Strona główna HISTORIE „Mama pojechała do sanatorium i zamiast nabierać sił, z dnia na dzień...

„Mama pojechała do sanatorium i zamiast nabierać sił, z dnia na dzień słabła. Nic sobie nie uroiła, to wina współlokatorki”

„Nagle mnie olśniło.  – Wracamy do sanatorium. – Teraz? – rozczarowany Andrzej wskazał na kufel z niedopitym napojem. – Natychmiast! Dwadzieścia minut później wkroczyłam do sanatoryjnego holu. Podeszłam do recepcji i zaczęłam podpytywać pielęgniarkę o kuracjuszy, o moją mamę i jej >>sprawowanie<< na wyjeździe. Niby mimochodem spytałam też o panią Sabinę”.

W tym roku wreszcie udało mi się namówić mamę na wyjazd do sanatorium. Łatwo nie było, bo najpierw musiałam ją przekonać, że naprawdę nas na to stać. Nie obyło się też bez narzekań. Bo kiedyś to jeździło się za darmo, kiedyś dbano o człowieka, kiedyś to, kiedyś śmo… No cóż, „kiedyś” mama nie była siedemdziesięcioletnią wdową, lecz młodą, szczęśliwą mężatką, zdrową, pełną życia kobietą. Nawet szara rzeczywistość wydawała się jej krainą mlekiem i miodem płynącą. Ale tamte czasy już nie wrócą, zatem nie ma się co zastanawiać i porównywać dziś z wczoraj.

Wreszcie mama pojechała na leczenie, które przy naszej finansowej pomocy poszerzyła o dodatkowe zabiegi, ładniej usytuowany pokój i coś tam jeszcze. W naszej pierwszej rozmowie telefonicznej mama była pełna entuzjazmu. Wyżywienie dostało u niej ocenę dobrą, opieka medyczna – dobrą, pokój i czystość oceniła na bardzo dobrze. Średnia wychodziła powyżej przeciętnej, zatem miałam nadzieję, że mama wróci wypoczęta i pełna sił.

Druga rozmowa wzbudziła mój lekki niepokój. Choć powyższe oceny nie uległy zmianie, między wierszami wyczułam, że mama jakby lekko przygasła, a radość z pobytu nad ukochanym morzem nie jest tak wielka, co kilka dni wcześniej.

Kolejna wprawiła mnie w przerażenie.

 Coraz bardziej zastanawiam się, córeczko, nad swoimi latami, i jakoś tak ciężej mi na sercu z każdym mijającym dniem – mówiła mama. – Właduś czeka na mnie niecierpliwie po tamtej stronie. Może zabieganie o resztki zdrowia nie ma już sensu?

Skąd nagle takie myśli?! Dotąd mama nigdy nie mówiła w ten sposób o zmarłym tacie. Raczej była przekonana, że Władziowi, jej wielkiej miłości, przyjdzie jeszcze długo na nią poczekać. Bo ona ma zamiar zobaczyć swoje prawnuki. A tu proszę, taki pasztet.

– Powiem ci coś jeszcze, córeczko  – usłyszałam na koniec. – Odkąd poznałam moją współlokatorkę, coraz wyraźniej rozumiem, jak straszna może być starość i zniedołężnienie. Już się boję dni, kiedy będę musiała poruszać się z balkonikiem, dodatkowo pilnowana przez sanitariusza, żebym się nie przewróciła…

Nie ma na co czekać, jedziemy do Sopotu!

– Nie ma na co czekać – zarządziłam jeszcze tego samego dnia, zbywając machnięciem ręki słabe protesty mojego męża. – W niedzielę jedziemy do mamy.

Trzy dni później wsiedliśmy z Andrzejem do samochodu i już po kilku godzinach dojechaliśmy do sopockiego sanatorium. Koło południa, z duszą na ramieniu, pukałam do pokoju numer 5.

