanie. Niech uważają ją za brzydulę i kujona. Tak będzie bezpieczniej. Lepsze małe kompleksy niż niechciana ciąża albo niezdana matura. Przyjdzie pora, by rozkwitła, a wtedy znajdzie kogoś odpowiedniego, na poziomie, kto ją doceni, uszanuje. Ale najpierw studia. Wciąż nie byłam pewna, co lepsze: prawo czy ekonomia…
Zdenerwowałam się, gdy zadzwoniła wychowawczyni Kasi, żeby zapytać, czy wszystko w porządku. Niby czemu miałoby nie być? Martwiło ją, że Kasia nie nawiązuje żadnych relacji z kolegami z klasy, ze szkoły, nawet nie zaprzyjaźniła się z koleżanką z ławki. Po prostu jest na lekcjach, a potem jakby znikała. Nie rozmawia z nikim, nie śmieje się, nie żartuje jak reszta nastolatków. Nie chichocze, nie spotyka się z chłopakami, nie plotkuje z dziewczynami…
Aha. Moja córka jest dziwaczką, bo nie chichocze na przerwach. Ja chichotałam, plotkowałam, umawiałam się i jak na tym wyszłam?
– Czy Katarzyna sprawia jakieś problemy wychowawcze albo opuściła się w nauce? – spytałam przez zaciśnięte zęby.
– Nie, oczywiście, że nie. Jest jedną z najlepszych uczennic w całej szkole i najlepszą w klasie.
– Więc nie bardzo rozumiem, co tak panią niepokoi.
– Nie samą nauką żyją młodzi ludzie, wręcz nie powinni. Potrzebują relaksu, oderwania się od obowiązków. Planujemy klasową wycieczkę. I Kasia z góry powiedziała, że nie pojedzie, bo musi ćwiczyć grę… na pianinie. To prawda?
Nie zamierzałam się tłumaczyć. Nie jej sprawa, jak wychowuję córkę. Dla niej moja Kasia była jedną z wielu uczennic, dla mnie była wyjątkowa, jedyna na całym świecie. Wycieczka klasowa? Parodniowa? Z dala ode mnie? W towarzystwie rozwydrzonej młodzieży, na którą żaden nauczyciel nie zapanuje? Wykluczone.
– Tak. Musi. Bierze udział w konkursie. Coś jeszcze? Nie? To dziękuję za troskę i do widzenia.
Skłamałam. Kasia nie brała udziału w żadnym konkursie. Do szkoły muzycznej też już nie uczęszczała, bo skoro nie planowałam, by kształciła się dalej w tym kierunku, lepiej, by uczyła się intensywnie czegoś innego, czegoś, co jej się przyda w życiu, na przykład dodatkowego języka, może chińskiego, teraz przecież wszyscy chcą handlować z Chinami, bo to gigantyczny rynek. Co nie znaczy, że ma rzucić grę na pianinie w ogóle. To bardzo dobre, kulturalne hobby dla damy, dla takiej idealnej córki jak moja…
…którą tłamsiłam tak bardzo, że nie wytrzymała.

Boże, dlaczego to zrobiła?!

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Data, godzina, pogoda za oknem, zapachy na korytarzu – wszystko mam dokładnie wyryte w pamięci. Wróciłam z pracy i zdziwiłam się, bo nie usłyszałam pianina. Zazwyczaj w czwartki to ono witało mnie już pod blokiem.
– Kasiu, jestem! – zawołałam w głąb mieszkania.
Odpowiedziała mi cisza. Czyżby uczyła się w słuchawkach? Weszłam do jej pokoju. Kasia leżała na łóżku, z twarzą w poduszce.
– Biedactwo, tak zmęczyłaś się nauką…
Chwilę zajęło mi zrozumienie, co znaczą leżące na podłodze opakowania po lekach, jak rozumieć zostawiony przez Kasię liścik… Ale w końcu do mnie dotarło i zaczęłam krzyczeć. To były moje leki, zapisane mi przez psychiatrę, do którego poszłam w chwili słabości, bo nie mogłam spać. I dostałam kilka różnych, zanim znaleźliśmy takie, które działają. A Kasia łyknęła wszystko, co zostało! Ile tego było? Kiedy to wzięła? Jak nią podziała taki koktajl?
