„Syn z synową, mają pretensje, że się wtrącam w ich sprawy. Cóż, beze mnie pomarliby z głodu i zarośli brudem”

„Jakiś czas temu zabrali mi swoje klucze, a syn oświadczył, że w ogóle nie chcą mojej pomocy przy sprzątaniu, a w dodatku mam zawsze dzwonić, kiedy chcę ich odwiedzić. I co z tego, że im coś czasem podrzucę? Nie potrzebują mojej pomocy? Akurat! Mogą sobie gadać. I tak wiem, że po prostu unoszą się dumą”.
DOROTA, 55 LAT

Czajnik był tak straszliwie zapaćkany, że niemal wszystkie paznokcie sobie pozdzierałam, zanim go doprowadziłam do porządku. Patelnie popalone, garnki bez pokrywek, w szafkach kuchennych rozsypane cukier, mąka i przeróżne kasze… Słowem – odrażający syf!

Wpadłam do syna i synowej na kilka dni przed świętami, gdy byli w delegacji, bo chciałam posprzątać u nich trochę. Ot, tak – żeby mieli trochę mniej roboty, kiedy wrócą. Ale takiego brudu naprawdę się nie spodziewałam! Tyrałam jak wół przez cały tydzień. Myślicie, że mi potem choć podziękowali? A skąd!

– Koniecznie musiałaś udowadniać Oliwii, że jest brudasem? – spytał mnie syn z pretensją w głosie.

Wojtek i Oliwia są małżeństwem od pięciu lat. Jak się kłócą, to jestem nawet zadowolona, że wciąż nie mają dzieci. Oboje wtedy wrzeszczą i rzucają ciężkimi słowami. Nic ich nie obchodzi, że ktoś słucha.

– To nasze sprawy – tyle tylko powiedzą, kiedy się o nich martwię. – Zajmij się swoim życiem!

Jak można być tak rozrzutnym!

Ile już razy mówili, że będzie rozwód! Kiedyś nie wytrzymałam, wtrąciłam się i to był bardzo zły ruch, bo oni szybko się pogodzili, a ja wyszłam na tę, co judzi i mąci. Tylko dlatego, że stanęłam po stronie Oliwii…

– Spiskujesz za moimi plecami? – natychmiast zapienił się mój synek. – Nic o nas nie wiesz! Zabraniam ci dzwonić do Oliwii i wypytywać o cokolwiek!

Któregoś dnia spotkałam na poczcie swoją kuzynkę. Robiłam właśnie przelew do elektrowni i gazowni za syna i synową. Rachunek był duży, bo narobili zaległości za dwa miesiące.

– Ja bym nie płaciła – natychmiast prychnęła kuzynka. – Jakby posiedzieli przy świeczce, toby się nauczyli, że trzeba regulować rachunki.

Doskonale wiem, że nie powinnam tego robić, ale znalazłam u nich w mieszkaniu ponaglenia z terminem i po prostu nie mogłam się powstrzymać. Pieniądze, które odłożyłam na ciepły płaszcz i kozaki, uratowały im skórę. Nie powiem, tym razem nawet mi podziękowali.

– Oddamy, mamo, na pewno oddamy – zapewniał mnie syn.

Raczej w to nie wierzę, bo w czasie ostatniej wizyty zauważyłam całą półkę nowych, drogich kosmetyków. I znowu zabraknie im do pierwszego. Kompletnie nie mieści mi się w głowie, że można do tego stopnia nie umieć oszczędzać!

Beze mnie by sobie nie poradzili

Muszę przyznać – dobrali się jak w korcu maku. Oboje jedynacy, oboje byli wychowani bezstresowo. Nie mogę teraz od nich wymagać odpowiedzialności, skoro nikt ich tego nie nauczył! Bo ja mojemu jedynakowi też tego nie wpoiłam. Mój mąż, kiedy jeszcze żył, nieraz mnie strofował, że powinnam być bardziej surowa dla syna, bo mi na głowę wlezie. Tylko ja tak nie potrafię. Trudno, żeby matka o własne dziecko nie dbała!

Może faktycznie jestem do nich za bardzo przywiązana… Gdyby chodziło o kogoś innego, tobym rodzicom na pewno umiała mądrze poradzić, żeby młodych zostawili samych – niech sobie gospodarują, bo inaczej niczego się nie nauczą. Ale skoro sprawa dotyczy mnie, to ja sama staję na głowie, aby moim dzieciom się lepiej żyło…

A oni się jeszcze bronią, a jakże! Jakiś czas temu zabrali mi swoje klucze, a syn oświadczył, że w ogóle nie chcą mojej pomocy przy sprzątaniu, a w dodatku mam zawsze dzwonić, kiedy chcę ich odwiedzić. I co z tego, że im coś czasem podrzucę? Nie potrzebują mojej pomocy? Akurat! Mogą sobie gadać. I tak wiem, że po prostu unoszą się dumą. Bo za chińskiego boga sobie beze mnie nie poradzą…

Już kiedyś dorobiłam komplet kluczy do ich mieszkania. Teraz bardzo to jest przydatne. Czasem przychodzę i widzę, że mają pustą lodówkę albo że im się proszek kończy. To dzwonię niby przypadkiem, żeby przyszli, bo zrobiłam pierogi i mogą sobie zabrać. I dodaję torbę chemii z zapewnieniem, że była promocja, więc kupiłam więcej.

–Ty to uznajesz w wychowaniu tylko dwie metody – krytykował mnie mój świętej pamięci mąż. – Na zmianę całuski i klapsy. Dzieciak głupieje, bo jeszcze nie zdąży się połapać, za co go skarciłaś, a ty już tulisz i przepraszasz! Zobaczysz, urośnie i już go nie wyprostujesz.

Nigdy mnie nie rozumiał…

Wiele osób dzieli się z nami swoimi historiami, aby dowiedzieć się, co inni o tym myślą. Jeśli masz swoją opinię lub sugestię dotyczącą tej historii, proszę napisz ją w komentarzach na Facebooku.    

-->