Otworzyła mi starsza, sympatyczna pani, najwyraźniej współlokatorka mamy. Kiedy się przedstawiłam, powiedziała:

– Wandzia poszła na basen, potem ma w planie bicze wodne, następnie masaże… To wszystko razem potrwa jeszcze dobre trzy godziny – podsumowała. – Ale mogą państwo na nią tutaj zaczekać… Zapraszam. Może herbatki?

Przyznam, że zdziwił mnie wigor staruszki, która według opisu mamy powinna ledwo powłóczyć nogami, niepewnie trzymając się balkoniku na kółkach.

Kiedy filiżanki z aromatycznym napojem pojawiły się na stoliku, pani Sabina przysiadła się do nas.

Najwidoczniej pogodna z natury, co  rusz ściskała serdecznie nasze dłonie.

– Ach, moi mili, to wprost niesamowite, ale w tym ośrodku zawsze wraca mi życie! Wystarczą trzy tygodnie, a ja zaczynam ponownie oddychać pełną piersią. Tutejsi lekarze czynią cuda, to pewne.

Jak się okazało, była stałą kuracjuszką sopockiego sanatorium. Niegdyś wysyłali ją tu lekarze, dziś, dzięki zamożnym dzieciom, corocznie zjeżdżała na czas wakacji, by nad morzem nabrać nowych sił.

Słuchałam słów staruszki, kiwałam ze zrozumieniem głową, a jednocześnie rosło we mnie coraz większe przekonanie, że powinniśmy iść na spacer. Miałam wrażenie, że w pokoju robi się coraz bardziej duszno, że jego ściany zaczynają na mnie napierać… W pewnym momencie poderwałam się z miejsca i bąknęłam:

– Przepraszam, ale musimy coś zrobić.

To było silniejsze ode mnie. Po prostu musiałam stamtąd wyjść. Natychmiast!

Chwyciłam Andrzeja za rękaw i wyciągnęłam go na korytarz.

– Stało się coś? – zapytał za drzwiami.

– Nie… Dlaczego pytasz?

– Jesteś strasznie blada – mąż pomógł mi dojść do ławki stojącej na korytarzu. – Źle się czujesz? Może zawołam lekarza, w końcu jest ich tu pod dostatkiem.

– Nic mi nie jest – uspokoiłam go. – Tylko trochę kręci mi się w głowie.

– Może się przejdziemy?

Pomógł mi wstać, ujął mnie pod rękę.

To dziwne, przecież niecałą godzinę wcześniej byłam pełna wigoru, a teraz nieoczekiwanie opadłam z sił.  Jakby ktoś przekłuł mój „balon” i uszło ze mnie niemal całe powietrze.

Wsparta na ramieniu Andrzeja, ruszyłam dzielnie w stronę plaży. Rzeczywiście, spacer i kojący szum fal dobrze na mnie wpłynęły. Znów poczułam się sobą. Po drodze zaszliśmy do niewielkiej restauracyjki, żeby spróbować smażonej ryby. Siedząc na tarasie, nieoczekiwanie usłyszałam słowa jakiejś kobiety:

– Jesteś jak pijawka. Ciągniesz ze mnie pieniądze jak z dojnej krowy! – złościła się na kilkuletniego chłopca. I nagle mnie olśniło.

– Wracamy do sanatorium.

– Teraz? – rozczarowany Andrzej wskazał na kufel z niedopitym piwem.

– Natychmiast!

Dwadzieścia minut później wkroczyłam do sanatoryjnego holu. Podeszłam do recepcji i zaczęłam podpytywać pielęgniarkę o kuracjuszy, o moją mamę i jej „sprawowanie” na wyjeździe. Niby mimochodem spytałam też o panią Sabinę.

– To nasza najwierniejsza kuracjuszka – usłyszałam. – Przyjeżdża do nas regularnie od dziesięciu lat. Jest żywym dowodem na to, że przywracamy ludziom siły. Wie pani, wiek robi swoje. Co roku pani Sabina przyjeżdża słabsza. W tym roku, jak ją zobaczyłam, to byłam pewna, że nawet nasze zabiegi nie przywrócą jej sprawności. A tu, proszę, wystarczył tydzień i odstawiła balkonik. Od wczoraj spaceruje bez asysty pielęgniarza!