Krzyczałam i potrząsałam nią. Nie reagowała. Chwyciłam ją za nadgarstek. Puls był ledwie wyczuwalny, ale był. Szybko zadzwoniłam po pogotowie, a później przełożyłam ją przez kolana, wepchnęłam dwa palce do gardła i sprowokowałam wymioty. Boże drogi, czemu? Czemu to zrobiłaś, dziecko?!
List. Tak, był list, ale…
„Przepraszam, że musiałaś mnie urodzić. Przepraszam, że to ja byłam twoją córką. Uwolnię cię”.
Co to miało znaczyć?
Jechałam obok niej w karetce, a potem czekałam na korytarzu w szpitalu, modląc się, by uratowali moje dziecko. I cały czas w głowie kołatało mi jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego to zrobiła? Czemu przepraszała za bycie moją córką? To miał być jakiś protest, rodzaj buntu czy… naprawdę chciała się zabić? Czemu? Czego jej brakowało? Czemu już nie chciała być moim dzieckiem?
Naprawdę nie wiesz? – zapytał jakiś głoś w mojej głowie. Naprawdę nie wiesz, czego jej brakowało? A od czego chciała uciec?
Nie, nie wiedziałam! Nie chciałam wiedzieć…
– Pani jest mamą Kasi? – młoda lekarka wyszła do mnie na korytarz. – Proszę się tak nie martwić, udało nam się ją uratować. Także dzięki pani przytomności. Gdyby ją pani później znalazła, gdyby założyła, że po prostu śpi… No ale na razie jest dobrze. Zostanie u nas na oddziale, odtrujemy ją, upewnimy się, że nic nie zagraża jej zdrowiu fizycznemu, ale potem konieczne będą konsultacje z psychiatrą, może dłuższa terapia. Podejrzewa pani, dlaczego to zrobiła? Miała jakieś powody, by targnąć się na swoje życie?
– Nie wiem…
– Może jakieś konflikty z rówieśnikami, zawód miłosny?
Niby jakim cudem, skoro nie miała koleżanek ani chłopaka? Nikogo oprócz mnie, oprócz matki, która…
– Chciałabym, żeby to z tego powodu było – wymknęło mi się i spłoszona spojrzałam na lekarkę.
Kobieta przyglądała mi się z poważną miną. Czy za tą powagą kryło się współczucie czy może oskarżenie? Czy zrozumie? Czy to da się w ogóle zrozumieć, wytłumaczyć? Przecież nie chciałam źle, kochałam moje dziecko nad wszystko, bez wahania oddałabym za nią życie, więc czemu… czemu…
Czemu nie pozwalałaś jej żyć? – znów ten osądzający, bezlitosny głos sumienia. Czemu trzymałaś ją na smyczy i nie spuszczałaś ani na chwilę? Czego się bałaś? Że się zgubi, zrobi sobie krzywdę czy że od ciebie ucieknie?
Zakręciło mi się w głowie.
– Źle się pani czuje? Proszę za mną, poproszę pielęgniarkę, by podała pani coś na uspokojenie.