Trzeba zamknąć oczy, miarowo oddychać…

Nie musiałam już o nic więcej pytać. Byłam pewna, że pani Sabina jest wampirem. Co prawda, nie wysysa z mojej mamy krwi, ale wyciąga z niej energię. Że też od razu się nie zorientowałam, kiedy podałyśmy sobie dłonie… Od lat się tym interesuję, a teraz jakbym oślepła!

Na wszelki wypadek postanowiłam jednak sprawdzić swoje podejrzenia, dlatego przed powrotem do pokoju mamy, wyszłam na dwór, usiadłam na ławce. Odprężyłam się. Zaczęłam głęboko, miarowo oddychać, wciągając powietrze nosem i wypuszczając je ustami. Przy każdym wdechu powtarzałam sobie, że razem z tlenem wnika w moje płuca złota energia, która otacza mnie swoimi dobroczynnymi wirami. Po trzydziestu oddechach wyobraziłam sobie, że otaczam całą swoją postać kokonem złotego światła. W końcu zbudowałam wokół siebie złotą kulę, której powierzchnia, jak rozkazałam w myślach, miała twardość diamentu. Byłam już pewna, że żadna zła energia nie przeniknie do wnętrza mojego schronienia.

W holu spotkałam mamę, która wracała z zabiegów. Jej widok mnie przeraził! Zamiast tryskać energią i zdrowiem, sprawiała wrażenie poszarzałej, jakby mniejszej. Nawet kąciki ust miała opadnięte…

„To ostatni dzwonek na moją interwencję” – przeleciało mi przez myśl.

Wyprowadziłam  mamę na zewnątrz i pomogłam usiąść na ławeczce  w cieniu. Tam wytłumaczyłam jej, aby w wyobraźni zbudowała wokół siebie złotą kulę. Popatrzyła na mnie podejrzliwie.

– Ejże, stosujesz na mnie te swoje magiczne sztuczki? Co się dzieje? I w ogóle, co tu robisz? Stęskniłaś się za mną?

Postanowiłam już wcześniej, że nie powiem jej o wampirycznej psychice pani Sabiny. Staruszka robiła to całkiem nieświadomie – po prostu przyciągała ją energia życiowa innych ludzi, którą wchłaniała w siebie, odzyskując siły. I nie kojarzyła własnego powrotu do zdrowia z osłabieniem współlokatorki. Nie chciałam, żeby kuracjusze, usłyszawszy słowo „wampir”, omijali panią Sabinę z daleka.

Kochana staruszka wcale nie jest naiwna

– Przyjechałam, bo zmartwiły mnie twoje listy. Ale porozmawiałam z jednym z tutejszych psychologów… – skłamałam gładko – i on stwierdził, że dzięki uruchomieniu własnej psychiki, możesz odzyskać utracone zdrowie i siłę. A wiesz, że moje sztuczki działają. Pamiętasz, jak uczyłam cię robić złotą kulę ochronną?

Mama patrzyła na mnie przez chwilę, a potem z powagą kiwnęła głową i zamknęła oczy. Po pewnym czasie oświadczyła, że zbudowała wokół siebie złotą kulę o ścianach twardszych od diamentu.

Wyjeżdżając, poprosiłam mamę, żeby ową kulę budowała wokół siebie co wieczór, tuż przed zaśnięciem… Kilkanaście dni później, po jej powrocie do domu, dowiedziałam się, że pani Sabina po moim wyjeździe znowu zaczęła słabnąć. Na koniec nie mogła obyć się bez balkonika i pilnującego ją sanitariusza.

– A ja wręcz przeciwnie! – oświadczyła mama. – Czuję się cudownie. Może dlatego Sabina, na początku tak serdeczna, zaczęła na mnie krzywo patrzeć – mrugnęła do mnie okiem.

Trudno, żeby nie domyśliła się, o co tu chodziło. Tę historię opowiada swoim przyjaciółkom niemal przy każdym spotkaniu. I uczy je budowania złotego kokonu przeciw energetycznym wampirom…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->