Zabrała mnie do gabinetu i… pomilczałyśmy. Na razie stać mnie było tylko na to – by milczeć, zamiast oskarżyć wszystkich wokół o to, że moja córka chciała umrzeć. Może przez chwilę, ale gdybym przyszła później, byłoby na zawsze. I co wtedy? Boże, co wtedy? Jakikolwiek inny scenariusz – dotąd wydający się absolutnie nie do przyjęcia, jak na przykład moja córka w ciąży, za to bez matury – teraz byłby akceptowalny. Bo śmierć nie daje już żadnych szans…
Potem były rozmowy z psychologiem i psychiatrą. Terapie. Dla mnie i dla Kasi, razem i osobno. Bo obie cierpiałyśmy i obie zmagałyśmy się z demonami, z tą różnicą, że te dręczące moją córkę ja osobiście wypuściłam na świat. Nikt wprost mi nie powiedział: to przez ciebie Kasia chciała się zabić. W kółko ostrzegałaś ją przed tym, by nie powtarzała twoich błędów, by nie skończyła jak ty, więc uznała, że zniszczyła ci życie. Nikt nie zapytał retorycznie: kontrolowałaś ją i wpędzałaś w kompleksy dla jej dobra? Wybrałaś dla niej przedszkole, szkołę, zajęcia pozalekcyjne, przyszłe hobby i studia, bo to twoja córka, więc musi żyć pod twoje dyktando, spełniać twoje oczekiwania i marzenia, które przez nią straciłaś? Odcinałaś ją od rówieśników, ograniczałaś beztroską zabawę do minimum, zmuszałaś do ciągłej nauki, poddawałaś nieustannej presji, szantażowałaś emocjonalnie, kazałaś grać na pianinie, nawet nie zapytawszy, czy to lubi… z miłości? Czy za karę? Bo co to za miłość? Prędzej tresura, zniewolenie i przemoc psychiczna…
Nie, nikt tego tak nie nazwał. Sama to odkryłam i powiedziałam. Na głos. Nie po cichu, w ciemnym zakątku duszy. Musiałam sama do tego dojść, sama otworzyć się na tę gorzką prawdę i wziąć za nią odpowiedzialność. Tak, to moja wina. Ograniczałam Kasię i kontrolowałam od małego, sprawiając, że zamykała się w sobie coraz bardziej i bardziej, że traciła poczucie sensu, własnej tożsamości oraz tego, że cokolwiek od niej zależy.
Wreszcie nie wytrzymała i zrobiła coś drastycznego, bez pozwolenia i pytania, bo to jedno jeszcze mogła zrobić: odebrać sobie życie i świat, na który się nie pchała. Załamała się.
Ja nie mogłam. Dla mojego dziecka musiałam być silniejsza niż kiedykolwiek. Przyznać się do błędu i spróbować go na prawić.

Uczymy się na nowo żyć razem

Robię to, dzień po dniu, krok po kroku. Kasia uczy się normalnego życia, nawiązywania relacji, zarówno z rówieśnikami, jak i ze mną. Ja uczę się być odpowiedzialnym i akceptującym rodzicem. Nie takim, który kontroluje wszystko i zmusza dziecko do swojej wizji życia, ale wspierającym i pozwalającym popełniać błędy, choć też trzymam ją za rękę, kiedy ma gorszy dzień i tego potrzebuje.
Staramy się budować naszą relację na nowo. Zaczęłam od zapewniania, że nie zniszczyła mi życia, że jest w nim największym szczęściem i nigdy nie żałowałam, że ją urodziłam. Kasia nie dowierza i trudno się dziwić. To moja kara. Moje dziecko uważa się za niegodne miłości. Bywa różnie, czasem świetnie, a czasem cofamy się o kilka kroków.
Czasem zdarzają się potknięcia. Mnie też jest trudno się przestawić na inny model macierzyństwa. Ale muszę zaufać Kasi, która jest już prawie dorosła, a nie zaznała w pełni dzieciństwa. Mam nadzieję, że to nadrobi. Beztroska, słodkie lenistwo, wypady na miasto i ploteczki z koleżankami, chichotanie na korytarzach, pierwsza miłość, rumieńce, pocałunki…
Choć do tego daleka droga. Nie dlatego, że jej zabraniam, że wciąż się boję, by ktoś jej nie skrzywdził, ale… Sporo pracy mnie czeka, by uwierzyła, że naprawdę jest śliczną, mądrą dziewczyną, która może podobać się chłopcom. I to nie tylko takim, którzy chcą ją wykorzystać i zostawić. Mam nadzieję, że skrzydła, które jej podcinałam, odrosną i kiedyś w pełni je rozwinie.
Ciut mnie pociesza to, że Kasia lubi grać na pianie. Po raz pierwszy zapytałam, a ona długo się zastanawiała. Bo aż miesiąc, w trakcie którego nawet jednej gamy nie zagrała. Tyle czasu potrzebowała, by stwierdzić, że jednak jej tego brakowało.
– Lubię grać, ale dla przyjemności albo żeby się wyładować, i lubię wymyślać własne melodie.
– Tworzysz…?
Uśmiechnęła się.
– Jak nie widziałaś i nie słyszałaś. I wolę współczesną muzykę. W szkole ma być przedstawienie, chcą, bym grała jako akompaniatorka. Chyba się zgodzę.
Właśnie tak, krok po kroku. Decyzja po decyzji.
Beata
Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->